— Taaak. — Popatrzyła na ciemny korytarz, a potem znowu na niego, jak gdyby się spieszyła albo czymś niepokoiła. — Nie wiedziałam, że ktoś tu jest. Myślałam, że pokój jest pusty.
Jego obecność w pokoju była tak oczywista, że nie znalazł na to żadnej odpowiedzi.
— Okay — powiedziała. Wyciągnęła jedną zimną dłoń spod pachy. Przyciskając palcem wargę, przygryzała ją. Znowu popatrzyła na korytarz, jak gdyby Auberon zmuszał ją, żeby tu została, a ona niecierpliwie czekała, żeby odejść.
— Czy coś tu zostawiłaś? — Nie odpowiedziała. — Jak się miewa twój syn? — Na te słowa dłoń, która przyciskała wargę, zasłoniła usta. Wydawało się, że dziewczyna płacze albo się śmieje, albo robi obie te rzeczy naraz. Ciągle spoglądała przy tym na korytarz, chociaż wydawało się oczywiste, że nie ma dokąd pójść. W końcu to pojął.
— Wejdź — powiedział, odsuwając się na bok, żeby mogła przejść, i wykonując zapraszający ruch głową.
— Czasem tu przychodzę — wyjaśniła, kiedy weszła do pokoju. — Kiedy chcę być sama.
Rozejrzała się wokół siebie, a w jej wzroku malowało się, jak przypuszczał Auberon, usprawiedliwienie albo żal. Był intruzem. Zastanawiał się, czy powinien jej to powiedzieć i pójść spać na ulicę. Jednak zamiast tego zaproponował:
— Napijesz się rumu?
Nie dosłyszała jego słów.
— Więc posłuchaj — zaczęła i urwała.
Auberon nie wiedział jeszcze, że te słowa były w miejskim języku jedynie wtrętem i wcale nie miały na celu przykuć jego uwagi, chociaż tak się mogło wydawać. Czekał, co dziewczyna powie. Usiadła na aksamitnym krześle i powiedziała wreszcie jakby do siebie:
— Przytulnie tu.
— Mmm.
— Przyjemny ogień. Co pijesz?
— Rum. Chcesz trochę?
— Pewnie.
Okazało się, że w kuchni jest tylko jedna filiżanka, więc musieli podawać ją sobie z rąk do rąk.
— On nie jest moim synem — wyjaśniła Sylvie.
— Przykro mi, jeśli…
— To dzieciak mojego brata. Mam stukniętego brata. Bruno mu na imię. Tak jak dziecku. — Zamyśliła się, wpatrzona w ogień. — Co za dziecko. Takie słodkie. I bystre. I złe? — Uśmiechnęła się. — Takie jak jego papo. — Objęła się mocniej, podciągając kolana niemal do piersi. Zauważył, że wzbiera w niej szloch i tylko obejmując się mocno, jest w stanie go powstrzymać.
— Wygląda na to, że dobrze wam ze sobą — zauważył Auberon i zdał sobie sprawę, że kiwa głową w idiotycznie uroczysty sposób. — Myślałem, że jesteś jego matką.
— Och, jego matka, stary — powiedziała, a na jej twarzy odmalowała się pogarda przemieszana z odrobiną współczucia. — Jest żałosna. Jest smutnym przypadkiem. Godna pożałowania. — Zamyśliła się. — Jak oni go traktują. Będzie dokładnie taki jak jego ojciec.
Najwyraźniej nie była to dobra perspektywa. Auberon żałował, że nie potrafi wymyślić pytania, które pozwoliłoby jej wyrzucić z siebie tę historię.
— No cóż, synowie wdają się w ojców — stwierdził, zastanawiając się, czy jest to prawdą w jego wypadku. — W końcu, dużo z nimi przebywają.
Prychnęła ze wstrętem.
— Cholera, Bruno nie widział tego dzieciaka od roku. Teraz zjawia się i mówi: „Hej, synku” i tak dalej. Tylko dlatego, że ma religię.
— Hm.
— Nie religię, tylko tego faceta, dla którego pracuje. Albo popiera. Russell jakiś tam, nie pamiętam, wyleciało mi. W każdym razie mówi „miłość, rodzina” bla, bla, bla. I zjawia się w progu.
— Hm.
— Zabiją dzieciaka. — Łzy napłynęły jej do oczu, ale żadna nie spłynęła. — Cholerny George Mouse. Jak mógł być taki tępy?
— A co on zrobił?
— Mówi, że był pijany. Miał nóż.
