Popielski potrząsnął głową i odrzucił stanisławowskie wspomnienia, które mocno kontrastowały z jego obecnym, ponurym stanem ducha. Coraz bardziej się obawiał, iż staje się komicznym satyrem, nieuleczalnym, tępym sybarytą. To uczucie zawsze go dopadało, gdy przeżywał jakąś pełnię rozkoszy, gdy budził się w łóżkach coraz to innych ladacznic, gdy nie mógł odtworzyć w pamięci wydarzeń poprzedniego wieczoru, gdy gardło charczało dziesiątkami wypalonych papierosów. Wtedy widział coraz bardziej zatroskane oczy swej kuzynki Leokadii i dziewiętnastoletniej córki Rity. Jedno jej spojrzenie było jak palący wstyd, jak wycie wyrzutów sumienia w bezsenną noc. Pod wpływem tego spojrzenia Popielski z sybaryty zamieniał się w ascetę. Pościł, resztki alkoholu wylewał do zlewu, a domy rozpusty omijał szerokim łukiem. Teraz właśnie ten czas się zbliżał. Sinusoida hedonizmu zmierzała w stronę minimum, ale go jeszcze nie osiągnęła. Do tego potrzebny był mu jeden impuls. Choćby spojrzenie Rity. Nie widział jej jednak od dwóch tygodni i wcale nie był pewien, czy córka w ogóle chce go widzieć. Pomyślał ze wstrętem o sutej kolacji w Atlasie, zaprawionej kilku stopkami wódki, o szerokich biodrach niejakiej panny Władzi, z którą się wcześniej znalazł w hotelowym pied-a-terre, o swej wątrobie, która ciążyła mu jak kamień, i o brzuchu, który go wciąż bolał po skoku w głąb dziedzińca za kiblem Szkockiej. Tak, Popielski potrzebował zachęty do ascezy.
Poczuł lekkie dotknięcie. Przed nim stała młoda, chyba jeszcze nastoletnia dziewczyna i położywszy ręce na biodrach, uśmiechnęła się szeroko. Popielski momentalnie poczuł, że gniew na sybarytyzm wypełnia mu usta jak gorzka treść żołądkowa. Najchętniej by womitował – tu, teraz, pod ratuszem.
– Cium, serduszku. – Dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Na Ormiańskij pud Czterema Porami Roku jest auto i szwytko zabierzy szanuwnegu paniagi…
Zanim zdążył zareagować, dziewczyna uciekła. Nawet nie próbował jej gonić ze swym ciężkim brzuchem, w którym coś naderwał podczas skoku na dziedziniec Szkockiej.
Rzeczywiście, na Ormiańskiej, pod kamienicą Cztery Pory Roku, stała nowa lancia. Popielski otworzył drzwi i bez słowa powitania wsiadł do auta. Był pewien, że szofer nie otrzymał ani jednej lekcji savoir-vivre'u i że jego „dobry wieczór” pozostanie bez odpowiedzi. Wolał zatem nic nie mówić.
Minęli cerkiew Uspieńską, Arsenał i namiestnikostwo Galicji, a potem skręcili w Łyczakowską. Popielski znalazł się w znajomym otoczeniu, wśród dwu- lub trzypiętrowych kamienic. Na ich podwórkach nie raz i nie dwa przebywał późną nocą i słyszał tam często syczenie swojego przezwiska, gdy wystawieni na czujki chłopcy ostrzegali podwórkowych mocodawców ukrytych w norach i melinach. Za Cmentarzem Łyczakowskim szofer przyśpieszył i po chwili opuścili Lwów. Z lewej strony stała gęsta ściana lasu. Po kwadransie się rozrzedziła i znaleźli się w Winnikach. Lancia skręciła w lewo i zatrzymała się przed starym, dużym, drewnianym domem, za którym wznosiła się gęstwina sosen.
Mosze Kiczałes siedział na dwuosobowej huśtawce, wiszącej na werandzie, i palił cygaro. Stojące na stole resztki kawioru, śledzie i słodycze świadczyły, że wytworne cygaro było uwieńczeniem równie wytwornej kolacji. Do Kiczałesa przytulała się czule młoda blondynka – tak piękna, że Popielski natychmiast zapomniał o postanowieniu ascezy. Przed chłodem majowej nocy dziewczynę chronił pled z tygrysiej skóry. Jej towarzyszowi było najwidoczniej ciepło, bo nie miał na sobie marynarki, a szeroko rozrzucone nogi, przekrzywiony kapelusz, rozchełstany krawat i rozpięta koszula upodabniały go do batiara odpoczywającego po pijackiej nocy. Szeroka, połyskliwa szrama, biegnąca przez policzek, mogła pochodzić od ciosu nożem podczas pijackiej burdy. Te podobieństwa były jednak pozorne. Król lwowskiego podziemia prawie nigdy nie pił alkoholu, a blizna była pamiątką po bójce w rosyjskim więzieniu.
