Mürting! – krzyknął do adiutanta. – Proszę do mnie! Podyktuję ci pismo w sprawie kapitana Mocka. – Spojrzał na swoich rozmówców. – Żegnam panów!
Obaj wykonali przepisowe „Heil Hitler!” i wyszli z kwatery von Rodewalda. Generał przez chwilę stukał ołówkiem o biurko, uśmiechając się szelmowsko. Nagle ołówek zamiast w blat stuknął w czoło generała. Von Rodewald wstał i rzucił się do pokoju adiutanta.
– Natychmiast wołać do mnie Mocka! – krzyknął. – Może jeszcze nie zdążył wyjść.
– Tak jest – mruknął zaspany Mürting, zakręcił korbą telefonu, a jego głos stał się potężny.
– Wezwać kapitana Mocka! Generał von Rodewald chce się z nim widzieć! No to zatrzymać go na bramie! Wykonać!
Po chwili Mock zapukał do kwatery swojego szefa.
– Wejść! – krzyknął von Rodewald i widząc swojego podwładnego, uśmiechnął się filuternie.
– Wie pan co? – Podszedł do Mocka i klepnął go przyjaźnie w ramię. – W pańskim wieku takie fiku – miku. Ho, ho, ho. No proszę. – zagwizdał.
– Jakoś nie chce mi się jeszcze umierać – Mock też się uśmiechnął.
– To dobrze, Mock – powiedział von Rodewald i plasnął w czoło otwartą dłonią.
– Przez te pańskie opisy orgii zapomniałem o bardzo ważnej sprawie.
– Tak, słucham. – Mock wciąż się uśmiechał.
– Niech pan się już nie obawia Gnerlicha – powiedział generał. – Decyzją gauleitera Hankego obóz na Bergstrasse został wczoraj ewakuowany. Więźniowie cudzoziemscy są w Burgweide, nielicznych Niemców włączono do prac w twierdzy. Gnerlich przestał być komendantem i został dowódcą jednego z batalionów liniowych. Może się pan teraz spokojnie zająć swoją Hellner. O ile jej gdzieś nie odkomenderowano. Wiceszef SS i policji uśmiechnął się łobuzersko i ze zdziwieniem obserwował, jak uśmiech znika z ust Eberharda Mocka.
BRESLAU, NIEDZIELA 8 KWIETNIA 1945 ROKU,
DRUGA POPOŁUDNIU
Mocka dręczyło sumienie i odbywał swoją podróż sentymentalną do kamienicy, w której kiedyś mieszkał.
Wspinał się po schodach bardzo powoli, próbując każdym krokiem trwałości drewnianej konstrukcji.
Kamienica przy Rehdigerplatz drżała od niedalekich eksplozyj, przez wybite okna na klatce schodowej wgryzał się kurz i wpadały placki sadzy.
Schody trzeszczały jednakowo i niezmiennie – jak zawsze. Od dwudziestu czterech lat stopnie wydawały te same dźwięki, lecz dzisiaj wyczulona imaginacja Mocka odróżniała je precyzyjnie. Oficerki Mocka wybiły na najniższym stopniu dwusylabowe imię jego pierwszej żony.
„Sophie” – zadźwięczał stopień. Mock przystanął i spojrzał na brudną ścianę. To do niej przyciskał niespełna dwadzieścia lat temu swoją przepiękną żonę, a ona obejmowała go w pasie udami. To wtedy jego sąsiad, adwokat doktor Fritz Patschkowsky, wychodząc na spacer ze swoim szpicem, spłoszył kochanków. Teraz działacz spod znaku „Rodła” Fryderyk Paczkowski powiększa w niebie zastęp Polaków, a żona Eberharda zyskuje w coraz brudniejszych łóżkach szlify weteranki.
Kolejny stopień wyskrzypiał nazwisko „Anwaldt”. W pustej rurze klatki schodowej rozległo się rzężenie pijanego policjanta Herberta Anwaldta, który opierał się na ramieniu starszego przyjaciela. W przeciągu studni schodów wzmagał się bełkot młodego berlińczyka, którego pięćdziesięcioletni Mock wlókł po schodach. Anwaldt przebywa w szpitalu psychiatrycznym w Dreźnie, a ramię, na którym się wtedy – w lipcu 1934 roku – wspierał, teraz było przestrzelone i pulsowało bólem.
Następne stopnie stukały jednostajnie „Karen, Karen”. Mock znów przystanął, ponieważ nie mógł znieść tego dźwięku. Aby zwiększyć dawkę cierpienia, przywoływał sceny pocałunków na półpiętrze, kiedy wracali z niedzielnych spacerów, drażnił swój mózg widokiem jej białego od księżyca ciała, które obejmował tak zachłannie, że prawie odbierał jej dech. A teraz Karen nie ma. Zaginęła lub zginęła, podobnie jak służąca Marta Goczoll. On sam jest przyczyną jej śmierci, ponieważ wzgardził jej pragnieniem bezpieczeństwa, ścigając uparcie zbrodniarza, aby go zabić. Zemsta go przerosła, zemsta nieudana, zemsta beznadziejna. Po trupie Karen wściekle i zapamiętale zmierzał ku zagładzie, straciwszy już wszystko, nawet cel swojej gonitwy.
