– Tak, wiem – zgadza się Petrus.
I może naprawdę wie. Lurie byłby głupcem, gdyby go nie doceniał.
– Ale tutaj – dodaje Petrus – to niebezpieczne, za dużo niebezpieczne. Kobieta musi być żeniona.
– Starałem się zbyt ostro nie zareagować – mówi potem Lurie, relacjonując Lucy całe zdarzenie. – Chociaż ledwo wierzyłem własnym uszom. To był szantaż, czysty, zwykły szantaż.
– Nie, to nie był szantaż. Co do tego się mylisz. Mam nadzieję, że nie poniosły cię nerwy.
– Nie, nie poniosły. Obiecałem przekazać ci propozycję, i tyle. Powiedziałem, że wątpię, czy cię zainteresuje.
– Czułeś się urażony?
– Perspektywą, że zostanę teściem Petrusa? Nie. Zdumiony, zaskoczony, oszołomiony, ale nie urażony, licz mi to na plus.
– Bo muszę ci powiedzieć, że to nie pierwszy raz. Petrus już od jakiegoś czasu robi aluzje. Sugeruje, że byłabym o wiele bezpieczniejsza, gdybym dołączyła do jego domowników. To nie żart ani groźba. Mówi poniekąd serio.
– Nie wątpię, że w pewnym sensie mówi poważnie. Pytanie tylko, w jakim? Czy wie, że ty…
– Pytasz, czy wie o moim stanie? Nic mu nie mówiłam. Ale on i jego żona z pewnością zdążyli już dodać dwa do dwóch.
– I mimo to nie zmieni zdania?
– A niby dlaczego miałby zmienić? Dzięki temu będę tym silniej związana z rodziną. A zresztą nie stara się o mnie, tylko o farmę. Farma to mój posag.
– Ale przecież to istna groteska, Lucy! Przecież on już jest żonaty! Sama mi mówiłaś, że ma nawet dwie żony. Jak możesz w ogóle brać pod uwagę taką ewentualność?
– Chyba nie rozumiesz, David, o co tu chodzi. Petrus nie proponuje mi kościelnego ślubu, po którym nastąpi miodowy miesiąc na Dzikim Wybrzeżu. Proponuje sojusz, układ. Ja wnoszę ziemię, a w zamian za to wolno mi będzie wpełznąć pod jego skrzydło. W przeciwnym razie, przypomina mi Petrus, zostaję bez żadnej ochrony i jestem łatwym łupem.
– I to ma nie być szantaż? A strona osobista? Czy w tej ofercie nie ma żadnej strony osobistej?
– Pytasz, czy będzie oczekiwał, że zacznę z nim sypiać? Nie jestem pewna, czy sam miałby ochotę ze mną spać, chyba że chciałby w ten sposób jeszcze dobitniej uprzytomnić mi, jaki jest układ. Ale szczerze mówiąc, nie, nie chcę spać z Petrusem. Zdecydowanie nie.
– No to nie musimy dalej o tym rozmawiać. Czy mam mu powtórzyć od ciebie, że jego oferta została odrzucona bez żadnych wyjaśnień?
– Nie. Czekaj. Zanim potraktujesz go z góry, chwilę zastanów się obiektywnie nad moją sytuacją. Otóż z obiektywnego punktu widzenia jestem samotną kobietą. Nie mam braci. Mam co prawda ojca, ale on mieszka daleko, a zresztą według miar, które tutaj się liczą, jest bezsilny. Kogo mogę poprosić o ochronę, o opiekę? Ettingera? Prędzej czy później znajdą go z kulą w plecach. Praktycznie rzecz biorąc, zostaje mi wyłącznie Petrus. Może i nie jest grubą rybą, ale zawsze grubszą od takiej płotki, jak ja. No i przynajmniej go znam. Nie mam co do niego żadnych złudzeń. Wiem, w co się pakuję.
– Lucy, właśnie sprzedaję dom w Kapsztadzie. Gotów jestem wysłać cię do Holandii. Albo dać ci wystarczającą sumę, żebyś mogła znowu się urządzić w jakimś bezpieczniejszym miejscu. Pomyśl o tym. Jakby go w ogóle nie słyszała.
– Idź z powrotem do Petrusa – mówi. – Złóż mu następującą propozycję. Powiedz, że zgadzam się oddać pod jego opiekę. Powiedz, że na temat stosunków między nami może rozgłosić każdą wersję, jaka mu odpowiada, a ja nie będę jej podważała. Jeżeli chce, żebym uchodziła za jego trzecią żonę, niech tak będzie. Za konkubinę – proszę bardzo. Ale w takim razie dziecko też stanie się jego dzieckiem. Będzie należało do rodziny. Jeśli chodzi o ziemię, powiedz, że przepiszę ją na niego pod warunkiem, że dom zachowam dla siebie. Będę na jego ziemi dzierżawczynią.
