– Pewno kartofle w workach przywiozłeś? Zaraz je ugotuję na wieczerzę, bo mi właśnie kartofli zabrakło.
Ponieważ Ali-Baba miał gębę pełną dukatów, więc nic nie mógł Zobeidzie odpowiedzieć. Zsunął obydwa worki z pleców na ziemię i patrzył na żonę z uśmiechem.
Zobeida przyjrzała mu się uważniej, klasnęła w dłonie i zawołała:
– Policzki ci spuchły! Trzeba wody zimnej przyłożyć!
Ali-Baba uśmiechał się, lecz nie odpowiadał, tylko dłonią poklepał swoje odęte policzki. Zniecierpliwiło to Zabeidę, że Ali-Baba nic nie mówi, tylko uśmiecha się i odyma policzki, więc rzekła:
– Czemu się tak uśmiechasz, jakbyś miał gębę pełną dukatów?
Ponieważ Ali-Baba naprawdę miał gębę pełną dukatów, więc nie mógł się powstrzymać od śmiechu, słysząc, jak żona niechcący odgadła powód jego milczenia. Nozdrza mu zadrgały, wargi zaczęły się rozchylać i rozszerzać, i parsknął nagle tak głośnym śmiechem, że wszystkie dukaty wyskoczyły mu z gęby na ziemię i z brzękiem potoczyły się po izbie.
Zdziwiła się Zobeida na widok dukatów i natychmiast zajrzała do worków. Blask złota oślepił ją i oszołomił.
– Skąd wziąłeś tyle dukatów? – spytała uśmiechniętego Ali-Babę.
Ali-Baba opowiedział jej wszystko, co mu się w lesie przytrafiło, a potem dodał:
– Zachowaj to wszystko w tajemnicy i przed nikim słówkiem się jednym nie przegadaj 9 9 przegadać się – dziś raczej: wygadać się. [przypis edytorski]
! Gdyby się ludzie dowiedzieli o obecności w naszej ubogiej chałupie tylu dukatów, posądziliby mnie o kradzież i wtrącili do więzienia.
Na to rzekła Zobeida:
– Muszę policzyć nasze dukaty.
Przykucnęła na ziemi przy workach i zabrała się do liczenia dukatów.
– Kobieto! – zawołał zrozpaczony Ali-Baba. – Czyż nie masz nic lepszego do roboty? Przecież może kto wejść do naszej chaty i zastać cię przy liczeniu dukatów! Na domiar złego nie znasz rachunku i umiesz liczyć tylko do stu!
Zobeida załamała dłonie i rzekła:
– Jestem nieszczęśliwa! Zapomniałam, że umiem liczyć tylko do stu, więc nie mogę nawet policzyć wszystkich dukatów, które do mnie należą!… Ale wiem, co zrobię! Jest właśnie wieczór, a wieczorem wolno mi wejść do pałacu Kassima. Pójdę do pałacu i pożyczę od Aminy garnca do mierzenia zboża. Garncem potrafię zmierzyć ilość dukatów. Będzie to dla mnie radość nie lada, gdy się dowiem, ile garnców złota mam w swojej chałupie!
I Zobeida pobiegła do pałacu.
Kassima w domu nie było, bo wyszedł na miasto, żeby sobie kupić nowego konia, nową fajkę i nową lunetę, gdyż Kassim lubił z krużganku swego pałacu patrzyć przez lunetę na miasto.
Zobeida zastała tylko Aminę.
– Amino! – rzekła – mąż mój przyniósł dzisiaj do chałupy dwa worki zboża, ale nie mam garnca, aby zmierzyć ilość zboża. Pożycz mi swego garnca, a będę ci za to bardzo wdzięczna.
Amina podejrzliwie spojrzała na Zobeidę i odparła:
– To dziwna 10 10 to dziwna (daw.) – to dziwne. [przypis edytorski]
, że tak późnym wieczorem przychodzisz po garniec. Czyś nie mogła do jutra rana zaczekać?
– Nie mogłam – odrzekła Zobeida.
– Śpieszno ci widać i pilno? – spytała znowu Amina.
– Śpieszno mi i pilno – odpowiedziała Zobeida.
– Niecierpliwisz się i cała płoniesz na twarzy – zauważyła Amina.
– Niecierpliwię się i cała płonę na twarzy – powtórzyła Zobeida.
– Dlaczego? – spytała znowu Amina.
– Dlatego, że mi śpieszno – odrzekła Zobeida.
– A dlaczego ci śpieszno? – pytała dalej Amina.
– Dlatego, że mi pilno – odpowiedziała Zobeida.
Amina uśmiechnęła się podejrzliwie i rzekła:
– Zaczekaj tu chwilę w pokoju, zaraz ci sama garniec przyniosę.
