— To ci księżniczka — powiedziała Punchita. — Dużo pracy.
— Co powiedziałaś? — spytała Sylvie, podnosząc głowę, ale Punchita tylko zwróciła na nią swą podłużną twarz i dalej żuła wieczną gumę.
Sophie wyszła na podwórko z kanką świeżego mleka i dopiero co zniesionym brązowym jajkiem, wyjętym spod kury, która rozsiadła się na rozwalonej sofie stojącej w mieszkaniu kóz. Przecięła poletko warzywne, kierując się do budynku po drugiej stronie domu porośniętego dzikim winem. Miał on wysokie, zaślepione okna, z których wyzierał smutek, i schody, które nie prowadziły do żadnych drzwi. Pod schodami znajdowało się małe wilgotne przejście wiodące do piwnicy. Do drzwi wejściowych i okien przybito gwoździami niejednolite płyty i szare listewki. Można było zerknąć do środka, lecz i tak wszystko spowijały ciemności. Kiedy Sylvie zbliżyła się, z piwnicy wyroiło się kilkanaście miauczących kotów — część kocich oddziałów na farmie. Georgie mawiał czasami, że na farmie uprawia się tylko cegły i hoduje koty. Wielki, jednooki zbir o płaskiej głowie był tu królem. Nie raczył się pojawić, ale wychynęła łaciata, delikatna kotka, która ostatnim razem była w zaawansowanej ciąży. Teraz jednak nie: chuda, zmizerowana, miała sflaczały brzuch i wielkie, różowe sutki.
— Masz kociaki, co? — powiedziała Sylvie z przyganą. — I nikt nie wie, co? Ty! — Pogłaskała ją i nalała im mleka, po czym przykucając, zerknęła do środka między listewkami. — Szkoda, że nic nie widać — powiedziała. — Kociaki.
Koty kręciły się koło niej przez jakiś czas, kiedy zaglądała do środka, ale widziała jedynie parę wielkich, żółtych oczu: może kociego króla? Może Browniego?
— Cześć, Brownie — odezwała się, ponieważ wiedziała, że jest to również dom Browniego, chociaż nikt go tu nigdy nie widział.
— Zostaw go w spokoju — powtarzał George. — Nic mu nie jest.
Ale Sylvie zawsze się z nim witała. Zamknęła kankę z mlekiem, do połowy opróżnioną i razem z jajkiem postawiła ją na półce w piwnicy.
— W porządku, Brownie, już sobie idę — powiedziała. — Dzięki.
Był to w pewnym sensie podstęp, ponieważ nadal czekała, mając nadzieję, że uda jej się coś zobaczyć. Pojawił się następny kot. Wówczas wstała i przeciągając się, ruszyła z powrotem do składanej sypialni. Na farmę zawitał mglisty i wilgotny poranek, ale nie było już tak zimno. Zatrzymała się na chwilę na środku miejskiego ogrodu, otoczonego wysokim murem. Ogarnęło ją słodkie uczucie szczęścia. Księżniczka. Akurat. Pod brudnym przyodziewkiem dziewczyny od kóz miała tylko wczorajszą bieliznę. Będzie musiała się rozejrzeć za jakąś pracą, coś zaplanować, zrobić ze swoim życiem. Ale w tej chwili była zakochana i szczęśliwa, wykonała to, co do niej należało, i miała wrażenie, że wcale nie musi nigdzie iść ani nic robić, a jej historia i tak będzie się szczęśliwie toczyć dalej. I tak bez końca. Wiedziała teraz, że jest to niekończąca się opowieść, w większym stopniu niż jakakolwiek bajka dla dzieci, bardziej nieskończona niż Inny świat z wszystkimi komplikacjami fabuły. Nieskończona. Jakimś sposobem. Sylvie kroczyła po farmie poklepując się, wdychając powietrze, w którym unosiły się wyziewy zwierząt i roślin, i uśmiechając się. Brownie, ukryty w głębi swego domu, patrzył na Sylvie i również się uśmiechał. Długimi rękoma zdjął bezgłośnie kankę mleka i jajko z półki, na której zostawiła je Sylvie. Zabrał pożywienie do domu, wypił mleko, wyssał jajko, z całego serca błogosławił swoją królową.
Rozebrała się tak szybko, jak przedtem ubrała. Nie zdjęła tylko majteczek. Auberon, przebudzony, obserwował ją z łóżka. Następnie, wydając ciche okrzyki, szybko wspięła się na łóżko i zagrzebała w cieple, na które zasługiwała jak nikt inny, w cieple, którego nigdy nie powinna opuszczać. Auberon ze śmiechem odsuwał się od jej zimnych rąk i stóp, które szukały jego ciała, miękkiego od snu i bezbronnego. Wreszcie poddał się. Wcisnęła zimny nos w zagłębienie na jego szyi i gruchała jak gołębica, kiedy jego dłonie objęły elastyczne majteczki.
