Wszystko się sprowadzało do zwłok.
Max ich potrzebował.
Wtedy w jego głowie pojawiła się myśl. Owszem, potrzebował zwłok. Ale czy koniecznie musiały to być zwłoki Sandry?
O dziewiętnastej czterdzieści pięć Aidan Brewster stał w pralni samoobsługowej, składając ostatnią partię prania.
Przed sobą miał cztery stosy białych T shirtów, dwa niebieskich dżinsów i kilka mniejszych z białymi slipami i skarpetkami. Zaczął o osiemnastej, po tym, jak jego kuratorka uprzejmie podjechała pod otoczony dziennikarzami dom i go stamtąd zabrała. Colleen zaproponowała, że zawiezie go na noc do hotelu, a tymczasem wszystko się uspokoi. Poprosił ją jednak, aby zamiast tego podrzuciła go do jakiejś pralni na przedmieściach, daleko od południowego Bostonu, gdzie dziennikarze nie będą go szukać i będzie mógł w spokoju wyprać sobie gatki.
Widział, że Colleen czuje się skrępowana tą prośbą. Może chodziło o worki pełne brudnych ciuchów, które zapakował do bagażnika auta, gdy tymczasem trzech fotografów robiło mu zdjęcia. Przynajmniej kiedy Colleen odjechała, porzucili swoje stanowisko i także się oddalili. Nie ma sensu tkwić przed domem, skoro cel udał się gdzieś indziej.
Co ci się stało w głowę? zapytała Colleen.
Kuchenka. Zostawiłem papierowy talerzyk za blisko palnika. Rozżarzone węgielki pofrunęły do góry i podpaliły mi włosy, ale zbyt późno to zauważyłem.
Nie wyglądała na przekonaną.
Wszystko w porządku, Aidan?
Straciłem pracę. Poparzyłem sobie głowę. Moja twarz pojawiła się w wieczornych wiadomościach.
Nic nie jest, kurwa, w porządku, ale dzięki, że pani pyta.
Aidan…
Spojrzał na nią, rzucając jej wyzwanie, żeby to powiedziała. Że jest jej przykro. Że będzie lepiej. I żeby się trzymał.
Niech wybierze jakiś frazes, jakikolwiek. Wszystkie były stekiem bzdur. I Colleen także to wiedziała.
Resztę drogi przejechali w milczeniu, co było największą przysługą, jaką mu kiedykolwiek oddała.
Teraz skończył składać ręczniki, pościel, różnorakie narzuty, nawet trzy serwetki. Jeśli była to tkanina, która znajdowała się w jego mieszkaniu, wyprał ją, dodając wybielacza Clorox.
Niech policja się nad tym biedzi. Niech go nienawidzi.
Planował, że wróci teraz do domu i spakuje wszystko, co posiada. Włoży każdą swoją rzecz do czterech czarnych worków na śmieci i ruszy w świat. Koniec przedstawienia. Miał dość. Niech jego kuratorka go ściga. Niech policja dostanie świra, szukając kolejnego zarejestrowanego przestępcy seksualnego.
Żył według zaleceń i proszę, dokąd go to zaprowadziło: policja miała go w dupie, byli współpracownicy próbowali dać mu nauczkę, a jego sąsiad, Jason Jones, po prostu go przerażał. No i jeszcze ci dziennikarze… Aidan pragnął uciec. Na razie. Pa, pa.
Ale jednak pozostał tutaj, na podłodze obskurnej pralni, pstrykając gumką i ściskając długopis. Już od trzech minut wpatrywał się w pustą kartkę papieru. W końcu napisał: Droga Rachel,
jestem dupkiem. To wszystko moja wina. Powinnaś mnie nienawidzić.
Zawahał się. Wziął do ust końcówkę długopisu. Pstryknął gumką.
Dzięki za przesłanie mi tych listów. Może ich nienawidzisz. Może nie mogłaś ich dłużej znieść. Chyba nienie mogę Cię za to winić.
Skreślił te słowa. Spróbował raz jeszcze. I też skreślił.
Kocham Cię.
Źle zrobiłem. Przepraszam. Nie będę Cię więcej niepokoił.
Chyba że, pomyślał. Ale tego akurat nie napisał. Z całych sił powstrzymał się, by tego nie napisać.
Gdyby chciała się z nim spotkać, już by to zrobiła. A więc zrozum to w końcu, Aidan, staruszku. Nie kochała cię. I nie kocha. Poszedłeś do więzienia za nic, ty żałosny, głupi, beznadziejny dupku… Znowu wziął do ręki długopis.
