– No, zasuwaj, staruszku. – Nash chwycił chyba przynętę.
– Tylko z papierosem.
– Okay. Pal. Ale jeśli zrobisz ruch, który mi się nie spodoba, jesteś trupem.
Bond wsunął prawą dłoń do tylnej kieszeni spodni. Wyjął swoją szeroką papierośnicę z brązu. Otworzył ją. Wydobył papierosa. Z kieszeni bocznej wydostał zapalniczkę. Zapalił papierosa i schował zapalniczkę z powrotem. Papierośnicę pozostawił na piersi, obok książki. Jak gdyby pragnąc nie dopuścić, by się zsunęły, mimochodem położył na nich lewą dłoń. Zaciągał się dymem papierosa. Gdybyż to był jeden z tych specjalnych – flara magnezowa czy w ogóle coś, co mógłby cisnąć tamtemu w twarz! Tylko że najpierw Service musiałaby się w ogóle zainteresować tymi wybuchowymi zabawkami. Przynajmniej jednak osiągnął swój cel i nie został przy tej okazji zastrzelony. To już było coś.
– Bo widzisz – Bond zakreślił papierosem obszerne koło w powietrzu, aby odwrócić uwagę Nasha. W tym czasie jego lewa dłoń wsunęła płaską papierośnicę pomiędzy strony książki – bo widzisz, to wszystko wygląda dobrze, ale co z tobą? Co zrobisz, kiedy przejedziemy Simplon? Konduktor wie, że masz z nami coś wspólnego. Natychmiast zaczną cię ścigać.
– Ach, o to chodzi – głos Nasha znowu był znudzony. – Chyba nadal nie przyjąłeś do wiadomości, że Rosjanie mają takie rzeczy starannie przemyślane. Wysiądę w Dijon i pojadę samochodem do Paryża. Tam się zgubię. A mały numerek z Trzecim Człowiekiem wcale historii nie zaszkodzi. Tak czy siak, wypłynie później na powierzchnię, kiedy wyjmą z ciebie drugą kulę, a nie będą mogli znaleźć drugiego pistoletu. Mnie na pewno nie złapią. Nawiasem mówiąc, mam jutro po południu spotkanie – pokój 204 w Ritzu. Składam meldunek Rosie. Chce zgarnąć laury za robotę. Potem zamieniam się w jej szofera i jedziemy do Berlina. Jak się nad tym dobrze zastanowić, staruszku – bezbarwny dotąd głos okazał emocję, zabrzmiał pożądliwością – to myślę, że może mieć dla mnie w torebce Order Lenina. Kochana Świntucha, jak to mówią.
Pociąg ruszył. Bond stężał. TO nastąpi za kilka minut. Umierać w taki sposób, jeśli rzeczywiście umrze! Przez swoją własną głupotę – ślepą, zabójczą głupotę. Zabójczą także dla Tatiany. Chryste! Tyle razy mógł zrobić coś, żeby uniknąć tych jatek. Nie brakowało okazji. Lecz próżność, ciekawość i cztery dni miłości sprawiły, że wessał go łagodny nurt, który został wprawiony w ruch tylko po to, by ponieść Bonda ku jego przeznaczeniu. To było najgorsze w tym całym cholernym interesie – triumf SMIERSZ-u, jedynego wroga, którego poprzysiągł sobie zwalczać przy każdej okazji. My zrobimy to, on zrobi tamto. „Towarzysze, to będzie łatwe z tak próżnym durniem, jak ten Bond. Zobaczycie, jak chwyci przynętę. Przekonacie się. Powiadam wam, to głupiec. Jak wszyscy Anglicy.” I Tatiana, wabik… rozkoszny wabik. Bond pomyślał o ich pierwszej nocy. O czarnych pończochach i aksamitce. A SMIERSZ cały czas patrzył, jak zgodnie z przyjętym planem pokonuje swym krokiem zarozumialca wszystkie etapy pomyślane po to, by uzbierało się jak najwięcej brudu. Uwala się po uszy tym brudem, który nie ominie też ani M., ani Service, utrzymującej się przy życiu dzięki legendzie swego imienia. Boże, co za koszmar! Gdyby tylko… gdyby tylko okazała się skuteczna ta mikroskopijna namiastka planu!
Gdzieś w przodzie turkot pociągu przemienił się w głęboki łomot.
Jeszcze kilka sekund. Jeszcze kilka jardów.
Owalne usta pomiędzy białymi stronicami z pozoru rozwarły się szerzej. Za sekundę tunel wygasi blask księżyca padający na te strony, a Bonda liźnie błękitny język.
– Przyjemnych snów, ty angielski sukinsynu.
