Mając lat siedmnaście, skończyła wychowanie. Mówiła obcemi językami, grała na fortepianie, śpiéwała dźwięcznie i słodko; wiedziała, jak w towarzystwie odróżnić ludzi według sfer, kiedy i komu uchodzi, albo nie, podać rękę, uśmiechnąć się, przemówić uprzejmie. O dziejach, naturze, o poważnych prawdach życia, najlżejszego nie miała wyobrażenia; rodzinnym językiem z trudnością wypowiadała myśli; o gorących a zacnych uczuciach nie zasłyszała nawet. Słowem, córka porządnego człowieka i arystokratki z rodu, była piękna… piękna kobiéta-lalka.
Kiedy po raz piérwszy włożyła sukienkę dorosłéj panny, i M-me Lacour, ostatnia z guwernantek, opuściła Próżnowo, Zofia pobiegła do swojego pokoju, stanęła przed dużém lustrem i długo patrzała na swoję postać, wdzięcznie uśmiéchniętą w zwierciedlanéj szybie. Powiodła dłonią po aureoli jasnych włosów, poprawiła osuwające się na ramiona warkocze, uśmiéchnęła się, podniosła główkę i zawołała:
– Śliczna jestem!
Potém zaśmiała się przeciągłym, śrebrnym śmiechem, i nuta walca wpół skoczna, wpół tęskna w tysiącznych spadach wypłynęła z różanych ustek. Za chwilę lekka, wesoła, zbiegała z szerokich schodów; biała sukienka owijała ją jak obłoczkiem, a myśl walcowym wirem krążyła około jednych wyrazów: w świat! w świat bogactwa! w świat blasku i wielkości!
Pan Andrzej usypiał w fotelu snem błogosławionych, pani Leokadya zamknęła książkę i z roztargnieniem patrzała przed siebie, Zofia zaś przechodziła od okna do okna, uderzała się wachlarzem po ręku, śliczne usta złożyła z wyrazem niezadowolenia, a na białém czole zarysowała się lekka zmarszczka.
– Mamo, – rzekła po chwili, zbliżając się do matki, – nudzę się!
Pani Swatowska podniosła głowę, spojrzała na córkę i odrzekła:
– Ma chère , każ konie założyć i jedź na spacer.
– Nie chcę jechać na spacer, mamo, – z niecierpliwością zawołała Zosia.
– Więc graj albo czytaj, – mówiła znów matka
– Oh, j'en ai assez muzyki i czytania! Chcę ludzi, towarzystwa, świata… nudzę się!
– Przyjedzie dzisiaj pan Warzecki, to cię rozerwie. Je crois, qu'il vous fait sa cour . Jeżeli się o ciebie oświadczy, wyjdziesz za niego, a będzie ci daleko weseléj. On jest bogaty i ma dobre w świecie stosunki. C'est un mariage tout à fait sortable pour vous .
Gdy pani Swatowska wymówiła te słowa, ocknął się pan Andrzej i przetarł oczy.
– O panu Warzeckim mowa, o ile się domyślam, – rzekł, poziéwając.
– Tak, – odpowiedziała pani Leokadya; – Zosia nudzi się, my dla niéj do miasta wyjechać nie możemy. Il faut la marier . Pan Warzecki, zdaje mi się, zupełnie odpowiada warunkom dobréj partyi. Znam jego krewnych na Wołyniu, ma piękny majątek et l'extérieur tout à fait distingué .
– Chłopoman! – mruknął pan Andrzej.
– To prawda, – mówiła znowu pani Leokadya, – que sa tournure d'esprit n'est pas taut à fait aristocratique . Niéma się jednak czém zastraszać. Pan Warzecki, choć chłopoman, gospodaruje dobrze, jak mówiła mi sąsiadka jego, marszałkowa Z. Cóż ty na to wszystko, Zosiu?
– Je trouve, maman , że pan Warzecki strasznie jest nudny ze swoją powagą. Bywa tu często; ani razu żadnéj miłéj nie powiedział mi grzeczności. Kiedym mówiła mu, że nudzę się na wsi, on, zamiast przyznawać, jak inni panowie, żem stworzona do wielkiego świata i uwielbień, a nie do ciszy wiejskiéj, zaczął prawić o książkach, pracy, o szczęściu i zadowoleniu w jakiémś uczuciu, jak mówił, serdeczném i gorącém. Myślałam, że usnę!… Mais enfin, quoique il m'assomme avec sa morale , gdybym była pewną, że po ślubie powiezie mię za granicę, a potém, że będziemy mieszkali w Warszawie, je serais prête à l'epouser .
