Okno było otwarte i niezasłonięte. Ubogą izdebkę zajmował duży stół przykryty ceratą. Siedział przy nim szpakowaty mężczyzna w koszuli bez kołnierzyka i w kamizelce. Duże, spracowane dłonie zaciskał w pięści. Treść rozłożonej przed nim książki najwyraźniej go wzburzała, bo co chwila zaciskał mocno dłonie, aż bielały ich kostki. Przy stole stał dobrze zbudowany chłopak, lat około piętnastu. Jego krótko ostrzyżona głowa zwężała się ku górze jak stożek. Miał małe oczy głęboko wciśnięte w oczodoły otoczone ciemnymi obwódkami. Obie dłonie wsadził w brudne po kolacji talerze i przesuwał te naczynia po stole. Stukały one przy tym o siebie, wydając brzęk. Cała zabawa najwyraźniej była chłopakowi dobrą rozrywką, bo do dźwięków uderzanych naczyń dołączał się co chwila jego wesoły pisk.
– Zostaw to – powiedział łagodnie mężczyzna do chłopca. – Bo tatusia głowa boli.
Popielski pchnął lufą pistoletu skrzydło okna, aż ta zderzyła się z doniczką. Kucał w otwartym oknie i mierzył z browninga do obu mężczyzn. Zgodnie z ustawą o postępowaniu karnym powinien był tu przyjść w dzień w towarzystwie przynajmniej dwóch świadków postronnych oraz gospodarza domu, a w razie jego nieobecności poprosić o asystę jego żonę lub któregoś ze starszych lokatorów. Rewizja w nocy powinna być uzasadniona w protokole. A jedyne uzasadnienie, które mu przychodziło na myśl, brzmiało: „wybrałem noc z powodu epilepsia photogenica”. Wszystko, co teraz Popielski czynił, mogło go narazić w przyszłości na dochodzenie dyscyplinarne. Ale przepisowe postępowanie było i tak w tym momencie bezcelowe. Komisarz poczuł gorycz w gardle. To był smak frustracji. Mężczyzna przy stole w niczym nie przypominał zbrodniarza z fabryki ultramaryny.
***
Popielski przesunął w oknie doniczkę z geranium i postawił stopę na parapecie. Patrząc na swoją cienką jedwabną skarpetkę, poczuł niesmak, że w tym nowym, nienagannie czystym, beżowym garniturze, że w tej szlachetnej, drogiej bieliźnie musi włazić do jakiejś śmierdzącej nory – i to w dodatku oknem, aby mieć na oku jej mieszkańców. Chwycił się jedną ręką framugi i wgramolił na parapet. Ciężko skoczył na deski podłogi. Podniósł się z nich obłok kurzu, który osiadał na jego błyszczących brązowych trzewikach.
Wciąż trzymając na muszce obu mężczyzn, podszedł do kuchni węglowej, przy której na stołku stało napełnione wodą wiadro z przewieszonym przez kabłąk ręcznikiem. Uniósł raz jedną, raz drugą nogę i wytarł o wiszący ręcznik kurz z nosków butów.
– Zabrudził mi pan ręcznik – powiedział powoli mężczyzna i usiadł z powrotem na krześle.
Popielski przeklinał w duchu to śledztwo, które go uwodziło i porzucało w tym momencie, kiedy już-już obiecywało koniec i spełnienie. Prowadził je zajadle i bezskutecznie – wbrew instrukcjom, wbrew policyjnym zwyczajom, nawet wbrew honorowi. Korzystał z pomocy łotrów i złodziejów, bił i poniewierał niewinnych ludzi tylko po to, aby dostać jakiś ochłap fałszywego tropu, jakieś ślepe przyczynowe ogniwo, jakąś obietnicę bez pokrycia. Właził do brudnych nor, do melin zboczeńców ruchających słoninę, brudził sobie ubranie i sumienie – tak, w takiej właśnie kolejności! – i stawał się jęczącą animulą, popadał w coraz większe rozżalenie, które zapijał wódką i tłumił rozpustą. I właśnie teraz był bardzo rozżalony. Na jakiegoś nędzarza i nędznika, który zabrania mu wytrzeć o swoją brudną szmatę letnie, drogie buty!
Uniósł szybko nogę i z całej siły kopnął siedzącego mężczyznę. Uczynił to umiejętnie – obcasem – tak, aby nie pobrudzić trzewika.
Mężczyzna runął na ziemię wraz z krzesłem. Z jego nosa wolno wylała się struga krwi. Chłopiec podskakiwał, piszczał ze strachu, a swoją stożkowatą głową rzucał na prawo i lewo. Popielski wyjął z marynarki pióro Waldmann i uniósł nim ręcznik, po czym rzucił go na twarz leżącego.
– Teraz dopiero ta szmata jest brudna – powiedział i przysunął sobie krzesło.