Pocałował dziewczynę w policzek i szepnął jej kilka słów na ucho. Ta wstała, powiedziała „dobranoc” Popielskiemu i weszła do domu. Komisarz nie odpowiedział jej i nawet na nią nie spojrzał. Jedynie kącikiem oka zarejestrował obecność jej szczupłej sylwetki w nieoświetlonym oknie. Wiedział doskonale, że będzie się przysłuchiwała ich rozmowie, może nawet na polecenie swojego kochanka. Nie reagując na kurtuazję dziewczyny, popełnił świadome faux pas. Ale wszyscy wiedzieli, że Kiczałes jest chorobliwie zazdrosny o swój liczny harem i że lepiej nawet nie patrzeć na żadną z jego niewolnic, jeśli się nie chce zniechęcić go do siebie. Wiedział też, że w ciemnościach majowej nocy herszt półświatka może by i nawet nie dostrzegł jego pożądliwego spojrzenia, lecz na pewno zapyta o zachowanie przybyłego swych licznych cerberów, którzy stali dookoła posesji, ukryci pod drzewami, i przyglądali się uważnie gościowi pryncypała. Wolał zatem zaryzykować opinię gbura niż lowelasa, który się ślini do cudzej kochanki.
Komisarz nie pomylił się w swojej szybkiej rachubie. Gospodarz uznał najwidoczniej zachowanie Popielskiego za przyzwoite, bo uśmiechnął się do niego dość przyjaźnie i wskazał mu wiklinowy fotel obok stołu.
– Pan siada, panie kumisarz, pan mówi, z czym przychodzi w moji skromny progi, a ja słucham, słucham. – Kiczałes wydmuchnął chmurę dymu.
– Przyjął mnie pan we własnym domu. – Popielski uderzył papierosem o wierzch papierośnicy. – To świadczy o zaufaniu do mnie. Dziękuję za nie.
– Bez pięknych słówek. – Gospodarz znów się uśmiechnął pod cienkim wąsikiem amanta. – Gdyby to była moja chawira, znaczy, że pan szac facet. A w tej landarze mogę przyjąć nawet byli pachciarza.
Popielski zamyślił się. Kiczałes nie zaproponował mu ani poczęstunku, ani cygara, ani alkoholu. To świadczyło o dystansie. Potem porównał go do pachciarza. To świadczyło o wrogim dystansie. Policjant wstał, wyjął z kieszeni „Gazetę Wieczorną” i rzucił ją na stół przed swoim rozmówcą. Gałęzie i krzaki wokół domu poruszyły się gwałtownie. Kiczałes uniósł dłoń i znów zapadła cisza, przerywana cykaniem świerszczy.
– Niech pan znajdzie mordercę tego dziecka i odda go mnie – powiedział Popielski cichym głosem, wskazując na gazetę, na której pierwszej stronie umieszczone było jego zdjęcie.
– Myśli pan tak jak wszyscy, nu nie? Że to Żyd zabił chrześcijańskie bambulko na macy, nu nie? I dlatego ja, Żyd, mam go szukać wśród niby swoich, co? Chcesz mnie pan wziąć pod włos, co? Boisz się pan rozruchów, pogromu Żydów?
– Nie obchodzi mnie, jaka jest narodowość mordercy, rozumie pan, Kiczałes – odpowiedział zimno Popielski. – Zwracam się do pana nie jako do Żyda, lecz jako do gubernatora, rozumie pan? Do gubernatora!
– Że co? Że jak? – Król podziemia był skonfundowany. Nie kryjąc zdumienia, wpatrywał się w gościa.
– Świat podziemny, świat złodziei i bandytów, jest pańską gubernią, a pan jej gubernatorem. W tej guberni rządzi tylko pan. Pańscy poddani są ludźmi honoru! Żaden kieszonkowiec nie okradnie kobiety w ciąży, żaden bandyta nie napadnie na dziecko, żaden urka nie poharata ani staruszki, ani wariata. Takie są zasady w pańskiej guberni, zgadza się?
– Nu tak. – Z oblicza Kiczałesa nie schodził wyraz zdziwienia.
– A ten skurwysyn – Popielski trzasnął dłonią w gazetę – morderca trzyletniego dziecka złamał wszelkie zasady pańskiego świata. Czy pan dopuści, aby w pańskiej guberni działał taki zwyrodnialec, czy jest to panu obojętne? Przecież ma pan swoją policję, swojego ministra spraw wewnętrznych, który zna każdą norę, gdzie ten bydlak mógłby się ukryć! Nie uruchomi pan swojego aparatu przymusu?
Читать дальше