Od strony Nasha dobiegł ostry trzask. Bond poczuł silne uderzenie w nadgarstek, a odłamki szkła prysnęły mu w twarz. Jego ramię zostało odrzucone ku drzwiom. Zastanawiał się, czy ma złamany nadgarstek. Opuścił ramię i rozprostował palce. Ruszały się wszystkie.
Na kolanach Nasha wciąż leżała otwarta książka, lecz teraz z otworu w jej grzbiecie sączyła się wąska smużka dymu, a w przedziale pachniało fajerwerkami.
Ślina zasychała w ustach Bonda, jak gdyby opił się ałunu.
Zatem była to pułapka od początku do końca. A teraz się zamknęła. Kapitan Nash został podesłany mu przez Moskwę. Nie przez M. Agent MGB w przedziale numer dziewięć, ów człowiek z paszportem amerykańskim, jest postacią mityczną. Bond natomiast wręczył Nashowi swój pistolet. W dodatku zaklinował drzwi, aby Nash czuł się bezpieczniej.
Bond zadrżał. Nie ze strachu. Z niesmaku.
Nash przemówił. Już nie szeptem, już nie służalczo. Jego głos był donośny i pewny.
– To nam oszczędzi mnóstwa dyskusji, staruszku. Po prostu mała demonstracja. Uważa się, że jestem zupełnie dobry z tą czarodziejską zabawką. Jest w niej dziesięć kul – dum dum kaliber 25, wystrzeliwanych przez baterię elektryczną. Musisz przyznać, że Rosjanie to doskonali faceci w te klocki. Głupia sprawa, że ta twoja książka nadaje się tylko do czytania, staruszku.
– Na rany Boskie, przestań mnie nazywać staruszkiem. – Kiedy trzeba było dowiedzieć się tak wiele i przemyśleć tyle spraw, Bond na swą totalną klęskę zareagował jak ktoś, kto z płonącego domu unosi niepotrzebne przedmioty.
– Wybacz, staruszku. Chyba weszło mi to w krew. Ma związek z udawaniem cholernego dżentelmena. Jak te ciuchy. Wszystkie z działu zaopatrzenia w odzież. Ponoć mogę ujść. I tak jest, nie, staruszku? Ale przejdźmy lepiej do interesów. Spodziewam się, że będziesz chciał wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Powiem z przyjemnością. Mamy jakieś pół godziny do twojego… odjazdu. Wyjaśnienie słynnemu mister Bondowi z Secret Service, jakim był cholernym głupcem, tylko mnie ekstra podrajcuje. Widzisz, staruszku, nie jesteś tak dobry, jak ci się zdaje. Jesteś po prostu wypchaną kukłą, a moja robota polega na tym, żeby wypuścić z ciebie trociny. – Głos był monotonny i bezbarwny, zakończenia zdań – zupełnie nieakcentowane. Jak gdyby Nasha nudził sam akt mówienia.
– Tak – powiedział Bond. – Chciałbym wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Poświęcę ci te pół godziny.
Zastanawiał się rozpaczliwie, czy jest jakiś sposób podstawienia temu człowiekowi nogi, wytrącenia go z równowagi.
– Nie rób sobie złudzeń, staruszku – głos nie wyrażał najmniejszego zainteresowania Bondem ani też stwarzanym przez Bonda zagrożeniem. Bond istniał wyłącznie jako cel. – Umrzesz za pół godziny. Bez żadnej obsuwki. Gdybym kiedykolwiek popełnił jakąś obsuwkę, nie miałbym mojej obecnej fuchy.
– Na czym polega?
– Główny wykonawca wyroków w SMIERSZ-u – Głos ożywił się lekko, zabrzmiała w nim nuta dumy. Potem znów był bezbarwny. – Sądzę, że znasz tę nazwę, staruszku.
SMIERSZ. Tak więc brzmiała odpowiedź – najgorsza z możliwych. A to był ich główny zabójca. Bond przypomniał sobie czerwony ogień w zmętniały eh oczach. Morderca. Psychopata… prawdopodobnie z depresją maniakalną. Człowiek, którego naprawdę to bawi. Jakiż użyteczny nabytek dla SMIERSZ-u. Nagle przyszły
Bondowi na myśl przepowiednie Vavry. Spróbował dalekiego strzału: – Czy księżyc ma na ciebie jakiś wpływ, Nash? Czarne wargi wykrzywił grymas.
– Cwani jesteśmy, panie Secret Service, co? Myślisz, że jestem szajbus. Nie martw się. Będąc szajbusem nie byłbym tu, gdzie jestem.
Gniewne szyderstwo w głosie Nasha powiedziało Bondowi, że trącił czułą strunę. Co jednak osiągnie, jeśli wytrąci Nasha z równowagi? Lepiej go udobruchać i zyskać na czasie. Może Tatiana…
– Jakie jest w tym interesie miejsce dziewczyny?