Zdjął marynarkę, zarzucił ją sobie na ramiona, z mankietów wyjął spinki, podwinął rękawy, usiadł okrakiem na krześle. Miarowo stukał pięścią w oparcie. Za każdym uderzeniem chłopiec mocniej drgał, zdawało się nawet, że podskakuje.
– Policja kryminalna. Komisarz Edward Popielski – powiedział wolno nieproszony gość. – A teraz ty się przedstaw! Tego wymagają dobre maniery.
– Bernard Garyga. – Mężczyzna otarł twarz ręcznikiem. – Komiwojażer.
– Lat?
– Czterdzieści i pięć.
– Wykształcenie?
– Dwie klasy gimnazjum klasycznego.
– Co sprzedajesz?
– Męską konfekcję, a ot co! – Garyga wskazał na kąt pokoju, zasłonięty poszarpaną kotarą. – Otwórz no, Stasiu, kącik i pokaż panu, co my tam mamy.
Chłopiec uczynił, co mu kazano. Za kotarą stały skrzynki i pudełka wypełnione krawatami, chusteczkami i szelkami.
– Na co choruje twój syn?
– Nie wiem. – Garyga podkurczył nogi i patrzył z podłogi na policjanta. – Jest taki od małego.
– Jaki?
– Nie mówi nic oprócz „tatku”. Piszczy i krzyczy. Ale ja go tam rozumiem.
– A jego matka?
– Nie wiem, gdzie jest. – Wzrok siedzącego się zmienił. – Nie wiem, czy żyje. Tylkośmy we dwóch. Ja i Stasiu.
– Niech pan wstanie z tej podłogi, panie Garyga. – Popielski bawił się swoim sygnetem. – Niech pan się oprze o piec. Pozwolę panu usiąść, jeśli nabiorę do pana zaufania.
– O co jestem oskarżony? – Garyga stanął posłusznie obok pieca.
Chłopiec natychmiast do niego dopadł. Objął go wpół i drżał mocno. Mężczyzna pogłaskał go po krótkich szorstkich włosach. Popielski zaczął miarowo uderzać obcasem o deski podłogi. Chłopiec podskakiwał w takt tych odgłosów.
– Jest pan oskarżony – Popielski uważnie dobierał słowa – o kupno przedmiotu skradzionego, czyli o paserstwo.
– Nigdy nie kupiłem żadnego fantu. – Garyga przestąpił z nogi na nogę.
– Pewien lwowski kieszonkowiec twierdzi inaczej. Pół roku temu w knajpie dorożkarzy za operą zlecił pan kradzież dowodu osobistego i podał adres, pod który ten dowód miał być odniesiony. Kieszonkowiec wypełnił zadanie, a ponieważ się obawiał jakiejś zasadzki w cudzym mieszkaniu, przyszedł tu, do pana, z kolegami, którzy obserwowali całą transakcję. Pan dostał dowód, a złodziej pieniądze. Widziało pana czterech kieszonkowców. Tak było?
– Nie.
– A jak?
– Znaczy… Niczego takiego nie było. Nikomu nic nie zleciłem. – Garyga patrzył Popielskiemu w oczy bez zmrużenia powiek. – Żadnych fantów, żadnych złodziejów. Ja nie jestem paser, ja jestem komiwojażer.
Popielski przesunął brudne talerze po blacie stołu, wyjął z kieszeni dużą kraciastą chustkę, na pustym miejscu blatu ułożył ją starannie, wygładził dłonią, a potem zdjął melonik i położył go na niej.
– Przynajmniej się nie pobrudzi. – Podrapał się po głowie. – Znasz kogoś, kto tak dba o melonik? Kto lubi meloniki?
Garyga milczał, Popielski patrzył, Stasio drżał.
– Dowód ten osobisty należał do niejakiego Marcelego Wilka, robotnika. Pół roku temu skradziono mu dokumenty. Złodziej mówi, że zaniósł go panu, panie Garyga. Potem na ten dowód wypożyczono kilof z wypożyczalni narzędzi na Piekarskiej. Tym kilofem połamano nogi małemu dziecku, Kaziowi Markowskiemu. Słyszał pan o tym?
– Tak.
– Wie pan, jak wygląda dziecko z połamanymi nóżkami?
– Nie, nigdy nie widziałem.
– Połamane kości napierają na skórę, wie pan, panie Garyga? Pod skórą robią się wybrzuszenia, duże gule. Wyobraża pan sobie. – Wstał, podszedł do Stasia, który wciąż drżał przy ojcu. – O tu, pod kolanem. – Dotknął nogi chłopca. – Może być gula, najpierw kolano, a pod nią gula. Skóra jest zaczerwieniona, napięta. Kiedy kość jest złamana na ostro, może przebić skórę.
Читать дальше