– Niska blondynka, dwadzieścia cztery lata.
– Jeśli tam jest, na pewno ją znajdziemy.
Przez chwilę Jeannie poczuła się raźniej. A potem zdała sobie sprawę, że nie obiecał jej wcale, że znajdą ją żywą. Nigdzie nie widać było ochroniarza, który kręcił się w szatni.
– Na dole był jeszcze jeden ochroniarz – powiedziała, zwracając się do komendanta. – Nie ma go tutaj. Wysoki facet.
– W tym budynku nie ma więcej pracowników ochrony – stwierdził autorytatywnym tonem strażnik przy drzwiach.
– Miał na czapce napis SECURITY i mówił dziewczynom, żeby opuściły budynek.
– Nie obchodzi mnie, co miał na czapce – upierał się strażnik.
Na litość boską, niech pan się ze mną nie kłóci – zgromiła go Jeannie. – Może mi się przyśnił, ale jeśli nie, jego życie może być teraz w niebezpieczeństwie!
Obok nich stała dziewczyna w męskich spodniach khaki z podwiniętymi nogawkami.
– Widziałam tego faceta – wtrąciła. – Prawdziwy wieprz. Próbował mnie obmacywać.
– Proszę się nie – denerwować, znajdziemy wszystkich – powiedział strażak. – Dziękuję państwu za pomoc.
Jeannie piorunowała przez moment wzrokiem ochroniarza. Czuła, że komendant straży uznał ją za histeryczkę, bo wrzeszczała na tego głąba. Odwróciła się od nich z niesmakiem. Co miała teraz robić? Do środka wbiegali strażacy w hełmach i wysokich butach. Bosa, ubrana tylko w dżinsy i podkoszulek, nie miała tam czego szukać. Gdyby próbowała się do nich przyłączyć, wyrzuciliby ją z budynku. Zacisnęła pięści ze zdenerwowania. Skup się, dziewczyno! Gdzie jeszcze może być Lisa?
Nie opodal sali gimnastycznej stał gmach imienia Ruth W. Acorn, nazwany tak na cześć żony fundatora, określany jednak przez wszystkich, łącznie z pracownikami mieszczącego się tam wydziału psychologii, mianem Wariatkowa. Czy Lisa mogła tam pójść? W niedzielę drzwi były zamknięte, ale pewnie miała klucz. Mogła wbiec do środka, żeby poszukać jakiegoś fartucha, którym mogłaby się okryć, albo usiąść po prostu przy swoim biurku i ochłonąć. Jeannie postanowiła to sprawdzić. Wszystko było lepsze od stania w miejscu.
Pobiegła przez trawnik do głównego wejścia i zajrzała przez oszklone drzwi do środka. W hallu nie było nikogo. Wyjęła z kieszeni plastikową kartę, która służyła jako klucz, i wsunęła ją w otwór czytnika. Drzwi się otworzyły.
– Lisa! Jesteś tam?! – zawołała, biegnąc po schodach. Laboratorium było puste, krzesło Lisy dosunięte porządnie do jej biurka, komputer wyłączony. Jeannie zajrzała do damskiej toalety na końcu korytarza. Nikogo. – Niech to diabli! – zaklęła nerwowo. – Gdzie ona się podziała?
Zdyszana wybiegła na zewnątrz. Postanowiła obejść cały budynek sali gimnastycznej. Może Lisa siedzi gdzieś na trawie i próbuje złapać oddech. Z tyłu budynku, za wielkimi kontenerami na śmieci znajdował się mały parking. Zobaczyła biegnącą ścieżką, oddalającą się postać. Była wyższa od Lisy i dałaby sobie rękę uciąć, że to mężczyzna. To mógł być ten zagadkowy ochroniarz, ale nim zdążyła mu się lepiej przyjrzeć, zniknął za rogiem Związku Studentów.
Ruszyła dalej wokół budynku. Po drugiej stronie znajdowała się opustoszała teraz bieżnia. W końcu, zatoczywszy pełne koło, wróciła do głównego wejścia.
Tłum powiększył się, przybyły także kolejne samochody straży pożarnej i policji, ale nie widziała nigdzie Lisy. Wszystko wskazywało na to, że została w płonącym budynku. Jeannie ogarnęły złe przeczucia, ale nie zamierzała dawać za wygraną.
Spostrzegła oficera straży, z którym rozmawiała wcześniej, i złapała go za ramię.
– Jestem prawie pewna, że Lisa Hoxton jest w środku – oznajmiła zdecydowanym tonem. – Szukałam jej wszędzie i nie znalazłam.
