Zaczęła się śmiać ze swego odkrycia, lecz Michael wyglądał na urażonego, więc udała, że się zakrztusiła. Co za skojarzenie. Ale przecież zawsze wiedziała, że seks jest zabawny. Tak powiedziała do doktor Headley. Niemądra doktor Headley.
Do tego się to sprowadza, pomyślała, leżąc pewnej nocy pod Michaelem. Do tego sprowadza się jej życie. Nie rozczulała się nad sobą, tylko stwierdzała fakt. Człowiek przychodzi na świat, dorasta, wychodzi za mąż. Ludzie udają – może rzeczywiście w to wierzą – że życie zaczyna się od ślubu. Ale to nieprawda. Ślub jest końcem, nie początkiem: w przeciwnym razie czemu tyle filmów i książek dochodzi tylko do ołtarza? Wyjście za mąż jest odpowiedzią, nie pytaniem. Nie był to dla niej temat do narzekań, tylko spostrzeżenie. Ślub oznacza stabilizację.
Stabilizacja. Ten motyw pojawiał się często. Ustabilizować się, ustatkować, prowadzić uregulowane życie. Co jeszcze można uregulować, zastanawiała się Jean. Oczywiście rachunek. Jesteś winien pieniądze, regulujesz rachunek. Tak jest z dorastaniem. Rodzice troszczą się o ciebie i oczekują czegoś w zamian, nawet jeśli te oczekiwania nie zostają nigdy sprecyzowane. Są pieniądze do zapłacenia. Po ślubie masz czyste konto.
Co nie oznacza, że żyjesz potem długo i szczęśliwie. Nie. Oznacza tylko stabilizację. Dasz sobie radę, powiedział kiedyś Michael; ujdziesz w tłumie, powiedziała jej matka wiele lat wcześniej. Przeszła jakiś test. Może nie będzie szczęśliwa, ale znów znalazła się pod czyjąś opieką. Przyjdą, rzecz jasna, dzieci, a wtedy mężczyzna staje się bardziej odpowiedzialny. Nie żeby Michaelowi brakowało poczucia odpowiedzialności, w końcu jest policjantem. Trzeba zadbać, żeby się trochę lepiej ubierał. Będzie dom. Będą dzieci. Wojna się skończy. Jest już duża. Michael nazywają wprawdzie swoją małą kobietką, ale to inna sprawa. Jest dorosła. Dzieci posłużą za potwierdzenie. Ich bezradność będzie dowodem, że jest dorosła, że jest ustabilizowana.
Następnego dnia rano przeglądała się w lustrze. Ciemne włosy, które utraciły swą dziecięcą płowość. Niebieskie oczy z plamkami nieokreślonego koloru jak włóczka. Nieco kanciasty podbródek, który przestał ją razić. Spróbowała uśmiechnąć się do siebie, ale nie za bardzo wyszło. Ujdzie, pomyślała; nie jest ładna, nie robi sobie złudzeń, ale ujdzie, da sobie radę.
Gdy patrzyła w lustro, a włóczkowe oczy odwzajemniały spojrzenie, Jean miała odczucie, że poznała już wszystkie tajemnice; wszystkie tajemnice życia. Z kredensu w ciemnym, ciepłym kolorze wyjęła coś ciężkiego, zawiniętego w szary papier. Nie ma potrzeby więcej oszukiwać – nie ma potrzeby zaglądać przez dziurkę z latarką w dłoni. Jest dorosła. Może starannie i z powagą rozwinąć papier. Wiedziała, co znajdzie w środku. Cztery smukłe ochrowe patyczki. Kołki golfowe, rzecz jasna. Cóż innego? Tylko dziecko wzięłoby je za hiacynty. Tylko dziecko spodziewałoby się, że zakwitną. Dorośli wiedzą, że kołki golfowe nie kwitną.
Trzech mędrców? Wolne żarty!
graffiti, ok. 1984
Michael krzesał ogień obcasami. Tak go pamiętała Jean w późniejszych latach. W szopie na narzędzia miał szewskie kopyto – ciężki, trójpalczasty kawał żelaza, godło jakiegoś komicznego kraju – na którym przybijał stalowe zelówki do obcasów każdej nowej pary butów. Potem szedł przed nią, trochę za szybko, tak że co kilka kroków musiała doganiać go półbiegiem. Gdy stawiał nogę na chodniku, słyszała zgrzyt noża rzeźnickiego, a zelówka krzesała iskry.