– Bywoner.
– Tak, będę bywoner. Ale dom ma być mój, powtarzam. Nikt do niego nie wejdzie bez mojej zgody. Nawet Petrus. I będę dalej prowadziła psi pensjonat.
– To niewykonalne, Lucy. W świetle prawa to nie do przeprowadzenia. Dobrze wiesz.
– No więc co proponujesz?
Siedzi w szlafroku i w kapciach, z wczorajszą gazetą na kolanach. Włosy zwisają jej w strąkach; wpędziła się ostatnio w rozlazłą, niezdrową otyłość. Coraz bardziej przypomina te kobiety, które snują się po korytarzach domów opieki, szepcząc coś do siebie. Po co Petrus ma sobie zawracać głowę negocjacjami? Przecież ona tu się nie utrzyma: wystarczy ją zostawić własnemu losowi, to z czasem sama spadnie jak zgniły owoc.
– Już ci przedstawiłem swoją propozycję. Nawet dwie.
– Nie, nie ruszę się stąd. Idź do Petrusa i powtórz mu, co przed chwilą ode mnie usłyszałeś. Powiedz, że zrzekam się ziemi. Powiedz, że może ją sobie wziąć razem z tytułem własności i całą resztą. Będzie zachwycony. Zapada między nimi milczenie.
– Jakie to poniżające – mówi wreszcie Lurie. – Takie wielkie nadzieje, a potem taki koniec.
– Owszem, poniżające. Ale może to dobry punkt wyjścia, żeby zacząć na nowo. Może właśnie z tym muszę się pogodzić. Zacząć od podstaw. Od zera. I to bezwzględnego. Po prostu od zera. Bez żadnych kart w ręku, bez broni, bez majątku, bez praw, bez godności.
– Jak pies. – Właśnie. Jak pies.
Jest późny ranek. Lurie wraca ze spaceru z buldożką Katy. O dziwo, przez cały czas za nim nadążała – może to on teraz wolniej chodzi, a może ona szybciej się rusza. Po dawnemu niucha i sapie, ale już go to nie złości tak jak kiedyś. Gdy zbliżają się do domu, Lurie spostrzega, że chłopiec – ten, którego Petrus zaliczył do „swoich ludzi” – stoi zwrócony twarzą do tylnej ściany budynku. Początkowo wydaje mu się, że tamten oddaje mocz, ale potem zdaje sobie sprawę, że chłopak zagląda przez okienko łazienki, podpatrując Lucy. Katy zaczęła warczeć, ale chłopiec jest tak pochłonięty widokiem, że ją ignoruje. W końcu się odwraca, lecz suka i Lurie już siedzą mu na karku. Mężczyzna policzkuje go otwartą dłonią.
– Ty świnio! – krzyczy i zaraz znowu uderza, aż chłopak się zatacza. – Ty wstrętna świnio!
Chłopiec próbuje rzucić się do ucieczki, raczej ze strachu niż z bólu, ale zaplątuje się we własne nogi. Buldożką natychmiast go dopada. Zaciska żeby na jego łokciu; zapiera się przednimi łapami i ciągnie, warcząc. Chłopak z bolesnym okrzykiem próbuje się wyrwać. Kilkakrotnie wali sukę pięścią, lecz te słabe ciosy nie robią wrażenia na Katy. W powietrzu wciąż dźwięczy to słowo: świnia! Lurie nigdy jeszcze nie czuł tak pierwotnej wściekłości. Najchętniej wymierzyłby chłopcu zasłużoną karę: solidne lanie. Wyrażenia, których przez całe życie unikał, nagle wydają się trafne i sprawiedliwe: Dać mu nauczkę. Pokazać, gdzie jego miejsce. A więc tak to jest, myśli! Tak to jest, kiedy człowiek dziczeje! Daje chłopakowi zdrowego, tęgiego kopniaka, aż tamten pada bokiem na ziemię. Pollux! Co za imię!
Katy zmienia pozycję – okracza chłopca i z ponura zawziętością szarpie go za rękę, rozdzierając koszulę. On usiłuje ją odepchnąć, ale suka nie ustępuje.
– Ya ya ya ya ya! – krzyczy z bólu chłopak. – Zabiję cię! – woła.
Nagle zjawia się Lucy
– Katy! – mówi rozkazującym tonem.
Suka spogląda na nią zezem, ale dalej robi swoje. Lucy klęka i chwyta ją za obrożę, mówiąc coś cicho, z naciskiem. Buldożka z ociąganiem rozluźnia szczęki.
– Nic ci się nie stało? – pyta Lucy.
Chłopak jęczy z bólu. Z nosa ciekną mu gluty.
Читать дальше