– Zabiję cię! – powtarza, ciężko dysząc.
Wygląda, jakby miał się rozpłakać.
Lucy podwija rękaw jego koszuli. Widać ślady psich kłów; na ciemną skórę występują perliste krople krwi.
– Chodź, pójdziemy to przemyć – mówi kobieta. Chłopak wciąga nosem smarki i łzy, kręcąc głową.
Lucy ma na sobie tylko płaszcz kąpielowy. Kiedy wstaje z kolan, pasek się rozwiązuje i nagle widać nagi biust. Kiedy Lurie ostatnio widział piersi swojej córki, były to nieśmiałe, różane pączki sześcioletniej dziewczynki. Teraz są ciężkie, krągłe, nieomal mleczne. Wszyscy nieruchomieją. Lurie się gapi; chłopak też się gapi, całkiem bezwstydnie. Mężczyzna znów czuje wzbierającą wściekłość, która zaćmiewa mu wzrok. Lucy odwraca się do nich tyłem i owija szlafrokiem. Chłopak jednym szybkim ruchem dźwiga się z ziemi i odskakuje na bezpieczną odległość.
– Wszystkich was pozabijamy! – krzyczy. Odwraca się, z rozmysłem depcząc grzędę kartofli, przełazi pod drucianym płotem i odchodzi w stronę domu Petrusa. Znowu idzie tym swoim zadzierzystym krokiem, chociaż trzyma się jeszcze za zraniony łokieć.
Lucy ma rację. Coś z nim jest nie tak. Nie po kolei w głowie. Porywcze dziecko w młodym męskim ciele. Ale nie koniec na tym: cała sprawa ma jeszcze jeden aspekt, którego Lurie nie rozumie. Bo niby dlaczego Lucy staje w obronie chłopca? A ona mówi:
– To nie może dalej tak trwać, David. Jakoś ścierpię Petrusa i tych jego aanhangers , wytrzymam z tobą, ale do was wszystkich na raz już nie mam zdrowia.
– Gapił się na ciebie przez okno. Zdajesz sobie sprawę?
– Ma zaburzenia umysłowe. Jest jak chore dziecko.
– I to ma być wymówka? Usprawiedliwienie tego, co ci zrobił?
Usta Lucy poruszają się, ale nie słychać słów.
– Nie ufam mu – ciągnie Lurie. – To cwaniak. Węszy po kątach jak szakal i tylko patrzy, co by tu przeskrobać. Dawniej mieliśmy osobne określenie na takich jak on. Mówiło się, że są niedorozwinięci. Niedorozwinięci umysłowo. Niedorozwinięci moralnie. Powinno się go oddać do zakładu.
– To ryzykowna gadanina, David. Jeżeli chcesz tak myśleć, proszę, zachowaj te myśli dla siebie. A zresztą to, co o nim sądzisz, nie ma żadnego znaczenia. On tak czy owak tu jest, nie rozwieje się jak dym, jest żywą istotą. – Lucy staje twarzą w twarz z Luriem, mrużąc oślepione słońcem oczy. Katy osuwa się na ziemię u jej nóg, lekko zdyszana, zadowolona z siebie, ze swoich wyczynów. – Nie możemy tak dalej, David. Sprawy jakoś się ułożyły i znowu było spokojnie, póki nie wróciłeś. A ja potrzebuję wokół siebie spokoju. Wszystko zrobię, wszystko poświęcę, byle tylko mieć spokój.
– A między innymi poświęcisz mnie? Lucy wzrusza ramionami.
– Ja tego nie powiedziałam, to twoje własne słowa.
– Skoro tak, spakuję walizki.
Jeszcze kilka godzin po incydencie czuje mrowienie w dłoni, którą bił chłopca. Na myśl o nim i o jego pogróżkach aż pieni się z gniewu. A jednocześnie wstyd mu za siebie. Bezapelacyjnie się potępia. Nikomu nie dał nauczki, a już na pewno nie chłopcu. Powiększył tylko rozdźwięk między sobą a Lucy. Pokazał jej się targany namiętnością, a córce widok ten najwyraźniej się nie spodobał. Powinien ją przeprosić. Ale nie potrafi. Zdaje się, że stracił samokontrolę. Pollux ma w sobie coś, co doprowadza go do furii: brzydkie, matowe ślepka, bezczelność, i jeszcze ta myśl, że chłopak – niczym chwast – zdołał omotać swoimi korzeniami Lucy wraz z całym jej istnieniem. Jeśli Pollux raz jeszcze znieważy jego córkę, Lurie znowu go uderzy. „ Du must dein Leben andern! ”: musisz zmienić swoje życie. No cóż, jest już za stary, żeby posłuchać tej maksymy, za stary, żeby stać się kim innym. Lucy może zdoła ugiąć się przed nawałnicą; on nie potrafi, przynajmniej nie z honorem.