Łomot był teraz rozszalałym metalicznym rykiem. Z grzbietu książki wykwitł płomień.
Kula, zmierzająca ku sercu Bonda, jak cichy piorun pożarła dwa jardy przestrzeni.
Bond z szarpnięciem runął na podłogę i legł jak długi w żałobnym, fioletowym świetle.
PIĘĆ LITRÓW KRWI
Wszystko zależało od celności faceta. Nash powiedział, że Bond dostanie jedną kulę w serce. Bond oparł swą grę na założeniu, iż oko Nasha jest tak dobre, jak utrzymywał. I było.
Bond leżał jak trup. Zanim padł strzał, przypomniał sobie zwłoki, jakie widział – wygląd ludzkiego ciała po śmierci. Teraz leżał zupełnie bezwładnie, jak połamana lalka, z precyzyjnie rozrzuconymi rękoma i nogami.
Analizował swe doznania. W miejscu, gdzie kula wbiła się w książkę, żebra płonęły żywym ogniem. Kula musiała przejść przez papierośnicę, a potem jeszcze przez drugą połowę książki. Czuł gorący ołów nad swoim sercem. Czuł go, jak rozpalony w ciele ogień. O tym, że nie jest martwy, mówił mu tylko ostry ból głowy w miejscu, gdzie zderzyła się z podłogą, i fioletowy połysk na czubkach znoszonych butów tuż przed jego nosem.
Jak archeolog Bond badał uważnie zaplanowaną starannie ruinę swego ciała. Pozycję rozrzuconych stóp. Kąt pół ugiętego kolana, które we właściwym momencie dostarczy mu punktu wsparcia. Prawa dłoń, z pozoru przyciskająca przebite serce, była o cale – kiedy zdoła wypuścić z niej książkę – od małego neseseru – o cale od bocznych szwów, skrywających dwa obosieczne i ostre jak brzytwy noże do miotania, z których pokpiwał, gdy demonstrowano mu w Wydziale Q chwyt, jakim należało po nie sięgać. A lewa ręka, odrzucona w geście ostatecznego poddania, miała go w odpowiedniej chwili wypchnąć w górę.
Usłyszał nad sobą przeciągłe ziewnięcie. Brązowe noski butów przemieściły się. Bond obserwował, jak ich skóra napina się, kiedy Nash powstawał. Za chwilę, z pistoletem Bonda w prawej dłoni, Nash wejdzie na dolne łóżko, wyciągnie lewą i zapuści ją w kurtynę włosów, szukając podstawy karku dziewczyny. Potem w ślad za macającymi palcami wsunie się lufa Beretty i Nash naciśnie spust. Stłumiony huk utonie w ryku pociągu.
To będzie robota na styk. Bond rozpaczliwie próbował przypomnieć sobie podstawy anatomii. Gdzie są śmiertelne miejsca w dolnej części ciała ludzkiego? Którędy przebiega główna arteria? Udowa. Wewnętrzną stronę uda. A biodrowa zewnętrzna, ta, która przechodzi w udową? Przez środek pachwiny. Jeśli nie trafi w żadną, będzie kiepsko. Bond nie miał złudzeń, co do możliwości pokonania w walce wręcz tego przerażającego mężczyzny. Pierwsze gwałtowne dźgnięcie noża musi być rozstrzygające.
Brązowe noski butów poruszyły się. Mierzyły teraz w stronę łóżek. Co robi Nash? Jedynym dźwiękiem był głuchy metaliczny ryk pociągu rwącego przez Simplon – przez serce Wasenhornu i Monte Leone. Brzęknął kubeczek do zębów. Kojąco skrzypiała podłoga. Przed i za maleńką celą śmierci spały dziesiątki ludzi lub leżąc bezsennie rozmyślały o swoich żywotach i miłościach, snuły doraźne plany i zastanawiały się, kto ich powita na Gare de Lyon. I przez cały czas, tylko o kilkanaście lub kilkadziesiąt jardów korytarzy od nich, tą samą ciemną norą, za tym samym potężnym dieslem, po tych samych gorących torach jechała śmierć.
Jeden brązowy but oderwał się od podłogi. Będzie musiał przestąpić Bonda, nad którego głową otworzy się bezbronna arkada.
Mięśnie Bonda sprężyły się jak cielsko żmii. Jego prawa dłoń przeskoczyła kilka centymetrów dzielących ją od narożnego szwu nesesera. Nacisnęła w bok. Wyczuła wąski grot noża. Samymi ruchami palców wysunęła go na pół długości.
Od podłogi oderwał się brązowy obcas. Palce ugięły się, przejmując ciężar ciała.
Читать дальше