– Bądź pewna, że tak będzie, – zawołała pani Swatowska. – Un homme de race, comment donc! C'est toujours si galant ! zrobi, co zechcesz…
– Za prędko, za prędko, moje panie, – przerwał pan Andrzej. – Warzecki nie oświadczył się jeszcze o Zosię, a jeżeli się i oświadczy, trudno wprawdzie odrzucać taką partyą, przecież wolał-bym kogo innego na zięcia.
W téj chwili na szerokiéj drodze zbiegała z góry czwórka siwych koni, zaprzężonych do wołyńskiego wózka.
– Otóż i jedzie! – zawołała pani Leokadya.
– Ale nie pan Warzecki, – rzekła Zofia, patrząc w okno.
Pan Andrzej wstał i zaczął się téż przypatrywać. Czwórka szybko zbiegła z góry, i po chwili była już na dziedzińcu.
– To Michał Starski! – zawołał pan Andrzej, wytaczając się z salonu na spotkanie gościa.
– Michał! – powtórzyła pani Swatowska.
– Kuzynek Michaś! – zawołała Zofia.
Drzwi się otworzyły, i wszedł mężczyzna średniego wzrostu, szerokich ramion, z włosami jasnemi, wpadającemi w rudawy kolor, z okrągłemi, blado błękitnemi oczyma.
– Jak się ma ciocia? – rubasznie zawołał u drzwi i, zbliżywszy się, głośno ucałował rękę pani Swatowskiéj.
– Dzień dobry, kuzyneczko! – rzekł, zwracając się do Zofii. – Od roku nie widziałem kuzynki. Jakże wyładniała! Już, dalibóg, śliczna panna!
Zofia zimno podała rękę panu Michałowi, który złożył i na niéj głośny całus.
– Pewno bez obiadu? kiedyż z domu? jak się mają znajomi? – pytał pan Andrzej.
Gość usiadł, prosił o obiad i zaczęła się rozmowa.
Pan Michał Starski był krewnym pani Swatowskiéj. Silny, barczysty, z białém, szerokiém czołem i okrągłemi, rumianemi policzkami, był, w pospolitém znaczeniu tego wyrazu, przystojnym mężczyzną; ale umysłowe kształcenie się swe skończył, niestety! na pięciu powiatowych klasach, i młodość przepędził śród polowań, jarmarków i odwiedzin sąsiadów lub krewnych. Po śmierci rodziców odziedziczył niewielki i zadłużony majątek ziemski. Mimo zaniedbanego wychowania i małego funduszu, piękne imię i liczne stosunki dały mu pewną pozycyą w świecie, i ogólnie utrzymywano, że, aby został całkiem porządnym człowiekiem, brakło mu tylko w układzie pewnych cech arystokratycznych, startych z niego śród jarmarków i hulanek z przyjaciołmi różnych sfer.
Niezbyt go téż lubiła za ten brak arystokratycznéj dystynkcyi pani Swatowska; ale pan Andrzej imponował sąsiadom pokrewieństwem ze Starskimi, lubił więc i pana Michała, który to imię nosił. Wiedząc o bardzo krytycznym stanie jego majątku, postanowił wydźwignąć Starskiego ze złych interesów, i za najstosowniejszy ku temu środek uznał wezwanie w pomoc bożka hymenu.
– Jakież tam u was urodzaje? – zapytał pan Andrzej.
– Złe; pszenica wymarzła, jarzyny poschły.
– A w Jałówce?
– Gorzéj niż wszędzie.
– To źle z tobą, panie Michale.
– Oj źle, źle panie Andrzeju. Kredytorowie na karku siedzą, niech ich dyabli wezmą! Trzeba będzie wziąć bizun za pas i pójść na ekonoma.
Pani Swatowska powąchała flakonik z perfumami.
– Fi donc ! co téż to mówisz, kuzynku! – wyrzekła pogardliwie.
– Na ekonoma! fi donc ! – powtórzyła Zosia.
– A i cóż uczynię, proszę cioci, jak mi Jałówkę zabiorą? A nastąpi to niezawodnie, bo długu bankowego mam zaległe dwie raty, prócz prywatnych opłat, których i nie zliczę. Sprzedadzą majątek z publicznego targu.
– Poczekaj, może się znajdzie na to rada, – odezwał się na to pan Andrzej. – Czy otrzymałeś mój list?
– Otrzymałem, i właśnie na wezwanie przybywam.
Читать дальше