Otoczenie małej chaty straciło swój spokojny, wiejski wygląd. Ślady opon krzyżowały się tam i z powrotem na błotnistej ścieżce. Ziemia była zasłana żarówkami fleszów, pudełkami od papierosów, papierkami od cukierków. Ale po kilku godzinach szalonego ruchu wszyscy odjechali. Zostało tylko niewyraźne rozgoryczenie.
Dailey i Thurston stali przed pustymi sidłami, patrząc na nie z rozpaczą.
— Co się stało tej przeklętej maszynie? — spytał Dailey i z wściekłością kopnął aparat.
— Może po prostu nie ma już nic więcej do schwytania — mówił Thurston.
— To niemożliwe. Dlaczego mogła schwytać cztery nieznane zwierzęta, a potem nagle już nic?
Ukląkł przy sidłach i dodał z goryczą:
— Co za idioci, ci faceci z muzeum! I dziennikarze!
— Szkoda, że w chwili, kiedy te typki z muzeum przyjechały, zwierzęta były już nieżywe. To musiało im się wydawać podejrzane.
— Te głupie stworzenia nie chciały jeść. Nic na to nie poradzę. To zupełnie nie jest moja wina! Już nie mówię o dziennikarzach… Sądziłem, że nasze wielkie gazety przyślą trochę inteligentniejszych reporterów.
— Same zwierzaki byłyby wystarczającą sensacją. Nie powinienem był obiecywać, że złapiesz jeszcze inne zwierzęta. Od tej chwili zaczęli posądzać nas, że opowiadamy im zmyślone historyjki; w nasze sidła nic już nie wpadło.
— Naturalnie, że obiecałem! Skąd mogłem wiedzieć, że ta przeklęta maszyna zatrzyma się za czwartym razem! I czemu oni, do diabła, się śmiali, kiedy im mówiłem o osmozie?
— Nic z tego nie zrozumieli — odparł Thurston znużonym tonem. — Wiesz, w gruncie rzeczy myślę, że nikt nigdy nie rozumie nic z tego, co się do niego mówi. Jedźmy nad jezioro i zapomnijmy o tym wszystkim.
— Nie! Ten aparat musi zacząć działać! Musi!
Dailey odbezpieczył sidła i nastawił je, a potem obserwował je przez kilka sekund. Wreszcie otworzył ruchomy wierzch.
Wsunął rękę do środka i krzyknął:
— Moja ręka! Nie mam jej! Straciłem rękę! Odskoczył do tyłu.
— Ależ masz ją, spójrzże — odrzekł Thurston uspokajająco.
Dailey patrzył na swoje obie ręce i pocierał jedną o drugą, lecz upierał się przy swym twierdzeniu.
— Moja ręka zniknęła we wnętrzu sideł, zapewniam cię. — Tak, tak — łagodnie potakiwał Thurston. — Myślę, że mały odpoczynek nad jeziorem znakomicie ci zrobi.
Dailey znowu pochylił się nad sidłami i zanurzył w nie rękę. I ręka zniknęła. Zanurzył ją głębiej i spostrzegł, jak jego ramię znika aż do barku. Spojrzał na Thurstona z uśmiechem triumfu.
— Rozumiesz już teraz, jak to działa — rzekł. — Te zwierzęta nie przyszły tutaj z niezbadanej okolicy.
— Więc skąd?
— Stamtąd, gdzie w tej chwili znajduje się moja ręka, gdziekolwiek by to było… Chcą innych zwierząt, co? Uważają mnie za łgarza, hę? Ja im pokażę!
— Ed, nie rób tego! Nie wiesz, czy…
Ale Dailey włożył tym razem nogi do sideł. I nogi zniknęły. Powoli pogrążał się w sidłach całym ciałem. Wkrótce widać mu już było tylko głowę.
— Życz mi powodzenia — rzekł do Thurstona. — Ed!
Dailey zacisnął nozdrza, zanurzył się i znikł.
Samish, jeśli natychmiast nie przyjdziesz, będzie już za późno. Nie mogę dłużej porozumiewać się z tobą. Olbrzymi Ziemianin zupełnie splądrował moją planetoidę. Co mu tylko wpada w rękę, wysyła przez przekaźnik. Wszystko jest w ruinie. Samish, ten potwór chce mnie schwytać jako okaz nieznanego gatunku! Nie ma ani chwili do stracenia!
Samish, co cię właściwie zatrzymuje? Ciebie, mojego najlepszego przyjaciela???
Co? Samish? Co ty mówisz? Ty i Fregel? Nie, nie mówisz tego poważnie! Opamiętaj się, Samish! Przez wzgląd na naszą przyjaźń!