Słowa przełożonej zmroziły zgromadzenie. Nikt jednak nie odebrał ich tak mocno, jak Ludmiła. Wzmianka o Sandomierzu sprawiła, że serce podeszło jej do gardła. Żegnaniec niedaleko, co się stanie z Elżbietą? Złożyła ręce i nie mogła wydobyć głosu. Inne panny szeptały z trwogą:
– Już są! Lublin wzięty!
– Z tymi Tatarami to zupełnie jak ze śmiercią – powiedziała głośno młoda siostra. – Wszyscy o niej mówią, a każdemu się zdaje, że do niego nie przyjdzie. A tymczasem Tatarzy przyszli…
– I śmierć przyjdzie – dodała starsza. – I to właśnie wtedy, kiedy się najmniej spodziewamy. Toteż trzeba zawsze być w pogotowiu, pod zbroją, pod chorągwią jak nasz król z rycerstwem.
Wieczerza dobiegała końca. Rozległo się szuranie odsuwanych ławek. Przełożona znów podniosła rękę i zaczęła uciszać zgromadzenie.
– Cicho… zdaje mi się, że ktoś dzwoni.
– O tej godzinie? – zdziwiła się matrona, która niedawno zamieszkała w klasztorze i nie znała jeszcze tutejszych zwyczajów.
– Nie ma w tym nic dziwnego – odrzekły mniszki. – Może jakiś podróżny albo chory prosi o lekarstwo lub księdza.
Teraz wszystkie usłyszały natarczywy dzwonek. Odźwierna pobiegła do furty. Za chwilę wpadła do refektarza z przestrachem w oczach.
– O, Jezu Nazareński! – wrzasnęła przerażona. – Tam stoją kobiety z dziećmi, ranne, pokrwawione, obszarpane, na wpół nagie. Powiadają, że Tatarzy je obdarli i pobili.
– Tatarzy! – krzyknęły mniszki. – Więc już są blisko.
– Tego nie wiem. Kobiety powiedziały, że idą spod Lublina.
– Gdzie one są? – zapytała matka przełożona.
– Za furtą.
– To jeszcze ich nie wpuściłaś?!
– Kiedy, proszę matki, jakiś strach mnie ogarnął. Nawet nie wiem, czy wystarczy naszych szpitalnych łóżek. Wyglądają jak widma. A przy tym gadają… jakoś niby to nie po polsku.
– Wstydź się! – przerwała przełożona. – Jak łóżek nie wystarczy, to się znajdzie słoma. Chyba lepsze to, niż trzymanie ich na mrozie.
– A cóż mówią nocni stróże? – zagadnęła jedna z zakonnic.
– Wołałam stróżów, ale żaden się nie odezwał. Śpią próżniaki.
– A to niedobrze – stwierdziła ksieni. – No, ale chodźmy już do tych biedaczek.
Wzięła do ręki kaganiec i ruszyła pierwsza, prowadząc mniszki, za którymi jak stado owiec tłoczyły się panienki, miotane strachem i ciekawością. Gdy doszły do furty, przełożona spojrzała przez okratowane okienko. W pierwszej chwili cofnęła się, ale wnet odzyskała równowagę ducha i spytała:
– A skąd to Bóg prowadzi? Z Lublina? Czy to prawda, że Tatarzy…
– Oj, prawda, prawda – jęknęła najbliżej stojąca niewiasta. – Jak nas Tatarzy przepędzili, tak już tydzień uciekamy. Chciałyśmy uciekać jeszcze dalej, ale nam dzieci pomarzły. Miłosiernie prosimy o schronienie na jedną tylko noc. Jutro pójdziemy, jak Bóg w niebie, pójdziemy.
– Ale, moja kobieto – rzekła przełożona – nie rozumiem, pobito was przed tygodniem, a wasze rany są jeszcze świeże. Pełno krwi na was…
– A to, moja matko, mróz pootwierał rany.
– Trzeba je wpuścić – zadecydowała przełożona po dłuższym namyśle. – Ale pierwej… może która z was podskoczy i zadzwoni na kościelnych. Niech im przez kratę powie, aby się rozejrzeli i stróżów pobudzili, bo istotnie te kobiety wyglądają podejrzanie… Może to jacyś złoczyńcy przebrani…
Wychowanki i zakonnice kolejno podchodziły do krat, a każda cofała się, składała ręce lub zasłaniała oczy. Istotnie, widok był tragiczny. Pod okienkiem stało z pięć lub sześć młodych kobiet, na wpół obnażonych, pociętych. Świeża krew płynęła po ich twarzach. Na rękach trzymały dzieci, równie cierpiące. Nieco dalej stał zbity, niemożliwy do rozpoznania tłum; roiło się zbiegowisko starych, przygarbionych bab podpierających się na kijach, owiniętych pokrwawionymi płachtami, jęczących głucho, jak gdyby spod ziemi. W słabym świetle księżyca przesłoniętego chmurą wyglądały jak cmentarne widma.
