– Proszę. Spotkasz się z człowiekiem, który zaprowadzi cię do domu na Guia Hill, gdzie znajdują się bardzo nowoczesne urządzenia łącznościowe…
– I gdzie pół tuzina waszych zbójów rozłupie mi czaszkę i wrzuci do pokoju, gdzie doktor napoi mnie alkoholem i wszystko to zdobędziecie za darmo! – Gniew Boume'a był tylko w części udawany. Ludzie z oddziałów Shenga zachowywali się jak dyletanci. – Powiem ci więc o innym bardzo nowoczesnym urządzeniu. Nazywa się telefon i nie uważam, aby możliwe było utrzymywanie łączności między Makau a garnizonem w Guangdongu, gdybyście nie mieli odpowiedniego sprzętu eliminującego podsłuch. Oczywiście zakupiliście te urządzenia w Tokio, bo gdybyście sami je wyprodukowali, prawdopodobnie by nie działały. Użyjcie ich więc. Zadzwonię jeszcze raz. Postaraj się o numer. Numer tego człowieka. – Jason skończył rozmowę.
– To ciekawe – zauważył McAllister, spoglądając przelotnie na chińskiego łącznika, który tymczasem wrócił do stołu. – Użyłeś kija, podczas gdy ja użyłbym marchewki.
– Czego użyłem?
– Ja bym raczej położył nacisk na to, jak niezwykłe informacje mam do ujawnienia. Ty natomiast straszysz, jakbyś chciał odstręczyć rozmówcę.
– Oszczędź mnie – odrzekł Bourne przypalając papierosa, zadowolony, że nie trzęsie mu się ręka. – Żebyś wiedział, że zrobiłem zarówno jedno, jak i drugie. Groźba uwydatnia wagę informacji a lekceważenie rozmówcy dodatkowo wzmacnia obie te rzeczy.
– Twoja pomoc zaczyna być odczuwalna – rzekł podsekretarz stanu z nikłym uśmiechem na twarzy. – Dziękuję ci.
Człowiek z „Meduzy” spojrzał surowo na człowieka z Waszyngtonu.
– Jeżeli cała ta cholerna mistyfikacja się uda, czy będziesz mógł, analityku, to wykonać? Czy potrafisz błyskawicznie wyjąć broń i pociągnąć za spust? Bo jeśli nie, to obaj jesteśmy martwi.
– Potrafię – stwierdził McAllister spokojnie. – Dla Dalekiego Wschodu. Dla świata.
– I dla twojego dnia w słońcu. – Jason ruszył w stronę stolika. – Wyjdźmy stąd. Nie chcę używać tego telefonu po raz drugi.
Spokój Góry Nefrytowej Wieży został naruszony wskutek szalonego ożywienia, jakie zapanowało w willi Sheng Chou-yanga. Zamieszanie to spowodowane było nie tyle dużą liczbą znajdujących się ludzi, gdyż przebywało tam zaledwie pięć osób, ile napięciem, w jakim ci ludzie się znajdowali. Minister wysłuchiwał swoich podwładnych, którzy wchodzili i wychodzili z ogrodu przynosząc najświeższe wiadomości, nieśmiało podsuwali swoje rady i natychmiast się z nich wycofywali, gdy tylko dostrzegli u swego przywódcy najmniejszą oznakę niezadowolenia.
– Nasi ludzie potwierdzili tę historię, sir – krzyknął umundurowany mężczyzna w średnim wieku, wybiegając z domu. – Rozmawiali z dziennikarzami. Wszystko odbyło się tak, jak przedstawił to zabójca, a zdjęcie zabitego człowieka zostało podane do gazet.
– Zdobądź je – rozkazał Sheng. – Niech nam je natychmiast prześlą telegraficznie. To nie do wiary.
– Już to robią – oświadczył żołnierz. – Konsulat wysłał attache do „South China News”. Powinno nadejść w ciągu kilku minut.
– Nie do wiary – powtarzał Sheng cicho, spoglądając ku pływającym liściom lilii wodnej w najbliższym z czterech sztucznych stawów. – Symetria jest zbyt doskonała, zbieżność w czasie również, to zaś oznacza, że coś nie gra. Ktoś złamał porządek.
– Zabójca? – zapytał jeden z doradców.
– W jakim celu? On nie wie, że miał zostać zabity w rezerwacie, zanim skończy się noc. Myślał, że jest uprzywilejowany, a tymczasem my użyliśmy go tylko jako pułapki na jego poprzednika, którego wykrył nasz człowiek z Wydziału Specjalnego.
– W takim razie kto? – zapytał inny doradca.