– Część przynęty – głos był znowu znudzony. – Nie przejmuj się. Nasze gadanie jej nie zbudzi. Nalewając jej wina wsypałem do kieliszka szczyptę wodzianu chlorku. Załatwiona na całą noc. A później na wszystkie następne. Bierzesz ją ze sobą.
– Ach, czyżby. – Bond powoli przełożył obolałą rękę na kolano, ruszając palcami, aby ożywić krążenie krwi. – No więc posłuchajmy twojej historii.
– Tylko uwaga, staruszku. Bez sztuczek. Nie wywiniesz się z tego żadnymi numerami w stylu Bulldoga Drummonda. Jeśli nawet zwęszę jakiś ruch, dostajesz kulkę w serce. I po wszystkim. Tak czy owak, to cię właśnie czeka na koniec. Jedna w sam środeczek serca. Porusz się, a zarobisz ją szybciej. No i nie zapominaj, z kim masz do czynienia. Pamiętasz swój zegarek? Nie chybiam. Nigdy.
– Niezły popis – powiedział beztrosko Bond. – Ale się nie bój. Masz moją broń. Pamiętasz? Mów wreszcie.
– W porządku, staruszku, tylko nie drap się w ucho, kiedy będę mówił. Bo ci je odstrzelę. Zrozumiałeś? Cóż, SMIERSZ postanowił cię załatwić – z tego co wiem, decyzję podjęto nawet wyżej, na samej górze. Chodzi chyba o to, żeby przyłożyć Secret Service raz a dobrze, utrzeć wam trochę nosa. Kapujesz?
– Dlaczego wybór padł na mnie?
– O to mnie nie pytaj, staruszku. Ale ponoć masz w swojej firmie nielichą reputację. A sposób, w jaki zostaniesz zabity, ma rozpieprzyć cały wasz cyrk. Ten plan warzył się trzy miesiące, ale to istne cudo. Musiał taki być. SMIERSZ popełnił ostatnio jeden czy dwa błędy. Na przykład ten numer z Chochłowem. Pamiętasz tę wybuchową papierośnicę i w ogóle? Zlecili zadanie niewłaściwemu człowiekowi. Powinni byli dać je mnie. Ja bym nie przeszedł do Jankesów. Mniejsza. Widzisz, staruszku, mają tam w
– SMIERSZ-u niekiepskiego planistę. Faceta o nazwisku Kronsteen. Fantastyczny szachista. Powiedział, że trzeba zagrać na twojej próżności, pazerności, zamiłowaniu do dziwactw. Powiedział, że wy wszyscy z Londynu dacie się złapać na dziwactwo. I tak się stało, nie, staruszku?
Czy naprawdę? Bond przypomniał sobie, jak podnieciły ich ciekawość ekscentryczne aspekty tej historii. Próżność? Tak, musiał przyznać, że myśl o zakochanej w nim rosyjskiej dziewczynie spełniła swoją rolę. Wreszcie Spektor. To właśnie zadecydowało o wszystkim – najczystsza chciwość, by go zdobyć.
– Byliśmy zainteresowani – powiedział beznamiętnie.
– Potem przyszła kolej na operację. Nasz Kierownik Wydziału Operacyjnego to niezły model! Powiedziałbym, że zabiła więcej ludzi niż ktokolwiek inny na świecie – albo przynajmniej przygotowała te zabójstwa. Tak, to kobieta. Nazywa się Klebb – Rosa Klebb. Świnia nie kobieta. Ale fakt, że zna wszystkie numery.
Rosa Klebb. Zatem na szczycie SMIERSZ-u stała kobieta! Gdyby tylko zdołał jakimś cudem przeżyć i mógł się do niej dobrać! Palce prawej dłoni Bonda zacisnęły się lekko.
Dobiegający z rogu bezbarwny głos podjął:
– Cóż, to właśnie ona wynalazła tę Romanowa. Przeszkoliła ją do zadania. Nawiasem mówiąc, jaka jest w łóżku? Niezła?
Nie! W to Bond nie wierzył! Pierwsza noc została zapewne wyreżyserowana. Ale następne? Nie. Wszystko potem było autentyczne. Skorzystał z okazji, żeby wzruszyć ramionami. Uczynił to z przesadą. Żeby przyzwyczaić Nasha do poruszeń.
– No, dobra. Osobiście zupełnie się tym nie interesuję. Ale zrobili wam dwojgu kilka przyjemnych fotek. – Nash poklepał kieszeń swej marynarki. – Cały film 16 milimetrów. Pójdzie do jej torebki. Te zdjęcia świetnie wypadną w gazetach. – Roześmiał się gardłowo i metalicznie. – Najsoczystsze kąski będą musieli rzecz jasna wyciąć.
Читать дальше