Zostawił szczotkę – z łoskotem upadła na wytartą drewnianą posadzkę – i poszedł do kuchni. Włożył część naczyń do zmywarki, uruchomił ją, po czym włączył pralkę i suszarkę. Był niezwykle dumny z siebie, że udało mu się odmierzyć odpowiednią ilość proszku, wsypać go do właściwej przegródki i wcisnąć te guziki, co trzeba.
Przy tych wybitnie prozaicznych zajęciach czuł się samotny jak nigdy.
To nie w porządku, przekonywał samego siebie. Potrzebował ich, a oni go opuścili.
I wtedy, kiedy pralka zaczęła napełniać się wodą, mydlinami i prać ubrania, uprzytomnił sobie, że oni tu są.
Nigdy nie był sam.
Wszyscy, których kochał, stali u jego boku.
W tym momencie zrozumiał, że jeśli ich słyszy, to dlatego, że tego chce, nie dlatego, że chcą tego oni. Odwrócił się raptownie, jakby zaskoczony nagłym dźwiękiem. Stała za nim Cassie. Uśmiechnął się szeroko; to była młoda Cassie. Miała na sobie luźną letnią sukienkę i poznał, że była w ciąży, mocno zaawansowanej, dni, nie, minuty przed ogłoszeniem przez Tommy'ego przybycia na ich świat. Stała przy ścianie, oparta o drzwi kuchni. Uśmiechnęła się do niego i kiedy energicznie ruszył naprzód i wyciągnął do niej dłoń, pokręciła głową i bez słowa wskazała w bok.
– Cassie, potrzebuję cię – powiedział. – Musisz być tu, ze mną, żeby pomóc mi pamiętać…
Znów się uśmiechnęła. Dalej pokazywała coś obok siebie. Adrian nie bardzo rozumiał co i podszedł do niej z szeroko rozłożonymi rękami.
– Wiem, że nie zawsze układało się idealnie. Wiem, że były kłótnie, smutne chwile, żale i że skarżyłaś się na to, że ugrzęzłaś w mieścinie uniwersyteckiej, gdzie nigdy nic się nie dzieje. A ty zasługiwałaś na to, żeby być wybitną artystką w dużym mieście. Tylko że ja nie dawałem ci rozwinąć skrzydeł. Ja to wszystko wiem. I pamiętam, że bywało ciężko, zwłaszcza kiedy Tommy przechodził okres buntu i kłóciliśmy się o niego i o to, co zrobić. Teraz jednak chcę pamiętać jedynie wspaniałe, cudowne i doskonałe momenty…
Znów wskazała w bok i Adrian widział w jej spojrzeniu zniecierpliwienie, jakby to długie, egocentryczne przemówienie nie miało dla niej znaczenia. Oczy Cassie błyszczały natarczywie. Te czarne oczy potrafiły miotać błyskawice, kiedy tego chciała.
– O co chodzi? – spytał.
Uśmiechnęła się i znów odrzuciła głowę, potrząsając długimi włosami, jakby miała do czynienia z małym dzieckiem, które nie wie czegoś banalnie prostego, na przykład ile to jest dwa plus dwa albo jaki kształt ma stan Massachusetts.
– Co… – Wytężył wzrok. I wreszcie zauważył, co mu pokazywała. Telefon na ścianie kuchni.
Słuchał uważnie i powoli, jak gdyby ktoś podgłaśniał dźwięk w wieży stereo, doleciało go odległe dzwonienie, z sekundy na sekundę coraz donośniejsze. Chwycił słuchawkę, przycisnął ją do ucha.
– Halo?
– Jak tam, profesorze, czekał pan na telefon ode mnie? Chce się pan spotkać? Zrobiłem pewne postępy.
Przestępca seksualny. Charakterystyczny ton głosu. Jak bulgot gęstej ropy wypływającej spod ziemi.
– Pan Wolfe…
– A kogo pan się spodziewał?
– Znalazł ją pan?
– Nie całkiem. Ale…
– W takim razie o co chodzi? – Adrian słyszał w swoim głosie bezkompromisowy, twardy ton. Ciekawe, skąd się wziął.
– Myślę, profesorze, że przydałaby się pańska pomoc. Znalazłem kilka… – Wolfe zawahał się. – No, znalazłem pewne rzeczy warte obejrzenia – dokończył. – I myślę sobie, że właśnie pan powinien je zobaczyć.
Adrian spojrzał na żonę. Głaskała się po dużym, wydętym brzuchu, zataczając kręgi dłonią. Podniosła na niego oczy i energicznie pokiwała głową.
Nie musiała mówić: „Idź, Adrianie”.
