– Rychtyk, tu rudzice – odpowiedział Walery. – A ja dziadku.
Imię zamordowanego dziecka było jak zapalnik bomby. Matka chłopca zachwiała się, a jej głowa opadła na stół. Jej ciche zawodzenie było cienkie i ostre. Wcisnęła krótkie, grube palce we włosy spięte kościanym grzebykiem. Łzy płynęły po jej przegubach i spływały aż na nagie łokcie. Wyła cicho, cienko i ostro. Jak skalpel, jak nóż, który wrzynał się w ciało jej dziecka.
Robotnik budowlany Ignacy Pytka rzadko kiedy płakał – ani pod wpływem bólu fizycznego, ani psychicznego. Nie uronił nawet łzy, gdy spadł z budowanego przez siebie kościoła Kapucynów i widział, jak drelich jego spodni pęka cicho pod ostrą krawędzią kości, która pierwej przebiła skórę. Nie płakał nawet wtedy, gdy na potańcówce w ogródku piwnym Pod Sroką umarła jego narzeczona, ukochana Wilhelminka, która udusiła się, zdławiona żądłem osy. Nie płakał i dzisiaj, kiedy identyfikował w prosektorium ciało swojego syna. Dopiero imię „Henio”, które nadał dziecku wbrew żonie, wyzwoliło u niego reakcję, której nie pamiętał od wczesnego dzieciństwa. Poczuł piekącą gorycz w gardle, a potem już nie był tym, kim zawsze – był teraz strzępem rozpaczy, nie charakternym batiarem spod kościoła Świętej Elżbiety.
Na początku ronił łzy w milczeniu, lecz później przerywane ono było przez dźwięki, nad którymi nie panował. Nie widział już ani policjantów, ani żony, ani ojca, ani nawet najmłodszego syna Zygmusia, który właśnie się obudził i stał w kuchni, trzymając się nogawki ojcowskich spodni. Był on ze wszystkich dzieci najbardziej podobny do swojego zmarłego brata, do małego trupa, który teraz leżał w prosektorium.
Ignacy Pytka nie słyszał też rozmowy jego ojca z policjantami.
– Kto jeszcze państwa odwiedzał – zapytał aspirant Cygan, notując kolejne nazwisko w notesie. – Ale oprócz rodziny i sąsiadów!
Stary stolarz zasępił się mocno.
– Panie Pytka – odezwał się Popielski. – Moi ludzie przesłuchali już dzieci z podwórka, z którymi tego dnia bawił się Heniu. Dzieci zeznały, że bawiły się w chowanego w najbliższej okolicy. Jedna z dziewczynek powiedziała, że Heniu schował się na podwórku za warzywniakiem przy Królowej Jadwigi. Było po południu, ciepło. Na tym podwórku gromadzą się mieszkańcy, grają w karty i w warcaby. Heniu musiał wyjść zza tego warzywniaka z kimś, kogo dobrze znał. Nieznajomemu by się wyrywał, krzyczał. Ktoś by go usłyszał, ktoś by zauważył opierającego się chłopca. Niech pan mi tu podaje, panie Pytka, wszystkie nazwiska, które przyjdą panu do głowy! Wszystkich, którzy kiedykolwiek odwiedzali tu państwa. Których Heniu mógł znać!
– Bih me, że ni wim – odpowiedział stary stolarz i ugniatał machorkę w bibułce, myśląc o swoim sąsiedzie komuniście.
– Niech on już przestanie kręcić tę machorę – szepnął Popielski do swojego zastępcy. – Daj mu, Stefciu, papierosa. I mnie też.
Ignacy Pytka przestał łkać i obejmował żonę. Za to mały Zygmuś jęczał smutno, jakby to na niego spłynęło teraz całe nieszczęście rodziny.
– Nu to pisz pan, cuzamen do kupy trzech – powiedział Walery do aspiranta Cygana, postanawiając jednak nie wydać sąsiada komunisty. – Tadziu Jojku, malarz, Mundziu Orfin, kamieniarz, i Kaziu Sitkiewicz, grabarz. A i Tolku Małecki, murarz, jak mój Ignac. Oni wszyscy kiedyś robili z Ignacym u jidnegu szmajgełesa na Wulce. A po ruboci przychodzili tu i w karty pugrali, i wcinali precli, i hary też troszku pupili. Ali to wszystku z fasonym.
– Tadeusz Jojko, tak? – upewniał się Cygan. – Murarz, tak? Powtórz pan następnych, bo nie zdążyłem zapisać! Dolku czy Tolku Małecki?
– A bo to ja wiem?
– Niech się pan skupi. To duża różnica. Dolku to Adolf, a Tolku to Anatol.
Popielski przestał słuchać Cygana. Zygmuś nadal płakał. Nikt go nie pocieszał. Jego rodzice siedzieli w milczeniu. Popielski podszedł do chłopca i wyjął z kieszeni miętowe dropsy. Ukląkł i wyciągnął do małego rękę z cukierkami. Zygmuś schował się za ojca i patrzył nieufnie.