Proszę, nie rób sobie krzywdy.
Po chwili, jakby po namyśle, dopisał:
I nie pozwól także, by Jerry robił Ci krzywdę. Zasługujesz na coś lepszego. Naprawdę.
Przepraszam, że wszystko spieprzyłem. Życzę Ci miłego życia.
Aidan
Odłożył długopis. Przeczytał list raz jeszcze. Zastanawiał się, czy nie podrzeć go na kawałki i nie rozpalić kolejnego ogniska. Powstrzymał się. Nie wyśle tego listu. Na terapii ćwiczeniem było jedynie napisanie listu. Nauczenie się empatii i przywołania wyrzutów sumienia. Które chyba czuł, dlatego że ściskało go w piersi, trudno mu się oddychało i nie chciał już siedzieć pośrodku tej pralni. Pragnął
wrócić do mieszkania, skulić się na łóżku i naciągnąć koc na głowę. Pragnął znaleźć się gdzieś, gdzie mógłby siedzieć w ciemności i nie myśleć o tamtej zimie i o tym, jak dobrze było czuć jej skórę na swojej albo jak bardzo zniszczył życie im obojgu.
Boże, nadal ją kochał. Naprawdę. Była jedyną dobrą rzeczą, jaka mu się kiedykolwiek przytrafiła, a jednocześnie jego przyrodnią siostrą, a on okazał się najgorszym typem potwora na świecie i może ci faceci z warsztatu powinni go byli załatwić. Może to jedyne rozwiązanie w przypadku takich czubków jak on. Był zboczeńcem. Nie lepszym niż Wendell, psychotyczny ekshibicjonista. Naprawdę powinno się go unicestwić.
Tyle że tak jak każdy zboczeniec tak naprawdę nie chciał umierać. Chciał jedynie przetrwać najbliższą noc i może następny dzień.
Zebrał więc swoje pranie i zatrzymał taksówkę.
Do domu, James powiedział kierowcy.
Następnie, siedząc na tylnej kanapie taksówki, podarł list na małe, maleńkie kawałki i wyrzucił je przez okno, a potem patrzył, jak unosi je nocny wiatr.
O dwudziestej pierwszej pięć Jason w końcu położył Ree spać. Nie było to proste. Coraz liczniejsze obozowisko dziennikarzy przez większość dnia trzymało ich w domu i dziewczynce wyraźnie brak było ruchu i świeżego powietrza. A potem, po kolacji, rozbłysły pierwsze studyjne lampy i cały ich dom był
teraz tak oświetlony, że z pewnością widać go było z kosmosu.
Ree narzekała na lampy. Narzekała na hałas. Zażądała, aby kazał dziennikarzom odejść, a potem, kiedy nic nie wskórała, tupnęła nóżką i oświadczyła, że chce, aby ją zabrał na poszukiwanie mamy.
Natychmiast.
W odpowiedzi zaproponował, że pokoloruje z nią obrazki. Albo poskładają origami. Albo zagrają w warcaby.
Nie winił jej za to, że krzywo na niego patrzy i chodzi gniewnie po domu. On także chciał, żeby ci dziennikarze sobie poszli. Pragnął powrotu do dawnego życia.
Przeczytał córce całą książkę o wróżkach, całe sto stron, od początku do końca. Bolało go gardło, ale Ree w końcu zasnęła.
A on znajdował się teraz sam w pokoju dzień dziennym, z opuszczonymi żaluzjami i zaciągniętymi zasłonami, i próbował wykombinować, co dalej. Sandra nadal się nie odnalazła. Maxwell miał
potwierdzone przez orzeczenie sądu spotkanie z Ree. A on pozostawał głównym podejrzanym w sprawie zaginięcia swojej ciężarnej żony.
Miał nadzieję, że Sandra uciekła z kochankiem. Tak naprawdę w to nie wierzył, ale miał nadzieję, dlatego że tylko wtedy mogła być cała i zdrowa. I może pewnego dnia zmieniłaby zdanie i wróciła do niego. Przyjąłby ją z powrotem. Dla dobra Ree, dla swego dobra. Wiedział, że nie jest idealnym mężem, wiedział, że podczas rodzinnych wakacji popełnił straszny błąd. Jeśli musiała go ukarać, gotów był to znieść.
Ale teraz, gdy kończył się dzień trzeci, musiał rozważać inne opcje. Że jego żona nie uciekła. Że wydarzyło się coś strasznego, właśnie tutaj, w jego własnym domu, i jakimś cudem Ree to przeżyła.
Читать дальше