– W porządku. Jadę. – Odłożył słuchawkę. Chciał przytulić żonę, ale wskazała w stronę drzwi.
– Pospiesz się – powiedziała wreszcie swoim śpiewnym głosem. Cieszył się, że się odezwała. Cisza go przerażała. – Musisz się spieszyć, Audie. Nie wiesz, ile czasu ci zostało.
Spojrzał na brzuch Cassie. Przypomniał sobie ostatnie dni przed narodzinami ich jedynego syna. Było jej gorąco, niewygodnie, ale wydawało się, że wszystko to, co powinno ją drażnić i złościć, odłożyła do jakiejś skrytki. Pociła się w letnim upale i czekała. On przynosił jej wodę z lodem i pomagał dźwigać się z krzesła. Nocą leżał przy niej i udawał, że śpi, gdy tak naprawdę słuchał, jak ona przewraca się z boku na bok, szukając wygodnej pozycji. Wtedy nie miał jak wyrazić współczucia, bo w gruncie rzeczy nie było czego współczuć i tylko by ją zdenerwował. I bez tego zadawała sobie masę trudu, by panować nad emocjami.
Zrobił krok do przodu.
– Nie możesz pamiętać tylko tego co dobre – oznajmiła Cassie. – Przeżyliśmy też dużo trudnych chwil. Na przykład kiedy umarł Brian. Wtedy było źle. Przez wiele tygodni piłeś i robiłeś sobie wyrzuty. A potem, kiedy Tommy… – urwała.
– Dlaczego… – Chciał zapytać ją o to, co wisiało nad nimi w ostatnich tygodniach jej życia, ale nie mógł. Zobaczył, że Cassie spuściła oczy na swój brzuch, jakby widziała wszystko, co miało nadejść, i było to dla niej jednocześnie źródłem radości i nieutulonego smutku. A zatem, pomyślał, to właśnie musiał czuć on sam, w każdej sekundzie każdego dnia, w chwilach szaleństwa i kiedy rozum wracał.
Źle zrobił, że żył dalej po śmierci Tommy'ego i Cassie. Wtedy przyszedł czas na niego. Powinien od razu do nich dołączyć, bez wahania. Ale został przy życiu. Co za tchórzostwo.
Kiedy spojrzał na Cassie, kręciła głową.
– Ten wypadek… to było złe – powiedziała powoli. – Ale i słuszne.
To jednocześnie nie miało sensu i było doskonale logiczne. Jako psycholog rozumiał, że rozpacz może wywołać bliskie psychozy stany samobójcze. Istniała obszerna literatura na ten temat. Kiedy jednak spojrzał przez pokój na żonę, która wydawała się tak młoda, tak piękna, i uosabiała całą nadzieję związaną z ich wspólnym życiem, wszystkie badania kliniczne na świecie nie pomagały mu pojąć, dlaczego zrobiła to, co zrobiła; cała wiedza o długotrwałych skutkach szoku pourazowego nie znaczyła nic w porównaniu z tym uczuciem, innym od żalu i poczucia winy z powodu śmierci brata.
Mocno zacisnął powieki i przypomniał sobie razem spędzone chwile. Chciał ją spytać, dlaczego zostawiła go samego, i chyba powiedział to głośno, bo w jego zadumę wdarł się jej głos.
– Po śmierci Tommy'ego stałam się cieniem – wyjaśniła. -Wiedziałam, że ty jesteś dość silny, by znaleźć coś, dla czego warto żyć. Ja byłam słaba. Gdybym dalej żyła, to by cię zabiło. Nie mogłam być w domu pełnym bólu i wspomnień. Wszystko przypominało mi o nim. Nawet ty, Audie. Zwłaszcza ty. Patrzyłam na ciebie i widziałam jego, a wtedy czułam się, jakby wyrywano mi serce. Dlatego pewnej nocy wcisnęłam gaz do dechy. To wydało mi się słuszne.
– To nigdy nie było słuszne – sprzeciwił się. Powoli otworzył oczy. Sycił się widokiem swojej młodej żony. – To nie mogło być słuszne. Pomógłbym. Znaleźlibyśmy jakieś rozwiązanie.
Cassie dotknęła swojego brzucha. Uśmiechnęła się.
– Teraz to wiem.
– Myliłaś się – powiedział. – Jeśli sprawiałem wrażenie silnego, to dlatego, że byłaś przy mnie. Nie powinnaś mnie zostawić.
Skinęła głową, wciąż uśmiechnięta.
– Co do tego zgoda. Myliłam się.
– Wybaczam ci – wykrztusił głośno. Chciało mu się płakać. – Och, wybaczam ci, Oposiku.
Читать дальше