Małżeństwo Jean przetrwało dwadzieścia lat. Po rozczarowaniu i poczuciu winy miesiąca miodowego, przyszła dłuższa, powolniejsza udręka wspólnego życia. Być może zbyt usilnie wyobrażała sobie, że będzie tak samo, jak przedtem, że nigdy nie skończy się życie pośród lekkich, puchatych chmur na słonecznym, przejrzystym niebie – życie pocałunków na dobranoc, czułych powitań, głupich zabaw i cudownie spełnionych, niewysłowionych nadziei. Szybko stwierdziła, że nadzieje trzeba wysłowić, jeżeli coś ma z nich wyniknąć, a zabawy stają się stanowczo zbyt głupie, jeśli uprawiać je samemu; czułe zaś powitania następowały tak szybko po pocałunkach na dobranoc, i z taką regularnością, że wkrótce przestały być czułe. Bez wątpienia również ze strony Michaela.
Najbardziej ją zdumiało, że można żyć z kimś tak blisko, bez żadnego poczucia bliskości – a przynajmniej tego, co zawsze przez bliskość rozumiała. Mieszkali, jedli, spali razem, mieli swoje prywatne dowcipy, których nikt inny nie potrafiłby rozszyfrować, znali się na wylot, a raczej aż po bieliznę. Wszystko to jednak sprowadzało się do rutyny, a nie wzajemnego rozumienia swych reakcji. Jean wyobrażała sobie, że wiciokrzew owinie się wokół głogu, że szczepy zasadzone obok siebie splotą się w łuk, że jedna łyżka umości sobie gniazdko w drugiej, że dwie odrębne istoty zespolą się w jedną. Głupie myślenie rodem z książek rysunkowych dla dzieci. Może kochać Michaela, nawet jeśli nie potrafi czytać w myślach czy przewidzieć jego reakcji; Michael może ją kochać, nawet jeśli bagatelizuje jej życie wewnętrzne. Łyżka nigdy nie zespoli się z nożem, to wszystko. Popełniła błąd, sądząc, że małżeństwo zniweczy reguły arytmetyki. Jeden plus jeden zawsze daje dwa.
Mężczyzna po ślubie to już nie ten sam człowiek, ostrzegały ją kobiety we wsi. Zobaczysz, moja mała, mówiły. Jean była zatem tylko częściowo zaskoczona, że z ich związku powoli uchodzi przyjemność, a pojawiają się męczące niesnaski. Wpadał w złość, gdy mu przypominała, jaki był miły i rycerski w czasie zalecanek. Wyraźnie gniewało go oczekiwanie, by po ślubie zachowywał się tak samo, jak przed ślubem. Jeszcze bardziej go gniewało, że pośrednio zarzuca mu nieszczerość, przedstawienie siebie w fałszywym świetle. Jakby mówił: wtedy się nie gniewałem, a teraz się gniewam, więc jak śmiesz oskarżać mnie o nieszczerość, skoro to okazuję? Dla Jean nie miało jednak większego znaczenia, czy był dawniej szczery, jeśli teraz się gniewał.
Oczywiście to musi być głównie jej wina. To chyba normalne, że jej niezdolność do urodzenia dziecka, wzbudza w Michaelu niewytłumaczalne napady wściekłości. Niewytłumaczalne, co nie znaczy nieuzasadnione czy nie usprawiedliwione. Tyle że jej niezdolność poczęcia dziecka była czymś niezmiennym, a jego wybuchy wściekłości następowały nieregularnie.
Z początku chciał ją wysłać do ginekologa. Pamiętała jednak poprzedni raz, gdy została przekonana, a raczej podstępnie zmuszona, do wyjazdu do Londynu. Jedna dr Headley wystarczy na całe życie; więc odmówiła.
– Może potrzebuję alpejskiego powietrza – powiedziała.
– Co ty wygadujesz?
– Alpejskie powietrze przywraca siły witalne – przytoczyła cytat jak przysłowie.
– Jean, kochanie. – Chwycił ją za nadgarstki i uścisnął, jakby zamierzał powiedzieć coś czułego. – Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że jesteś bezdennie głupia?
Odwróciła wzrok; on trzymał ją za nadgarstki; wiedziała, że musi na niego spojrzeć albo przynajmniej coś powiedzieć, zanim ją puści. Co chce osiągnąć swoją złośliwością? Być może jest głupia, choć nieśmiało podejrzewała, że nie jest; a nawet jeśli, czemu go to gniewa? Nie była ani trochę inteligentniejsza, gdy ją poznał, a wtedy jakoś mu to nie przeszkadzało. Poczuła ból w żołądku.
Wreszcie, z nutką buntu w głosie, lecz nie patrząc mu w twarz, powiedziała:
– Obiecałeś, że mnie nie zwrócisz, jeśli będę miała defekt.
Читать дальше