Iain Banks - Most

Здесь есть возможность читать онлайн «Iain Banks - Most» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1998, ISBN: 1998, Издательство: Prószyński i S-ka, Жанр: Триллер, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Most: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Most»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Most nie ma końca, na jego wielu poziomach żyją ludzie, a jednym z nich jest wyłowiony z rzeki John Orr. Bohater cierpi na amnezję i opowiada lekarzowi swoje dziwne sny. Jednak autor przenosi nas nagle i stajemy się świadkami życia pewnego dość przeciętnego Szkota. Cóż jest dalej? Wszystko zaczyna się mieszać i nie jesteśmy pewni o czyim śmie właśnie czytamy i co tak naprawdę jest snem a co rzeczywistością. Powieść Banks’a jest hybrydą łączącą w sobie obyczajową historię, fantastykę oraz jednocześnie jej parodię. To literacki eksperyment zabawa stylem, językiem i wyobraźnią.

Most — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Most», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

— Więc? — pytam.

— Więc co?

Wyciąga szmatkę z szuflady i wyciera książkę, gdy kładę pióro na jego biurku.

— Czy zrobiłem to prawidłowo? Wzrusza ramionami.

— Co to znaczy „prawidłowo”? — pyta burkliwie, wkładając wszystko z powrotem do szuflady. — Gdyby to było pytanie egzaminacyjne, to tak, ale to nie było pytanie egzaminacyjne. Odpowiedź miała nam coś powiedzieć o panu — dodaje i zapisuje w notesie uwagę małym srebrnym ołówkiem automatycznym.

— I na co wskazuje?

Znowu wzrusza ramionami i patrzy w swoje notatki.

— Nie wiem — odpowiada, kręcąc głową. — Musi na coś wskazywać, ale nie bardzo wiem na co. Na razie.

Chętnie walnąłbym doktora Joyce’a prosto w jego szaroróżowy nos.

— Rozumiem. No cóż, mam nadzieję, że przyczyniłem się do postępu nauk medycznych.

— Ja też — stwierdza doktor Joyce, spoglądając na zegarek. — No cóż, to chyba na razie wszystko. Niech pan się umówi na wizytę na jutro, na wszelki wypadek, ale jeśli nie będzie pan miał żadnych snów, niech pan zadzwoni i ją odwoła, dobrze?

— Ojej, ale szybko pan to załatwił, panie Orr. Jak poszło? Ma pan ochotę na filiżankę herbaty? — Nieskazitelnie ubrany recepcjonista pomaga mi wdziać płaszcz. — Wszedł pan tam i wyszedł w okamgnieniu. Może trochę kawy?

— Nie, dzięki — mówię, patrząc na pana Berkeleya i jego policjanta, którzy czekają w recepcji. Pan Berkeley leży — zwinięty ciasno w pozycji embrionalnej — na boku, na podłodze przed siedzącym policjantem, który opiera na nim stopy.

— Dzisiaj pan Berkeley jest podnóżkiem — dumnie wyjaśnia Przerażający Młody Człowiek.

W wysokich, przewiewnych przestrzeniach górnej konstrukcji sufity są wysokie, a szeroka, puszysta wykładzina dywanowa w pustych korytarzach intensywnie pachnie wilgocią. Ściany pokrywa boazeria z drewna lekowego i mahoniu, a szyby rozciągnięte w mosiężnych ramach okien wychodzących na mroczne kominy świetlne lub na zasnute teraz mgłą morze mają błękitny odcień, niczym szkło ołowiowe. W niszach wzdłuż ciemnych drewnianych ścian majaczą, jak niewidome zjawy, stare posągi zapomnianych biurokratów, a wysoko nade mną wiszą wielkie płachty ciemnych flag niczym ciężkie, rozwieszone do suszenia sieci; kołyszą się lekko, gdy mroźny przeciąg roznosi przedwieczny kurz po długich, mrocznych korytarzach.

Po mniej więcej półgodzinnym spacerze od przychodni doktora, naprzeciwko olbrzymiego okrągłego okna, które wychodzi na zatokę jak przezroczysta tarcza zegara ogołocona ze wskazówek, odkrywam starą windę. Jej drzwi są otwarte, w środku na wysokim stołku śpi jakiś stary mężczyzna. Ma na sobie długi płaszcz w kolorze burgunda, z lśniącymi guzikami, chude ręce skrzyżował na brzuchu; jego obrośnięty imponującą brodą podbródek spoczywa na piersi ozdobionej dwoma rzędami guzików, a siwa głowa porusza się powoli w górę i w dół w rytmie dychawicznego oddechu.

Chrząkam. Staruszek śpi dalej. Pukam w krawędź jednego skrzydła drzwi.

— Halo!?

Budzi się, wykonując nagły ruch ciałem, rozplata ramiona i opiera się o dźwignie sterujące; rozlega się trzask i drzwi zaczynają się zamykać z jękiem i zgrzytem. W końcu, wymachując rękami, znowu uderza w mosiężne dźwignie, po czym drzwi się cofają.

— Niech to! Ależ mnie pan szanowny wystraszył! Właśnie uciąłem sobie krótką drzemkę, ot co. Proszę wejść. Na które piętro?

W windzie wielkości pokoju pełno jest źle dobranych foteli, łuszczących się luster i pokrytych kurzem gobelinów. Jeżeli nie jest to wynikiem sztuczki z lustrami, winda ma ponadto kształt litery L, z jakim jeszcze nigdy dotąd się nie zetknąłem.