— Och. — Ponieważ Sylvie przestała używać imion, Auberon szybko się pogubił i nie miał pojęcia, kto miał nóż i kto powiedział, że kto był pijany. Musiał wysłuchać tej historii jeszcze dwukrotnie w ciągu następnych dni, żeby wreszcie zrozumieć, że brat Bruno przyszedł pijany do Starej Farmy i pod wpływem swej nowej wiary czy filozofii zażądał od George’a wydania syna Bruna. Ponieważ Sylvie była nieobecna, George po przedłużającej się dyskusji i pod groźbą użycia siły wydał mu dziecko. I teraz bratanek Bruno znajdował się w rękach kochających i głupich krewniaczek, które będą nim poniewierać (brat Bruno na pewno z nim nie został), które wychowają go tak, jak został wychowany jej brat po odejściu ojca. Stanie się próżny, dziki, krnąbrny i słodki i żadna kobieta nie będzie mogła mu się oprzeć. I tylko niewielu mężczyzn, nawiasem mówiąc. Nawet jeśli mały Bruno uniknie domu dziecka, plan Sylvie, żeby ocalić małego, i tak się nie powiódł. George zakazał jej krewnym wstępu na farmę, ma dosyć kłopotów.
— I dlatego nie mogę już z nim żyć — powiedziała, tym razem bez wątpienia mając na myśli George’a. Auberona przepełniła dziwna nadzieja. — To nie jego wina. Nie jego wina, naprawdę. Po prostu nie mogłabym. Zawsze bym o tym myślała, a poza tym… — Ścisnęła skronie, jak gdyby chciała tam coś wcisnąć. — Cholera, gdybym miała odwagę, nagadałabym im wszystkim. Wszystkim. — Jej żal i udręka osiągnęły punkt kulminacyjny. — Nigdy więcej nie chcę ich widzieć. Nigdy, nigdy, nigdy. — Niemal się roześmiała. — I to jest zupełnie głupie, bo jeśli stąd odejdę, to nie będę miała dokąd pójść. Zupełnie.
Nie miała zamiaru płakać, ten nastrój już minął. Kiedy wpatrywała się w ogień, skrywając policzki w dłoniach, w jej oczach malowała się bezdenna rozpacz.
Auberon złożył ręce na plecach i starając się nadać swemu głosowi dobrosąsiedzki ton, powiedział od niechcenia:
— No, jeśli chcesz tu zostać, to proszę bardzo. — Zdał sobie sprawę, że proponuje jej pobyt w miejscu, które należało bardziej do niej niż do niego, i zaczerwienił się. — To znaczy, możesz tu oczywiście zostać, jeśli nie przeszkadza ci, że ja też tu będę.
Popatrzyła na niego z namysłem, który był całkowicie zrozumiały, zważywszy na nagłą przemianę w jego uczuciach, którą próbował ukryć.
— Naprawdę? — upewniła się. Uśmiechała się teraz. — Nie zajmę dużo miejsca.
— Prawdę mówiąc, nie ma tu zbyt wiele miejsca. — Zamieniając się w gospodarza, rozejrzał się z namysłem po pokoju. — Nie wiem, jak to zorganizujemy, ale jest krzesło i mój płaszcz już prawie wysechł, mogłabyś go użyć jako koca…
Zdawał sobie sprawę, że on sam, zwinięty w kącie, prawdopodobnie wcale nie zmruży oka. Kiedy tak gościnnie organizował jej nocleg, twarz Sylvie dziwnie spochmurniała. Nie wiedział, co jeszcze może jej zaproponować.
— Czy nie mogłabym po prostu skimnąć się na skrawku łóżka? — zapytała. — Na przykład w nogach. Jak się zwinę, to jestem naprawdę mała.
— Łóżka?
— Łóżka! — powtórzyła niecierpliwie.
— Jakiego łóżka?
Nagle zrozumiała, w czym rzecz, i roześmiała się.
— No nie — powiedziała — no nie, nie miałeś chyba zamiaru spać na podłodze? Nie do wiary! — Podeszła do masywnej szafy, która stała pod ścianą, wyciągnęła do góry rękę i przekręciła klamkę albo pociągnęła za dźwignię w ukrytej ścianie. Nie potrafiąc ukryć rozbawienia, opuściła na podłogę całą przednią ścianę (szuflady atrapy skrywały ołowiane ciężarki), która swobodnie opadła. W lustrze mignęła podłoga. W obu górnych narożnikach pojawiły się mosiężne gałki i kiedy ściana opadała, wysuwały się i zmieniały w nóżki, lokując się na miejscu dzięki mechanizmowi pracującemu na zasadzie siły ciężkości. (Będzie się później zachwycał jego genialnością). Łóżko miało ozdobny zagłówek. W górnej części szafy mieściły się teraz nogi łóżka. Był w nim materac, prześcieradła i dwie puchate poduszki. Śmiał się razem z Sylvie. Rozłożone łóżko zajmowało większą część pokoju. Składana sypialnia.
Читать дальше