Cygan zamknął notes, wstał i potarł czerwone z niewyspania oczy. Komisarz rozprostował kości i zapiął marynarkę. Kiwnął ręką na kolegę, aby podał mu notes. Analizował przez chwilę listę nazwisk i kiwał głową, jakby je liczył. Podsunął notes pod oczy Cyganowi i wskazał na jedno z nazwisk. Ten gest oznaczał: ten jest mój! Wyszli, a rodzina Pytków została sama ze swą rozpaczą.
Na galeryjce owionął policjantów zapach bzu kwitnącego na podwórku. Odetchnęli z ulgą, wyrzuciwszy z płuc duchotę mieszkania.
Trzasnęły drzwi na galerii. Walery Pytka podszedł, kulejąc, do Popielskiego.
– Panie kumisarzu – powiedział stary stolarz. – Przysięgam Bogu, że zabiji tegu skurwysyna, co zabił naszegu Henia. A potym pieszki do Częstochowy…
– Pójdziesz do Częstochowy, Walerku? Na pielgrzymkę? Na pewno? – zapytał go Popielski, patrząc na jego dziurawe łapcie.
– Na zichyr – stary patrzył na policjanta pewnym wzrokiem. – Podziękować za zabici gada. Zabiji, a późni podziękuji Najświętszyj Maryi.
– Na pewno?
– Na zichyr.
– No to ja ci kupię dobre buty na tę pielgrzymkę! – odpowiedział Popielski i zszedł z galeryjki.
***
Była czwarta nad ranem, kiedy Popielski znalazł się na rogu Sapiehy i Potockiego. Przetarł oczy i spojrzał w dobrze już widoczną jasną smugę nad Cytadelą. Niedługo ta nieśmiała zapowiedź dnia miała się zamienić w ciepły, świetlisty poranek. Zwykle o tej godzinie wracał do swego mieszkania na Kraszewskiego i wypalał na balkonie ostatniego przed snem papierosa, wsłuchując się w szczebiot ptaków w Ogrodzie Jezuickim. Potem kładł się spać, by wstać – jak zawsze – wczesnym popołudniem. Ale teraz zachował się zupełnie inaczej i porzucił myśl o chłodnej, czystej pościeli i o kołysance z ptasiej muzyki. Uczynił tak nie z poczucia obowiązku i nie ze strachu przed jakimiś wyrzutami sumienia. Na powrót do domu nie pozwoliło mu wygodnictwo. Był zbyt wielkim, zbyt wyrafinowanym sybarytą, aby pozwolić sobie na bezsenność. Ale wiedział, że to go właśnie czeka, jeśli nie sprawdzi pewnej informacji.
Ruszył zatem szybkim krokiem w stronę komendy, wymijając po drodze wielką ciężarówkę z napisem „Przedsiębiorstwo Spedycyjno-Transportowe Jupiter i Syn”, z której dwóch robotników wyładowywało wiadra z kwiatami. Wszedł do gmachu na Łąckiego, zdjęciem melonika odpowiedział na pozdrowienie nocnego portiera i poprosił go o klucz do archiwum. Portier wiedział – jak wszyscy – że nocna pora jest czasem działania komisarza. Wiedział również, że Popielski może wykorzystywać archiwalia i akta bez zgody i bez dyskretnego nadzoru kierowniczki archiwum, pani Antoniny Ferdynowej, która – nawiasem mówiąc – zawsze gorąco i nadaremnie protestowała przeciwko tym specjalnym pełnomocnictwom komisarza.
Popielski, wziąwszy klucz, zszedł do piwnicy, w której mieściło się archiwum. Otworzył drzwi, zapalił mocne białe światło, włożył dla ochrony przed kurzem nieco za ciasny fartuch. Uniósł głowę, chodził między półkami i uważnie przyglądał się literom pięknie wykaligrafowanym u góry każdego segmentu. Znalazł szybko szukaną przez siebie literę. Odpowiednie akta były na najwyższej półce. Przysunął drabinę, której szerokie stopnie były wyślizgane przez setki wojskowych i policyjnych butów. Wszedł na samą górę, powodując szczękanie łańcucha chroniącego obie nogi drabiny przed rozjechaniem się na boki. Stojąc na ostatnim stopniu, sięgnął po właściwy segregator. Chwilę mocował się z haczykiem, po czym otworzył gwałtownie pokrywę segregatora. Głowę policjanta spowił tuman kurzu, który częściowo osiadł na wyciąganych teczkach. Po kilkudziesięciu sekundach dmuchania i prychania na kurz znalazł to, czego szukał. W teczce były fiszki, koperty i luźne kartki. Jedną z nich czytał powoli, czerwieniał na twarzy, a jego nogi zaczynały drżeć.
Читать дальше