– Przychodzili ludzie z Bath?
– Raczej z Bristolu. Ze wszystkich stron, jeśli się nie mylę.
– Jeśli się pan nie myli? Czyżby nie poznał ich pan zbyt dobrze? Nie byli z pańskiego środowiska?
Jackman obrzucił go zimnym spojrzeniem.
– Znajomi nie muszą być z mojego środowiska, jak pan to ujął. Nie zawracałem sobie głowy pytaniem, gdzie mieszkają. Jeśli chce pan poznać ich nazwiska i adresy, przypuszczam, że uda mi się znaleźć jej notatnik.
– Chce pan powiedzieć, że nawet nie zna pan nazwisk przyjaciół swojej żony?
– Tego nie powiedziałem. Byli tam jacyś ludzie o nazwisku Maltby. Mieszkali w Clevedon, jak sądzę. Paula i John Hare. Liza jakaś tam. Wysoki facet o imieniu Mike… nie jestem pewien, gdzie mieszka.
– Proszę się nie martwić – odparł Diamond. – Przejrzę notatnik z adresami, tak jak pan zasugerował. Czy żona kiedykolwiek wspominała o kłótni z którymś ze swoich przyjaciół?
– Nie przypominam sobie.
– Może pójdziemy dalej? – Diamond ruszył w stronę domu po kamieniach ułożonych na trawniku mokrym jeszcze od rosy, która zostanie na nim przez cały dzień. – Z tego, co mi pan mówił o swoim małżeństwie, wnioskuję, że żona chyba nie rozmawiała z panem o swoich przyjaciołach – powiedział, stąpając niepewnie po kamieniach.
– Raczej nie – odparł zza pleców profesor. Nic nie zbijało go z tropu. Przed nimi, dosłownie pośrodku ogrodu, rozpościerał się porządnie wybrukowany teren, ciemniejszy w środku. Diamond z początku wziął to za grządkę kwiatów, ale kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że poczerniałe fragmenty to wypalone fundamenty budynku, mniej więcej ośmiokątnego kształtu. – Wygląda na to, że był tu pożar – powiedział niezobowiązującym tonem.
– To była ozdoba ogrodu – odparł Jackman uprzejmym głosem idealnego gospodarza. – Altana. Spłonęła doszczętnie tego wieczoru, kiedy Gerry próbowała mnie zabić.
Diamond zatrzymał się tak gwałtownie, że o mało nie stracił równowagi. Kiedy udało mu się odzyskać głos, mówił zupełnie innym głosem, matowym, ściszonym.
– Nie wiem, czy dobrze usłyszałem, profesorze, ale zdaje się, że przeskoczyliśmy w tej opowieści kawał do przodu.
Moja żona, Geraldine, próbowała mnie zabić piątego sierpnia.
Żeby zabić męża, trzeba go bardzo nie lubić, żeby nie powiedzieć – nienawidzić. Wszyscy znali Gerry jako osobę ciepłą i wylewną. Była też nadzwyczaj ładna. Osiągnęła ten etap życia, kiedy „piękna” zaczyna ustępować słowom takim jak „elegancka” i „zadbana”. Słynne, płomieniste włosy nosiła ściągnięte i związane nad długą, białą szyją. Fakt, że lubiła czarne spódnice i bluzki niczemu nie przeszkadzał; ubrana była odpowiednio.
Muszę jednak powiedzieć, że w domu to była zupełnie inna kobieta. Przez ostatnie pół roku coraz trudniej przychodziło z nią żyć. Miewała nieprzewidywalne nastroje. Zdarzały się jej napady złości, irracjonalne wybuchy, kiedy oskarżała mnie o błahostki, które w czymś jej tam wadziły. Pamiętam, jak zarzuciła mi, że majstrowałem przy jej samochodzie, bo nie chciał zapalić, albo że schowałem jej gazetę czy opróżniłem zbiornik z gorącą wodą, kiedy sama zostawiła niezakręcony kurek – głupie, domowe sprawy wyolbrzymiała do rozmiarów wielkich katastrof, twierdząc, że to jawne dowody mojej złośliwości. Ale bywało, że nagle przeskakiwała do nastroju radości i rozbawienia równie trudnego do wytrzymania, po którym często następowała czarna, milcząca depresja. Martwiło mnie to wszystko, rzecz jasna, ale nie dochodziło do czynów gwałtownych, a przynajmniej tak mi się zdawało.