I dlatego musi słuchać Teresy. Niewykluczone, że ona jedna może go jeszcze ocalić. Honor to już nie jej problem. Wypina piersi ku słońcu; gra na bandżo w obecności służących, nie zważając na ich głupie uśmieszki. Żywi nieśmiertelne tęsknoty i na głos je wyśpiewuje. Nie zamierza umierać.
Lurie zjawia się w klinice, akurat gdy Bev Shaw z niej wychodzi. Obejmują się, ostrożnie, jak nieznajomi. Aż trudno uwierzyć, że niegdyś leżeli nadzy, trzymając się nawzajem w ramionach.
– Wpadłeś tylko z wizytą czy zostaniesz dłużej? – pyta Bev.
– Zostanę, ile będzie trzeba. Ale nie mam zamiaru mieszkać u Lucy. Nie możemy się dogadać. Znajdę sobie pokój w mieście.
– Przykro mi. A z czego właściwie biorą się te zgrzyty?
– Między mną a Lucy? Z niczego, mam nadzieję. Z niczego takiego, czego nie dałoby się naprawić. Problemem są ludzie, którzy ją otaczają. Kiedy dołączam do tej zbieraniny, robi się nas za dużo. Za dużo i za ciasno. Jak pająki w butelce.
Przypomina mu się scena z Inferno: wielkie bagna nad Styksem, w których dusze gotują się jak grzyby. „ Vedi l’anime di color cui vinse l’ira .” Dusze owładnięte gniewem, podgryzające się wzajemnie. Kara stosowna do zbrodni.
– Mówisz o tym chłopaku, który zamieszkał u Petrusa. Owszem, mnie też się on nie podoba. Ale póki jest tam Petrus, Lucy nic się nie stanie. Może przyszła pora, David, żebyś się odsunął i dał jej poszukać własnych rozwiązań. Kobiety łatwo się przystosowują. Lucy też jest elastyczna. I młoda. Żyje bliżej ziemi niż ty. Niż my oboje. Lucy elastyczna? Pierwsze słyszy.
– Ciągle mi mówisz, żebym się odsunął – mówi. – Gdybym od początku trzymał się na uboczu, gdzie by teraz była Lucy?
Bev Shaw milczy. Czyżby widziała w nim coś, czego on sam nie dostrzega? Skoro ufają jej zwierzęta, czy i on powinien jej zaufać, zgłosić się po naukę? Zwierzęta jej ufają, a ona wykorzystuje tę ufność, żeby je likwidować. Jaka stąd nauka?
– Gdybym rzeczywiście się odsunął – ciągnie Lurie, zacinając się – a na farmie zdarzyłaby się jakaś kolejna katastrofa, jak bym mógł dalej ze sobą żyć?
Bev wzrusza ramionami.
– Czy o to głównie chodzi, David? – pyta cicho.
– Nie wiem. Już nie wiem, o co głównie chodzi. Czuję się, jakby między moim pokoleniem a generacją Lucy opadła kurtyna. Nawet nie zauważyłem, kiedy.
Następuje długa chwila milczenia.
– W każdym razie – mówi wreszcie Lurie – nie mogę mieszkać u Lucy, więc szukam pokoju. Jeżeli usłyszysz o czymś do wynajęcia w Grahamstown, daj mi znać. Przyszedłem głównie powiedzieć, że chętnie pomogę w klinice.
– Pomoc się przyda – odpowiada Bev Shaw.
Kolega Billa Shawa sprzedaje Luriemu półtonową furgonetkę. David płaci czekiem na tysiąc randów i wypisuje drugi czek, na siedem tysięcy, do spieniężenia z końcem miesiąca.
– Co pan chce nią wozić? – pyta sprzedawca.
– Zwierzęta. Psy.
– Będzie pan musiał zagrodzić skrzynię od tyłu paroma prętami, żeby nie wyskoczyły. Znam kogoś, kto może zamontować takie pręty.
– Moje psy nie skaczą.
Według dokumentów furgonetka ma dwanaście lat, ale silnik, sądząc po dźwięku, chodzi dość gładko. A zresztą, mówi sobie Lurie, nie musi starczyć na wieczność. W ogóle nic nie musi starczyć na wieczność. Z ogłoszenia w „Grocott’s Mail” znajduje pokój w domu niedaleko szpitala. Melduje się jako Lourie, płaci czynsz za miesiąc z góry i oświadcza gospodyni, że przyjechał do Grahamstown odbyć kurację na oddziale dziennym. Nie mówi, na co ta kuracja, ale wie, że kobieta podejrzewa raka.
Pieniądze lecą mu przez palce jak woda. Nie szkodzi. W sklepie ze sprzętem turystycznym kupuje grzałkę, mały piecyk gazowy i aluminiowy garnek. Niosąc to wszystko po schodach do swojego pokoju, spotyka gospodynię.
Читать дальше