Amina poszła sama do kuchni po garniec. Zdjęła garniec z półki i posmarowała spód smołą. Smarując zaś spód smołą, mówiła:
„Cokolwiek w tym garncu dziś ma być i będzie,
Niech zaraz od spodu na smole osiędzie”.
Po czym wróciła do pokoju i oddała garniec Zobeidzie.
Zobeida pochwyciła radośnie garniec i rzekła:
– Dziękuję ci, Amino, za pożyczenie garnca! Jak tylko zboże swoje odmierzę, natychmiast ci garniec odniosę.
– Odnieś mi dziś jeszcze, bo mi jest potrzebny – odparła Amina.
Zobeida wróciła do chałupy i poczęła garncem dukaty z worów wygarniać. Co wygarnęła z wora, to wysypała na podłogę. Wysypując zaś, liczyła: „jeden garniec – drugi garniec – trzeci garniec”. – I naliczyła Zobeida garnców ani mało, ani wiele, jeno tyle, ile właśnie było.
Worki już były puste, a cały stos dukatów leżał na ziemi. Zobeida, zmęczona swoją robotą, postawiła garniec na stosie dukatów. Wówczas jeden dukat przylgnął do smoły od spodu.
– Wróć do pałacu – rzekł Ali-Baba – i oddaj Aminie garniec, boś dziś jeszcze oddać przyrzekła, a ja tymczasem dwa doły w naszym ogrodzie wykopię i worki z dukatami w tych dołach pochowam.
Pobiegła Zobeida znowu do pałacu, oddała Aminie garniec i wróciła do chałupy. Ali-Baba tymczasem zdążył worki z dukatami w ogrodzie ukryć.
*
Amina, otrzymawszy garniec z powrotem, natychmiast spodem go do góry odwróciła i aż krzyknęła z podziwu! Na czarnej smole złocił się i połyskiwał okrągły wspaniały dukat. Właśnie w tej chwili Kassim wrócił do domu z nowym koniem, z nową fajką i z nową lunetą. Konia zostawił na podwórzu, a sam wszedł do pałacu, trzymając w jednej ręce fajkę, w drugiej – lunetę. Amina pokazała mu garniec z dukatem, przylepionym do smoły i zawołała:
– Twój brat Ali-Baba udaje tylko nędzarza, a w rzeczy samej jest daleko bogatszy od nas! Ty swoje dukaty tylko liczysz, a on swoje dukaty mierzy na garnce!
Słysząc to, Kassim zbladł ze zdumienia, poczerwieniał ze złości i pozieleniał z zazdrości. Zadrgał mu podbródek, zachwiały się pod nim nogi i zatrzęsły mu się ręce. Nowa fajka i nowa luneta wypadły mu z rąk na ziemię. Zgrzytnął zębami i zawołał:
– Jak śmie nędzarz Ali-Baba być bogatszym ode mnie? Pójdę natychmiast do niego i zmuszę go, aby się przyznał, skąd ma owe dukaty.
I Kassim pobiegł do białej chałupy swego brata.
Zdziwił się Ali-Baba, ujrzawszy Kassima, wchodzącego do chałupy. Zobeida wyszła przed chwilą do ogrodu, więc Kassim mógł sam na sam z Ali-Babą się rozmówić. Tupnął od razu nogą o ziemię i zawołał:
– Gdzieś ukrył swoje dukaty?
Ali-Baba odpowiedział:
– Nie mam żadnych dukatów.
– Wiem, że masz! – odparł Kassim. – Żona moja posmarowała spód garnca smołą i jeden dukat przylgnął do smoły. Masz tyle dukatów, że je na garnce mierzysz.
– Żona twoja jest mądra, a moja – głupia! – odpowiedział Ali-Baba. – Widać i ja jestem głupszy od ciebie, bom nie potrafił 11 11 bom nie potrafił – dziś: bo nie potrafiłem. [przypis edytorski]
tajemnicy zachować. Trudna rada! Muszę ci wyznać, że mam dukaty i że mierzę je na garnce.
– To za mało! – wołał dalej Kassim. – Musisz jeszcze wyznać, skąd masz dukaty.
– Znikąd – odrzekł Ali-Baba.
– Jak to: znikąd? – spytał Kassim.
– Jeśli ci się nie podoba słowo: znikąd, to w takim razie powiem, że mam dukaty skądciś – rzekł Ali-Baba.
– Nie baw się w głupie słówka, lecz mów wyraźnie! – wrzasnął Kassim.
– Otóż mówię ci wyraźnie, że nie wyznam, skąd mam dukaty – odpowiedział Ali-Baba.
Читать дальше