Milczał. Głównie dlatego, że nie wiedział, co powiedzieć. Dziewczyna silniej oparła się o jego ramię.
— Wiodłam do Brokilonu komando — powiedziała cicho. - Na Wypalankach to było, w czerwcu, w niedzielę przed Sobótką. Zgonili nas, była bitka, uszliśmy w siedem koni pięciu elfów, jedna elfka i ja. Do Wstążki z pół mili, ale konni za nami, konni przed nami, dookoła ćma, młaka, bagno… Nocą skryliśmy się w łozinie, odetchnąć trza było dać koniom i sobie. Wtedy to elfka rozdziała się bez słowa, pokładła… a pierwszy elf do niej… Mnie zmroziło, ani wiem, co czynić… Odejść, zali udawać, że nie widzę? Krew mi w skroniach wali, a ona mówi nagle: "Kto wie, co jutro będzie? Kto Wstążkę przejdzie, a kto ziemię obłapi? En'ca minne." Tak rzekła: maleńko miłości. Tylko tak rzecze, można zwyciężyć śmierć. I strach. Oni się bali, ona się bała, i ja się bałam… I rozdziałam się takoż i pokładłam opodal, derkę sobie pod plecy podścieliłam… Gdy mnie pierwszy objął, zęby zwarłam, bom niegotowa była, przerażona i sucha… Ale on mądry był, przecie elf, z pozoru jeno młodzik… Mądry… Czuły… Mchem pachniał, trawami i rosą… Ku drugiemu sama ramiona wyciągłam… Z chęcią… Maleńko miłości? Bies jeden wie, ile w tym było miłości, a ile strachu, ale strachu było więcej tegom pewna… Bo miłość udawana była, choć dobrze, ale udawana przecie, jako w jarmarcznej igrze, jako w jace, bo tam, jeśli aktorowie zdolni, to wnet zapominasz, co udawaniem, a co prawdą. A strach był. Prawdziwie był.
Milczał.
— A śmierci takoż nie udało się nam pokonać. O świcie dwóch ubili, zanimeśmy brzegu Wstążki doszli. Z tych trzech, co przeżyli, żadnegom więcej na oczy nie widziała. Matula moja powiadała, że dziewka zawsze wie, czyj owoc w żywocie nosi… Ale ja nie wiem. Ja nawet i ich tamtych elfów nie znałam, jak mi wiedzieć? Powiedz, jak?
Milczał. Pozwalał ramieniu, by mówiło za niego.
— A zresztą po co mi to wiedzieć. Wampir wnet sporyszu nagotowi… Przyjdzie wam ostawić nmie gdzie w jakiej wsi… Nie, nie gadaj nic, milcz. Ja wiem, jakiś ty. Ty nawet twej narowistej kobyły nie porzucisz, nie ostawisz, na inną nie wymienisz, choć odgrażasz się cięgiem. Tyś nie z takich, co ostawiają. Ale teraz mus. Po sporyszu na kulbace nie usiedzę. Ale i to wiedz, że gdy ozdrowieję, ruszę za wami w ślad. Bo chciałabym, byś twoją Ciri odnalazł, wiedźminie. Byś ją z moją pomocą odnalazł i odzyskał.
— To dlatego pojechałaś ze mną — powiedział, trąc czoło. - Dlatego.
Opuściła głowę.
— Dlatego właśnie powędrowałaś ze mną — powtórzył. - Wyruszyłaś, by pomóc w ratowaniu cudzego dziecka. Chciałaś płacić. Spłacić dług, który już wówczas, wyruszając, zamierzałaś zaciągnąć… Cudze dziecko za własne. A ja obiecałem ci pomoc w potrzebie. Milva, ja nie potrafię ci pomóc. Wierz mi, nie potrafię.
Tym razem ona milczała. On nie mógł. Czuł, że nie wolno.
— Wtedy, w Brokilonie, ja zaciągnąłem wobec ciebie dług i przyrzekłem, że go spłacę. Nierozsądnie. Głupio. Okazałaś mi pomoc w chwili, gdy bardzo pomocy potrzebowałem. Nie sposób spłacić takiego długu. Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze. Sam straciłem wiele takich rzeczy. Dlatego dziś nie potrafię ci pomóc.
— Wlaśnie pomogłeś — odrzekła, bardzo spokojnie. - Nawet nie wiesz, jak mi pomogłeś, teraz odejdź, proszę. Zostaw mnie samą. Odejdź, wiedźminie. Odejdź, zanim do końca rozwalisz mój świat.
*****
Gdy o brzasku ruszyli w dalszą drogę, Milva pojechała przodem, spokojna i uśmiechnięta. A kiedy jadący za nią Jaskier zaczął brzdąkać na lutni, pogwizdywała w tak t melodii.