– To jest właśnie dylemat. Kto? Oferta wydaje się nęcąca, a jednocześnie wyczuwa się w tym jakąś nieudolność. To wszystko jest zbyt oczywiste, tchnie amatorszczyzną. Zabójca, o ile mówi prawdę, powinien być przekonany, że nie ma się czego obawiać z mojej strony, a mimo to grozi porzuceniem najlepszego klienta. Zawodowcy tego nie robią i to mnie właśnie niepokoi.
– Czy sugeruje pan jakieś osoby trzecie, panie ministrze? – podsunął trzeci z kolei doradca.
– Jeżeli tak – rzekł Sheng, a jego wzrok przykuł tym razem pojedynczy liść lilii wodnej – to jest to ktoś bez żadnego doświadczenia lub o inteligencji wołu. To jest dylemat.
– Mam je, sir! – krzyknął młody człowiek wbiegając do ogrodu ze zdjęciem w ręku.
– Daj mi to. Szybko! – Sheng chwycił fotografię i ustawił tak, by padało na nią światło reflektora. – To jest on! Nie zapomnę tej twarzy, dopóki będę żył. Wszystko przygotuj! Powiedz kobiecie w Makau, żeby podała naszemu mordercy numer i włączyła elektroniczne urządzenia zabezpieczające przed podsłuchem. Niepowodzenie oznacza śmierć.
– Natychmiast, panie ministrze. – Telefonista pobiegł z powrotem do domu.
– Moja żona i dzieci – rzekł Sheng Chouyang w zamyśleniu – mogą być zaniepokojeni tym całym poruszeniem. Proszę, żeby ktoś z was do nich poszedł i wyjaśnił, że sprawy państwowe zatrzymują mnie z dala od ich najmilszego towarzystwa.
– To dla mnie zaszczyt, sir – rzekł jeden z doradców.
– Oni tak wiele tracą z powodu mojego zaangażowania w pracę. To prawdziwe anioły. Pewnego dnia zostaną za to wynagrodzeni.
Bourne dotknął ramienia łącznika i wskazał na zapalony neon hotelu po prawej stronie ulicy. – Wpiszemy się tu na listę gości, a potem pojedziemy do automatu na drugi kraniec miasta. W porządku?
– Tak będzie rozsądnie – rzekł Chińczyk. – Jest ich wszędzie pełno.
– A poza tym należy nam się trochę snu. Francuz ciągle mi mówił, że odpoczynek to również broń. Chryste, czemu ja się powtarzam?
– Ponieważ cię to prześladuje – odezwał się McAllister z tylnego siedzenia.
– Powiedz mi coś o tym. Nie. Nie mów.
•Fason nakręcił numer w Makau i przez stację przekaźnikową w Chinach uzyskał połączenie z zabezpieczonym przed podsłuchem telefonem na Górze Nefrytowej Wieży. Potem spojrzał na analityka. – Czy Sheng mówi po francusku? – zapytał pospiesznie.
– Oczywiście – odparł podsekretarz. – Ma do czynienia z francuskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych; zresztą włada językiem każdego, z kim prowadzi pertraktacje. To jedna z jego mocnych stron. Czemu jednak nie miałbyś mówić w dialekcie mandaryńskim? Przecież go znasz.
– Ale zabójca go nie znał, a jeżeli będę mówił po angielsku, Sheng może się zdziwić, gdzie się podział mój brytyjski akcent. Francuski to ukryje, tak jak to było w przypadku Su Jianga, a ja jednocześnie przekonam się, czy to jest rzeczywiście Sheng. – Bourne zasłonił mikrofon chusteczką i usłyszał drugi, odbijający się echem sygnał telefonu oddalonego o tysiąc pięćset mil. Zabezpieczenie przed podsłuchem działało.
– Wei?
– Comme le colonel, je prefere parter francais.
– Shenma? – odezwał się donośny, pełen zakłopotania głos.
– Fawen – Jason podał mandaryński odpowiednik francuskiego.
– Fawen? Wo buhui! – odpowiedział podekscytowany mężczyzna stwierdzając, że nie zna francuskiego. Spodziewano się telefonu. Wmieszał się jakiś inny głos; był oddalony i zbyt cichy, aby można było cokolwiek usłyszeć. Po chwili odezwał się w słuchawce.
– Mais pourauoi parlez-vous francais? – To był Sheng! Bez względu na język Bourne nigdy nie zapomniałby zawodzącego głosu mówcy. Był to zaślepiony wyznawca jakiegoś bezlitosnego boga mamiący swe audytorium przed przystąpieniem do właściwego ataku z użyciem ognia i siarki.
Читать дальше