Robin Cook - Chromosom 6
Здесь есть возможность читать онлайн «Robin Cook - Chromosom 6» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Триллер, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Chromosom 6
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:4 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 80
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Chromosom 6: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Chromosom 6»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Chromosom 6 — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Chromosom 6», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Laurie wyszła z biura, machając kartką.
– Przedział sto jedenasty. Miałam rację. Nie prześwietlili go w nocy.
Laurie szła niczym mistrzyni chodu, Jack i Lou musieli się nieźle natężać, żeby za nią nadążyć. Zmierzała wprost do właściwej lodówki. Przy drzwiczkach teczkę osobową denata wsunęła pod lewe ramię, prawą ręką zwolniła zamek. Jednym ciągłym, wprawnym ruchem otworzyła drzwiczki i wysunęła półkę z denatem.
Zmarszczyła brwi.
– Dziwne! – zauważyła. Półka była pusta, nie licząc kilku plam krwi i zaschniętych śladów innych wydzielin.
Wsunęła z powrotem półkę i zamknęła drzwi. Ponownie sprawdziła numer. Nie było pomyłki. Sto jedenaście. Po ponownym sprawdzeniu na liście, czy nie popełniła jakiegoś błędu, otworzyła drzwiczki, osłoniła oczy od blasku wiszących pod sufitem lamp i wpatrzyła się w mroczną, pustą przestrzeń. Nie było wątpliwości, w lodówce nie było zwłok Franconiego.
– Co, do diabła! – zaklęła Laurie. Zatrzasnęła drzwiczki.
Żeby się upewnić, że nie doszło do jakiejś głupiej pomyłki w zapisie, sprawdziła po kolei wszystkie sąsiednie lodówki, jedną po drugiej. Tam, gdzie były zwłoki, sprawdzała z listą nazwiska i numery. Ale wkrótce stało się jasne – Carla Franconiego wśród nich nie było.
– Nie do wiary – stwierdziła ze złością i frustracją w głosie. – To cholerne ciało zniknęło!
Odkąd okazało się, że lodówka jest pusta, na ustach Jacka błąkał się lekki uśmiech. Teraz, widząc rosnące rozdrażnienie Laurie, nie mógł się powstrzymać i wybuchnął serdecznym śmiechem. Niestety to tylko jeszcze bardziej rozdrażniło koleżankę.
– Przepraszam – powiedział. – Intuicja podpowiedziała mi, że ten przypadek przyprawi cię o biurokratyczny ból głowy. Myliłem się. Ten przypadek przyprawi o ból głowy całą biurokrację.
ROZDZIAŁ 2
4 marca 1997 roku
godzina 13.30
Cogo, Gwinea Równikowa
Kevin Marshall odłożył długopis i popatrzył przez okno znad biurka. W przeciwieństwie do burzy, jaka targała jego wnętrzem, pogoda na zewnątrz była raczej przyjemna. Po raz pierwszy od wielu miesięcy Kevin dostrzegał prześwitujące między chmurami plamy błękitnego nieba. Pora sucha wreszcie się zaczynała. Oczywiście nie znaczyło to, że będzie sucho, znaczyło tylko, że nie będzie padać tyle ile w porze deszczowej. Minusem było to, że promienie słoneczne podnosiły temperaturę do poziomu panującego normalnie w piekarniku. W tej chwili było około czterdziestu sześciu stopni w cieniu.
Kevin nie potrafił skupić się przy pracy, nie spał też dobrze w nocy. Niepokój, który odczuwał podczas kolejnych operacji, nie ustąpił. Prawdę powiedziawszy, to nawet było jeszcze gorzej, szczególnie po zaskakującym telefonie od naczelnego z GenSys, Taylora Cabota. Wcześniej Kevin rozmawiał z nim tylko raz. Większość ludzi w kompanii wrażenie z takiej rozmowy przyrównywała do rozmowy z Bogiem.
Jakby tego wszystkiego było mało, z Isla Francesca w niebo wzbijała się kolejna smuga dymu. Zauważył ją wczesnym rankiem, zaraz po wejściu do gabinetu. O ile zdołał się zorientować, unosiła się z tego samego miejsca co ta z poprzedniego dnia: strome zbocze wapiennego grzbietu. To, że w tej chwili nie widział dymu, nie przywracało mu spokoju.
Rezygnując z dalszych prób podjęcia pracy, Kevin zdjął biały fartuch i przewiesił go przez krzesło. Właściwie nie był głodny, ale wiedział, że jego gosposia, Esmeralda, przygotowała lunch, więc czuł, że powinien się pokazać.
Zszedł półtora piętra w stanie dziwnego oszołomienia. Minęło go kilku współpracowników, każdy z nich powiedział coś na przywitanie, ale on szedł, jakby nikogo nie widział i nie słyszał. Złe myśli zaprzątały mu umysł. Po ostatniej dobie doszedł do wniosku, że musi podjąć działania. Niestety, problem nie rozwiązał się sam, choć kiedy Kevin w zeszłym tygodniu zobaczył ogień po raz pierwszy, miał nadzieję, że tak się stanie.