Facet zmierzył ją uważnym spojrzeniem i uznał widać, że można jej ufać. Nie odpowiadając, przystawił do ust mikrotelefon.
– Szukajcie młodej białej kobiety, która jest podobno w budynku – powiedział. – Na imię ma Lisa, powtarzam, Lisa.
– Dziękuję – mruknęła Jeannie. Strażak ukłonił się lekko i odmaszerował.
Jeannie cieszyła się, że jej wysłuchał, ale trudno jej było usiedzieć w miejscu. Lisa mogła tam na próżno wołać o pomoc, zamknięta w toalecie albo osaczona przez płomienie. Mogła rozbić sobie głowę lub zatruć się czadem i leżała teraz gdzieś nieprzytomna, podczas gdy z każdą sekundą zbliżał się do niej ogień.
Przypomniała sobie pracownika administracji, który powiedział, że z piwnicy można się wydostać przez właz. Obchodząc budynek, w ogóle go nie zobaczyła. Postanowiła, że sprawdzi jeszcze raz, i pobiegła z powrotem na parking.
Tym razem dostrzegła go prawie natychmiast. Właz znajdował się tuż przy budynku i częściowo zasłaniał go szary chrysler new yorker. Stalowa klapa była otwarta i oparta o ścianę. Jeannie uklękła przy kwadratowym otworze i pochyliła się, żeby zajrzeć do środka.
Przymocowana do ściany drabina prowadziła do brudnego pomieszczenia, oświetlonego przez jarzeniówki. Wewnątrz unosiły się wstęgi dymu, ale nie było go zbyt dużo; kotłownia musiała być oddzielona od reszty podziemi. Mimo to zapach dymu przypomniał jej, jak krztusząc się i kaszląc szukała po omacku schodów. Poczuła, że bije jej szybciej serce.
– Jest tam kto? – zawołała. Wydawało jej się, że słyszy jakiś dźwięk, ale nie była pewna. – Hej! – zawołała głośniej. Żadnej odpowiedzi.
Zawahała się. Najrozsądniej byłoby wrócić do głównego wejścia i sprowadzić tutaj któregoś ze strażaków, ale to zajęłoby zbyt wiele czasu, zwłaszcza że zacząłby ją pewnie wypytywać. Mogła też zejść po drabinie i rozejrzeć się sama.
Myśl o wejściu z powrotem do budynku sprawiła, że zrobiło jej się słabo. Płuca wciąż bolały ją od spazmatycznego kaszlu. Ale tam na dole mogła być Lisa, ranna, nieprzytomna albo unieruchomiona przez jakąś belkę. Musiała to zrobić.
Postawiła stopę na szczeblu, ale prawie natychmiast ugięły się pod nią kolana i o mało nie wpadła do środka. Po chwili poczuła się lepiej i zeszła szczebel niżej, potem jednak wpadło jej do gardła trochę dymu i kaszląc głośno wdrapała się z powrotem na górę.
Kiedy kaszel ustał, spróbowała ponownie.
Postawiła stopę na pierwszym, potem na drugim szczeblu. Jeśli się zakrztuszę, powiedziała sobie, zaraz zwieję na górę. Trzeci szczebel był łatwiejszy, a potem poszło jej całkiem gładko i zeskoczyła na betonową podłogę.
Znajdowała się w dużym pomieszczeniu, w którym stały pompy i filtry, obsługujące prawdopodobnie basen. Odór dymu był silny, ale mogła normalnie oddychać.
Zobaczyła Lisę prawie od razu i serce zamarło jej w piersi.
Leżała na boku, zwinięta w kłębek. Była naga i na udzie miała plamę, która wyglądała jak krew. Nie poruszała się.
Przez krótką chwilę Jeannie sparaliżował strach.
– Lisa! – zawołała, próbując odzyskać zimną krew. Usłyszała w swoim głosie wysoki ton histerii i wzięła głęboki oddech. Proszę Cię, Boże, nie pozwól jej umrzeć. Omijając plątaninę rur, dotarła do przyjaciółki i uklękła na podłodze.
– Lisa?
Dziewczyna otworzyła oczy.
– Chwała Bogu – jęknęła Jeannie. – Myślałam, że nie żyjesz.
Lisa powoli usiadła. Nie patrzyła na Jeannie. Miała spuchnięte wargi.
– On mnie… zgwałcił – wyszeptała.
Ulga, jakiej doznała Jeannie, odnajdując ją żywą, ustąpiła miejsca kompletnemu osłupieniu.
– Mój Boże. Tutaj?
Читать дальше