W Edgewood Sophie położyła jedną kartę na drugiej: rycerz buław i królowa denarów.
Sylvie spytała później:
— Czy o czymś myślisz?
— Hm? — mruknął. Okrył swą nagość płaszczem i usiłował rozpalić ogień.
— Czy myślisz o czymś? — powtórzyła Sylvie. — Wtedy. To znaczy, gdy to robisz. Ja mam bardzo dużo myśli, to prawie cała historia.
Zrozumiał, o czym mówi Sylvie, i roześmiał się.
— Ach, myśli — powiedział. — Wtedy. Pewnie. Zwariowane myśli.
Chcąc szybko rozpalić ogień, wrzucił do kominka większość drewna, które pozostało w skrzynce. Chciał, żeby w składanej sypialni było gorąco, na tyle gorąco, żeby Sylvie wyszła spod kołder, w których się zagrzebała. Chciał ją zobaczyć.
— Na przykład tym razem wędrowałam — powiedziała.
— Tak. — On również wędrował.
— Dzieci — mówiła dalej. — Dzieci albo małe zwierzęta, tuziny, różnych kolorów i wielkości.
— Tak. — On także je widział. — Lilac — dodał.
— Kto?
Auberon zaczerwienił się i dźgnął ogień kijem golfowym, który służył właśnie do tego celu.
— Przyjaciółka. Mała dziewczynka. Wymyślona przyjaciółka.
Sylvie nic nie powiedziała, tylko nadal błądziła myślami, nie wróciła jeszcze do składanej sypialni.
— Więc kto to taki? — zapytała ponownie. Auberon wszystko jej wyjaśnił.
W Edgewood Sophie położyła następną kartę: Zawiniątko. Szukała — chociaż wcale nie miała takiego zamiaru — zaginionego dziecka, które los zesłał jej i George’owi Mouse’owi. Ale nie mogła go znaleźć. Zamiast niego odnalazła — im dłużej patrzyła, tym lepiej ją widziała — inną dziewczynkę, która nie zaginęła, ale sama czegoś poszukiwała. Obok niej maszerowali królowie i królowe, szereg za szeregiem, a każdy wypowiadał swoje przesłanie: jestem Nadzieją, jestem Żalem, jestem Lenistwem, jestem Nieposzukiwaniem Miłości, uzbrojeni i na koniach, uroczyści i groźni, kroczyli przez ciemny las kart atutowych, ale oprócz nich, niewidziana przez nich, dostrzeżona tylko w ułamku sekundy przez Sophie, wśród groźnych niebezpieczeństw maszerowała odważnie księżniczka, której nikt nie znał. Ale gdzie jest Lilac? Sophie położyła następną kartę: to był Bankiet.
— Więc co się z nią stało? — zapytała Sylvie. Ogień buzował coraz mocniej, a w pokoju robiło się cieplej.
— Tak jak ci powiedziałem — odparł Auberon, odsuwając poły płaszcza, żeby ogrzać sobie pośladki. — Nigdy już jej nie zobaczyłem po tym dniu na pikniku…
— Nie myślę o niej — powiedziała Sylvie. — Nie o tej wymyślonej. Chodzi mi o prawdziwą. O dziecko.
— Och. — Wydawało mu się, że minęło kilka wieków, odkąd przybył do Miasta. Przypomnienie sobie Edgewood wymagało teraz wielkiego wysiłku, a odgrzebywanie dzieciństwa przypominało odkopywanie Troi. — Wiesz, że właściwie nie wiem. To znaczy chyba nigdy nikt mi nie opowiedział całej historii.
— No, ale co się zdarzyło? — Poruszyła się rozkosznie pod kołdrą, rozgrzana. — Czy umarła?
— Chyba nie — odparł Auberon, zaszokowany tym pomysłem.
Przez chwilę widział całą tę historię oczyma Sylvie i wydała mu się groteskowa. Jak jego rodzina mogła zgubić dziecko? A jeśli nie zginęło? Jeśli istniało jakieś proste wyjaśnienie (adopcja, nawet śmierć), to dlaczego o tym nie wiedział? W historii rodziny Sylvie plątało się kilkoro zaginionych dzieci. Były w sierocińcach albo zostały adoptowane. O każdym z nich przypominano sobie od czasu do czasu, wszystkie zostały odżałowane. Gdyby był w stanie odczuwać cokolwiek oprócz uczuć do Sylvie, związanych z planami, jakie miał na kilka następnych minut, odczuwałby gniew z powodu własnej niewiedzy. Ale to nie miało znaczenia.
Читать дальше