Niestety, nie miał pojęcia, co mógłby zrobić. Zdawał sobie sprawę, że nie jest bohaterem, po wielu latach zaczął wręcz myśleć o sobie jak o tchórzu. Nienawidził konfrontacji i unikał jej. Jako chłopiec wzbraniał się nawet przed wszelką rywalizacją, pozwalał sobie jedynie na grę w szachy. Wyrósł na kompletnego samotnika.
Kevin zatrzymał się przed szklanymi drzwiami dzielącymi go od świata zewnętrznego. Po drugiej stronie placu widział te same grupki żołnierzy gwinejskich ukrytych w cieniu arkad ratusza. Oddawali się z pasją zwyczajowemu lenistwu, pozwalając, żeby czas płynął bez celu. Jedni siedzieli na starych trzcinowych krzesłach i grali w karty, inni stali oparci o ściany i kłócili się ze sobą piskliwymi głosami. Prawie wszyscy palili. Papierosy były częścią ich żołdu. Ubrani byli w zaplamione mundury w leśny kamuflaż z wysokimi, wojskowymi butami i czerwonymi beretami. Wszyscy mieli przy sobie broń automatyczną; jedni przewiesili karabiny przez ramię, inni postawili je przy ścianie w zasięgu ręki.
Żołnierze przerażali Kevina od kiedy zjawił się w Cogo pięć lat temu. Cameron McIvers, szef ochrony, który oprowadzał go po okolicy, zapewnił, że GenSys wynajęło sporą część armii do ochrony kompanii. Później Cameron przyznał, że tak zwane zatrudnienie armii było niczym innym tylko dodatkowym opłaceniem się rządowi oraz osobno Ministerstwu Obrony i Ministerstwu Administracji Krajowej.
Z perspektywy Kevina żołnierze wyglądali raczej na grupę znudzonych nastolatków, a nie na ochronę czegokolwiek. Ich skóra miała kolor przypalonego hebanu. Ich obojętne spojrzenia i uniesione w charakterystycznym łuku brwi nadawały twarzom wyraz lekceważenia zmieszanego z nudą. Kevinowi ciągle towarzyszyło uczucie, że świerzbią ich ręce, aby z byle powodu użyć broni.
Pchnął skrzydło drzwi, wyszedł i przeszedł przez plac. Nie spoglądał w stronę żołnierzy, ale z doświadczenia wiedział, że niektórzy z nich obserwują go i na samą myśl cierpła na nim skóra. Kevin nie znał ani słowa w lokalnym narzeczu fang, nie miał więc pojęcia, o czym rozmawiają.
Natychmiast gdy znalazł się poza zasięgiem wzroku żołnierzy, poczuł ulgę i zwolnił kroku. Połączenie upału i prawie stuprocentowej wilgotności sprawiało wrażenie przebywania w łaźni parowej. Najmniejszy wysiłek spływał po człowieku potem. Już po kilku minutach czuł przylepioną do pleców koszulę.
Dom Kevina znajdował się mniej więcej w połowie drogi między nadrzeczną dzielnicą a kompleksem szpitalno-laboratoryjnym. Właściwie była to odległość trzech krótkich przecznic. Miasto było małe, ale pełne swoistego uroku. Domy zbudowano z cegieł pokrytych tynkiem w jaskrawych niegdyś kolorach i przykryto czerwonymi dachówkami. Teraz kolory wypłowiały, nabierając pastelowych odcieni. Żaluzje zawieszane nad oknami były w opłakanym stanie, jedynie te na odnowionych budynkach zostały zreperowane i prezentowały się przyzwoicie. Ulice tworzyły rozgałęzioną sieć, ale były brukowane przywiezioną przed laty kostką granitową, która niegdyś służyła na żaglowcach za balast. W czasach hiszpańskiego kolonializmu dobrobyt miasta brał się z rolnictwa, szczególnie z upraw kakao i kawy, wtedy też cieszyło się ono sporym zaludnieniem szacowanym na kilka tysięcy mieszkańców.
Historia miasta dramatycznie zmieniła się po roku 1959. Wtedy Gwinea Równikowa otrzymała niepodległość. Nowy prezydent, Macias Nguema, szybko przemienił się z popularnego przywódcy ludowego, wybranego na urząd przez mieszkańców, w sadystycznego dyktatora, jednego z najgorszych na kontynencie, którego okrucieństwa szybko przebiły nawet wyczyny Idiego Amina z Ugandy czy Jeana-Bedela Bokassy z Republiki Środkowoafrykańskiej. Skutki dla kraju były apokaliptyczne. Ponad pięćdziesiąt tysięcy osób zostało zamordowanych, jedna trzecia ludności uciekła, w tym wszyscy osadnicy hiszpańscy. Większość miast zdziesiątkowano, najbardziej właśnie Cogo, które zostało całkowicie wyludnione. Drogi łączące Cogo z resztą kraju zrujnowano i wkrótce stały się nieprzejezdne.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Chromosom 6»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Chromosom 6» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Chromosom 6» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.