Nie ma Gnerlicha, nie ma obozu na Bergstrasse, niema celu, do którego powinien dążyć.
Czuł się podle, ponieważ sądził, że jego rozpacz z powodu Karen jest zbyt płytka i nieautentyczna.
Wiedział, skąd się bierze to destrukcyjne uczucie.
Kolejny stopień schodów też o tym wiedział, trzeszcząc trzysylabowo: „Gertruda, Gertruda”. Hrabina von Mogmitz pokazywała mu drogę. Jej dobrowolne szlachetne poddanie się cierpieniu i jej godność – jeszcze mocniejsza przez to, że zbrukana – były dla niego światłem wśród ciemnych wątpliwości. Jakże musiał nienawidzić jej oprawca Bresler, który przyjął jej panieńskie nazwisko! Pewnie się w niej kiedyś kochał nieszczęśliwie i dziko, czego dowodem było naznaczenie się do końca życia, napiętnowanie się jej mianem – jak krwawym tatuażem. Potem ją upokarzał i gwałcił, lecz nie mógł upokorzyć jej wzniosłego ducha. Ona była światłem. Mock przywoływał wciąż cierpienie, aby nie poddać się myślom o Gertrudzie. To przez ciebie, mówił do niej w myślach, zostawiłem Karen, to twoja wina, że dałem się ponieść jakimś mrzonkom o błogosławieństwach i ocaleniu.
Karen, Karen, powtarzał, chcąc zagłuszyć trzysylabowe trzaskanie schodów, może Karen jest w ich dawnym mieszkaniu? Nikogo nie było oprócz gołębi, które uwiły sobie gniazdo w sienniku.
Mock porzucił swe dawne, puste teraz mieszkanie i powlókł się noga za nogą do swojego nowego mieszkania na Zwingerplatz. Nie reagował na ryk torped, które startowały z wózków ustawionych na Rehdigerplatz, ani na trzask pancerfaustów. Obojętnie kroczył po Augustastrasse, nie przejmując się wcale kulami rosyjskich strzelców wyborowych. Z całkowitym spokojem wszedł w piwnice, którymi udał się do centrum miasta – do swojego nowego mieszkania.
Może tam będzie Karen?
Za pół godziny Mock otworzył drzwi kluczem i wszedł do wyziębionego mieszkania. Karen nie było. Był za to ktoś całkiem inny.
BRESLAU, NIEDZIELA 8 KWIETNIA 1945 ROKU,
DWADZIEŚCIA MINUT NA TRZECIĄ PO POŁUDNIU
Pierwszy cios rzucił Mockiem o ścianę. Poczuł silne pieczenie na policzku i ciepły wysięk na górnej wardze.
Upadając pod lustro, schował głowę w ramiona i zamknął oczy. Kamienica zadrżała w posadach. Ze ściany zsunęło się lustro, uderzyło o podłogę i pękło na pół. Kolejny cios nadszedł z góry. Mock miał wrażenie, że został uderzony hakiem.
Jakiś metalowy czub przebił filcowy kapelusz i zanurzył się w naskórku ciemienia Mocka. Ten poczuł, jak ktoś chwyta go za kołnierz płaszcza i wlecze do jego gabinetu. Ponieważ płaszcz przy tym naciągnięto mu na głowę, Mock niczego nie widział. Strzygł oczami na boki, ale – ku swojemu przerażeniu – zobaczył jedynie plamę krwi rozlewającą się na aksamitnych wyłogach kołnierza. Po chwili poczuł na policzku chłód parkietu.
Był w gabinecie. Po jego nerkach i żebrach zadudniły buty. Za oknem wybuch wstrząsnął drzewami na skwerze. Do uszu Mocka dotarły suche trzaski spadających gałęzi. Usłyszał również pisk butów na parkiecie. Ciosy obracały go na wszystkie strony. Leżąc na brzuchu, wzniósł oczy i zobaczył swoich oprawców.
Waltraut Hellner podniosła pogrzebacz, Hans Gnerlich naciągnął płaszcz na ramiona Mocka, unieruchamiając go w tym kaftanie bezpieczeństwa. Obydwoje byli ubrani w polowe panterki Waffen SS. Okienna rama wykrzywiła się w romb i wysypała z siebie okruchy szkła wprost na głowę Mocka. Ktoś zdarł mu maskę, a potem wcisnął jego twarz w szkło. Kapitan zacisnął powieki. Poczuł, jak kilka szklanych okruchów wciąga wraz z oddechem do nosa. Rozerwana śluzówka zareagowała krwawym katarem, który bezlitośnie barwił teraz garnitur i koszulę. Coś go zdziwiło – w gabinecie panowało ciepło.
Читать дальше