— Proszę na pomost kolejowy — odpowiadam.

— Tak jest, proszę szanownego pana!

Sędziwy windziarz zawiesza pomarszczone dłonie na dźwigniach sterujących; drzwi zamykają się ze szczękiem i zgrzytem i po paru trąceniach łokciem i dokładnie wymierzonych uderzeniach w mosiężną płytę z dźwigniami starcowi w końcu udaje się nakłonić windę do jazdy; nasz pojazd przesuwa się — majestatycznie i z łoskotem — w dół; lustra drżą, wyposażenie klekocze, lżejsze krzesła i fotele chwieją się na nierównej, pokrytej wykładziną podłodze. Starzec kołysze się niepewnie na wysokim stołku i mocno trzyma mosiężnej poręczy pod tablicą rozdzielczą. Słyszę, jak szczęka zębami. Kurczowo trzymam się wypolerowanej do połysku i brzęczącej na poluzowanych wkrętach poręczy. Gdzieś na górze rozbrzmiewa hałas przypominający cięcie metalu.

Udając obojętność, studiuję treść pożółkłej wywieszki przy moim ramieniu. Zawiera ona wykaz różnych pięter, które obsługuje winda, oraz departamentów, sektorów mieszkalnych i innych placówek znajdujących się na tych poziomach. Mój wzrok przyciąga jedna informacja blisko szczytu wykazu. Mój Boże! Znalazłem ją!

— Przepraszam! — mówię do staruszka. Odwraca głowę, trzęsącą się jak po porażeniu, by na mnie spojrzeć. Stukam w wykaz na ścianie. — Rozmyśliłem się. Chciałbym pojechać na to piętro: pięćdziesiąte drugie. Do Trzeciej Biblioteki Miejskiej.

Starzec przez chwilę patrzy na mnie z rozpaczą, po czym kładzie drżącą rękę na klekoczącej tablicy rozdzielczej i przerzuca jedną z dźwigni w dół, po czym znowu rozpaczliwie chwyta się poręczy i zamyka oczy.

Winda wyje, piszczy, podskakuje i łomocząc, trzęsie się na boki. Omal nie zwala mnie z nóg; stary człowiek rozstaje się ze swoim wysokim stołkiem. Fotele przewracają się. Pęka lustro. Oprawa lampy odpada od sufitu, a potem drga niczym wisielec i kołysze się w kaskadzie tynku, pyłu i wiszących przewodów.

Zatrzymujemy się. Starzec strzepuje pył z ramion, poprawia marynarkę i czapkę, podnosi stołek i naciska parę następnych dźwigni; wznosimy się stosunkowo łagodnie.

— Przepraszam! — krzyczę do windziarza. Ten obrzuca mnie dzikim spojrzeniem i rozgląda się po windzie, jak gdyby próbował odkryć, ja ką straszną zbrodnię popełniłem. — Nie zdawałem sobie sprawy, że za trzymanie windy i jazda z powrotem będą tak… wstrząsające — krzyczę do niego. Wygląda na zupełnie oszołomionego i wciąż rozgląda się po grzechoczącym, skrzypiącym i zasnutym mgłą kurzu wnętrzu swojego małego królestwa, jakby nie potrafił zrozumieć o co tyle hałasu.

Zatrzymujemy się. Winda nie wygrywa kurantów po przybyciu na miejsce; zamiast nich powietrzem w jej wnętrzu wstrząsa huk dzwonu, którego mocą i tonem nie pogardziłby duży kościół. Starzec patrzy lękliwie do góry.

— Jesteśmy na miejscu, proszę pana! — krzyczy.

Otwiera drzwi na scenę kompletnego chaosu i odskakuje. Przyglądam się, zdumiony, przez długą chwilę powoli podchodzę do drzwi. Stary windziarz zerka nerwowo zza ich skrzydła.

Wygląda na to, że przyjechaliśmy na miejsce okropnej katastrofy; w wielkiej, zawalonej gruzem sali przed nami ogień liże leżące wiązary, splątane rury i belki, zawalone mury i zwisające kable; ludzie w uniformach biegają z wężami strażackimi, noszami i trudnymi do zidentyfikowania elementami sprzętu do gaszenia. Nad wszystkim wisi wielki całun dymu. Zgiełk brzęczących alarmów i klaksonów, eksplozji i wykrzykiwanych przez tuby rozkazów jest przerażający nawet dla uszu lekko ogłuszonych przez dzwon, który oznajmił nasz przyjazd. Co się tu stało?

— Odnoszę wrażenie, proszę pana — wykrztusza z siebie stary windziarz — że z tej strony niezbyt przypomina to bibliotekę, prawda?

— Prawda — przyznaję, obserwując, jak tuzin mężczyzn toczy jakąś wielką pompę po usianej gruzem podłodze.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Most»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Most» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Iain Banks - Der Algebraist
Iain Banks
Iain Banks - L'Algébriste
Iain Banks
Iain Banks - A barlovento
Iain Banks
Iain Banks - Inversiones
Iain Banks
Iain Banks - El jugador
Iain Banks
Iain Banks - Dead Air
Iain Banks
Iain Banks - The Algebraist
Iain Banks
Отзывы о книге «Most»

Обсуждение, отзывы о книге «Most» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x