Geralt i Regis zamykali pochód. W pewnym momencie wampir spojrzał na wiedźmina, uśmiechnął się, pokiwał głową z uznaniem i podziwem. Bez słowa. Potem wyciągnął ze swej medycznej torby maleńką buteleczkę z ciemnego szkła, pokazał ją Geraltowi. Uśmiechnął się znowu i cisnął buteleczkę w krzaki.
Wiedźmin milczał.
Gdy zatrzymali się, by napoić konie, Geralt odciągnął Regisa w ustronne miejsce.
— Zmiana planów — zakomunikował sucho. - Nie jedziemy przez Ysgith.
Wampir milczał przez chwilę, wiercąc go czarnymi oczami.
— Gdybym nie wiedział — rzekł wreszcie — że jako Wiedźmin lękasz się jedynie zagrożeń rzeczywistych, pomyślałbym, że przejąłeś się niedorzecznym gadaniem nienormalnej.
— Ale wiesz. Więc pomyślisz logiczniej.
— Owszem. Chciałbym jednak zwrócić twą uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, stan, w jakim znajduje się Milva, to nie choroba ani upośledzenie. Dziewczyna musi oczywiście o siebie dbać, ale jest całkowicie zdrowa i w pełni sprawna. Powiedziałbym, nawet sprawniejsza. Hormony…
— Porzuć mentorski i zabarwiony wyższością ton — przerwał Geralt. - Bo zaczyna on działać mi na nerwy.
— To była pierwsza sprawa — przypomniał Regis — z dwóch, które zamierzałem poruszyć. Oto druga: gdy Milva dostrzeże twoją nadopiekuńczość, gdy zorientuje się, że cackasz się i trzęsiesz nad nią jak nad jajkiem, po prostu się wścieknie. A potem pogrąży się w stresie, który jest dla niej absolutnie niewskazany. Geralt, ja nie chcę być mentorem. Chcę być racjonalny.
Nie odpowiedział.
— Jest też trzecia sprawa — dodał Regis, wciąż wiercąc go oczami. - Przez Ysgith nie pchają nas entuzjazm i żądza przygód, lecz konieczność. Po wzgórzach hulają wojska, a my musimy dostać się do druidów w Caed Dhu. Zdawało mi się, że to pilne. Że zależy ci, by jak najszybciej zdobyć informacje i ruszyć twojej Ciri na ratunek.
— Zależy mi — odwrócił wzrok. - Bardzo mi zależy. Chcę uratować i odzyskać Ciri. Do niedawna myślałem, że za każdą cenę. Ale nie. Za tę jedną nie. Tej ceny nie zapłacę, tego ryzyka nie zgadzam się podjąć. Nie pójdziemy przez Ysgith.
— Alternatywa?
— Tamten brzeg Jarugi. Pojedziemy w górę rzeki, daleko za trzęsawiska. Przeprawimy się przez Jarugę ponownie na wysokości Caed Dhu. Jeśli to będzie trudne, przeprawimy się do druidów tylko we dwóch. Ja przepłynę, ty przelecisz pod postacią nietoperza. Czemu mi się tak przyglądasz? Przecież to, że rzeka jest dla wampira przeszkodą, to kolejny mit i zabobon. A może się mylę?
— Nie, nie mylisz się. Ale latać mogę tylko w czasie pełni.
— To tylko dwa tygodnie. Gdy dotrzemy we właściwe miejsce, będzie już prawie pełnia.
— Geralt — rzekł wampir, nadal nie spuszczając z wiedźmina wzroku. - Dziwny z ciebie człowiek. Dla wyjaśnienia, to nie było określenie pejoratywne. Dobrze więc. Rezygnujemy z Ysgith, niebezpiecznego dla kobiet w odmiennym stanie. Przeprawiamy się na tamten brzeg Jarugi, w twoim mniemaniu bezpieczniejszy.
— Umiem oceniać stopnie ryzyka.
— Nie wątpię.
— Milvie i pozostałym ani słowa. Gdyby pytali, to jest część naszego planu.
— Oczywiście. Rozpoczynamy poszukiwania łodzi.
Nie szukali długo, a rezultat poszukiwań przeszedł oczekiwania. Znaleźli nie łódź, lecz prom. Ukryty wśród wierzb, sprytnie zamaskowany gałęziami i pękami sitowia prom zdradziła lina łącząca go z lewym brzegiem.
Znalazł się też przewoźnik. Gdy nadjeżdżali, szybko ukrył się w krzakach, ale Milva wyśledziła go i wywlekła z chaszczy za kołnierz, wypłaszając również pomocnika, potężnie nie zbudowanego chłopaka o barach waligóry i twarzy patentowanego idioty. Przewoźnik trząsł się ze strachu, a oczy latały mu jak para myszy po pustym spichrzu.
Читать дальше