Kiedy patrzę wstecz, widzę, że pierwsze informacje, iż Gerry coś planuje, uzyskałem pośrednio od lekarza. Pod koniec lipca wybrałem się na coroczne badania. Nalegali na to moi uniwersyteccy pracodawcy. Pielęgniarka zważyła mnie, zmierzyła mi ciśnienie krwi, sprawdziła odruchy i wszystkie funkcje, które miała spisane na liście, a potem zostałem wprowadzony do gabinetu, żeby poczekać na werdykt. Mojego stałego internisty nie było i pierwszy raz w życiu spotkałem się z tym niemłodym lekarzem. Doktor Bookbinder, człowiek starej szkoły, był dziobaty, siwy, z muszką i spinkami do mankietów. Jeden z tych, którzy z daleka omijają komputer. Chociaż na ścianie wisiał plakat ostrzegający przed skutkami palenia, a okno było otwarte, w gabinecie cuchnęło cygarami.
– Jak pan się czuje?
– Jestem zdrowy jak byk – odparłem. I chociaż sam o tym mówię, wiem, że tak wyglądam: jasne spojrzenie, krzepa, wesoły nastrój.
– Ile pan ma lat? Trzydzieści sześć, trzydzieści siedem. Jest pan nieprzyzwoicie młody jak na profesora. Jakim przedmiotem pan się zajmuje? Mam nadzieję, że nic z nauk medycznych?
– Wykładam angielski.
– Doskonale. – Oczy doktora Bookbindera błyszczały, kiedy patrzył na mnie spoza okularów. – Proszę więc mi nie mówić, co mam robić. Nie wiedziałem, że w Claverton zajmują się naszym ojczystym językiem.
– Dopiero organizuję wydział. Katedrę stworzono kilka lat temu.
– Katedrę angielskiego? Wspaniale, ale niech pana nie kusi, żeby za długo siedzieć na tym stołku. Siedzący tryb życia może doprowadzić do obstrukcji albo hemoroidów.
– Nie siedzę przez cały czas. Czasem wstaję i przeciągam się.
– Doskonale. Czy to stresujące?
– Wstawanie?
– Nie, bieganie – powiedział doktor Bookbinder. – Po wydziale.
– Ależ nie. Nie mam jeszcze wielu studentów. Lekarz przejrzał formularz wypełniony przez pielęgniarkę i wepchnął go do pękatej teczki, zawierającej całe moje życie z punktu widzenia medycyny.
– Nie czytałem czegoś równie nudnego od czasów książki o hobbitach. A może kosmitach? Używając terminów z zakresu ubezpieczeń, panie profesorze, opisałbym pana jako czerstwego osiłka, dopóki się pan nie wypali. Jest pan mężem tej czarującej młodej kobiety, która grywała Candice Milner w telewizji, prawda? Jest moją pacjentką.
Skinąłem głową.
– Była tutaj w poniedziałek. To jedna z zalet tego zawodu, widujemy panie częściej niż ich mężów. Bez obrazy.
– Staram się unikać lekarzy, chyba że to nieuchronne – odparłem, zdejmując nogę z nogi, gotów do wyjścia. – A skoro nie jestem tutaj po to, żeby wyłudzić od pana tydzień zwolnienia chorobowego, nie powinienem zajmować panu więcej czasu.
Doktor Bookbinder wskazał gestem ręki, żebym usiadł.
– Kiedy pani Jackman ustala wizytę, w recepcji dostają bzika.
– Potęga telewizji.
– Chce pan wiedzieć, dlaczego do mnie przychodzi? Niedyskrecja unosiła się w powietrzu. Nie obchodziło mnie to.
– Szanujemy z żoną naszą prywatność – powiedziałem ostrożnie.
– Sypiacie razem?
Szeroko otworzyłem oczy. Podciągnąłem się na krześle i usiadłem wyprostowany.
– Czy to ma jakieś znaczenie?
– Inaczej bym o to nie pytał, prawda? – odparł doktor Bookbinder.
– Jeśli chodzi panu o to, czy w tym samym pokoju, odpowiedź brzmi: tak – stwierdziłem po chwili wahania.
– W takim razie nie brakuje mi profesjonalizmu. Musiał pan to zauważyć.
– Co zauważyć, panie doktorze?
– Bezsenność pańskiej żony.
– Bezsenność… mojej… żony?
– Dlatego pytałem pana o stres. Przyszło mi na myśl, że mimo woli może się pan z nią dzielić swoimi problemami zawodowymi, ale pan mi powiedział, że nie ma pan problemów.
W porządku, nie obchodzi mnie ta cała nowomodna psychiatria, w ogóle nie obchodzi mnie psychiatria.
Читать дальше