– Łotry! Poganie! – krzyczała jedna z niewiast, chwytając się za ramię. – Jak mnie wczoraj jeden za rękę szarpnął, to aż mi w kościach trzasło…
– Jak to wczoraj? – podchwyciła zakonnica stojąca przy okienku. – Przecież to już tydzień?
– Niech matka nie zważa – przerwała prędko inna kobieta. – Strach przewrócił jej w głowie. Ciągle jej się zdaje, że to było wczoraj.
– A nie ma wśród was żadnego mężczyzny? Bo tymi drzwiami tylko białogłowy mogą wchodzić. Nie macie mężów, braci…
– A skąd my weźmiemy mężów albo braci? Wszystkich Tatarzy wybili, wszystkich, co do nogi.
Siostra wysłana po kościelne sługi przyniosła wiadomość:
– Już ich obudziłam, zaraz przyjdą.
– Trzeba przygotować łaźnię, ciepłą strawę, przynieść świeżej słomy. – Przełożona wydawała polecenia, ociągając się z otworzeniem furty. Czekała na przybycie mężczyzn.
Tymczasem jedna ze staruszek podeszła do kobiety trzymającej dziecko i coś szepnęła jej do ucha. Wnet dziecko zaczęło przeraźliwie płakać, jakby je kto żywcem ze skóry odzierał. Kobiety tupały o zamarzłą ziemię i wyrywały sobie włosy.
– Chyba nas tu nigdy nie wpuszczą! Cóż to za dom boży, gdzie nie chcą ubogiemu otworzyć! Tłuste mniszki śpią na puchu, jedzą kury, a dla nędzarzy są gorsze od Tatarów.
Zakonnice były zawstydzone wyrzutami. Furtianka, nie czekając na rozkazy, podbiegła z kluczami. Przełożona, choć jeszcze się wahała, pozwoliła otworzyć, ale tylko boczną, maleńką furtkę, przez którą ledwie jedna osoba mogła się przecisnąć. Najpierw zaczęły wchodzić młodsze kobiety, które od razu przypadły zakonnicom do kolan, dziękując za schronienie. Potem skulone starowiny omotane chustkami, tak że nie podobna było rozeznać ich twarzy. Na razie weszły tylko trzy; reszta tłoczyła się w progu i pomrukiwała żałośnie, mimo zaproszeń furtianki, która wyraźnie była zniecierpliwiona zwłoką. Siarczysty mróz wdzierał się do środka. Nagle jedna z babulek wyprostowała się, wyciągnęła ogromne ręce i ruszyła do głównych drzwi. Jednym zamachem zdjęła żelazną sztabę. Inna „staruszka” wydarła furtiance klucze i zaczęła dobierać się do zamka. Przełożona z oburzeniem chwyciła ją za rękę i zawołała:
– Co to znaczy? Kto wam pozwolił?
Ale czarownica mocno potrząsnęła głową; wszystkie chusty z niej opadły i pokazała się straszna, koścista, szeroka, skośnooka twarz. Mężczyzna obejrzał się na zgromadzenie i pogroził sztabą. Ze wszystkich ust niewieścich wyleciał jeden okrzyk przerażenia. Zakonnice chciały biec na pomoc przełożonej, którą mężczyzna chwycił za gardło, ale nie mogły się wyrwać z objęć kobiet obejmujących je za nogi z udawaną pokorą. Klucz został dopasowany; oba skrzydła głównych drzwi rozwarły się na oścież, fala ostrego powietrza wdarła się do środka i zgasiła większą część kagańców. Wreszcie nadbiegli słudzy kościelni. Wpadli pierwsi, a za nimi, w krótkich kożuchach, w spiczastych czapkach zakrzywionych jak krogulcze dzioby, z szablami i siekierami, napierali Tatarzy. Spoza narożnych murów sypali się bez końca, spod każdego krzaka powstawali jak widma. W sieni zapanował sądny dzień. Zakonnice i panienki uciekały w głąb korytarzy, do sal, do cel, na poddasze. Tatarzy za nimi. Słudzy klasztorni, po krótkim oporze, konali na progu. Z wieży odezwał się głęboki, ponury głos dzwonu. Pewnie któryś z kościelnych, przytomniejszy od innych, zawrócił i uderzył na trwogę. Wnet ze wszystkich okolicznych budynków wybiegli na pomoc gospodarze. Ale klasztor już był opanowany! W sieni, na pozór pustej, zostało jeszcze kilka żywych istot. Kiedy mniszki biegły w stronę korytarza, Ludmiła swoim łowczym okiem oceniła niebezpieczeństwo i szepnęła do najbliżej stojących zakonnic:
Читать дальше