Miejsce dla jeszcze jednego
Zaraz po świętach Sophie zaczęła czuć się tak, jakby jej ciało ktoś ustawicznie zwijał i odwijał od nowa. Sensacje te przyprawiały ją o zawrót głowy, dopóki nie zrozumiała ich przyczyny. Gdy pojęła już powód, objawy te wydały jej się interesujące, a nawet napawały lękiem. W końcu (o wiele później, kiedy cały proces został zakończony, a nowy lokator zainstalował się na dobre i czuł jak w domu) zaczęła odczuwać spokój: uczucia były nieraz tak głębokie jak nowy rodzaj słodkiego snu. A jednak przepełniało ją również oczekiwanie. Tak, oczekiwanie to najwłaściwsze słowo!
Kiedy ojciec Sophie dowiedział się o jej stanie, niewiele mógł powiedzieć, ponieważ został powołany do istnienia w taki sam sposób jak istota, którą nosiła jego córka. Jako ojciec musiał okazać powagę, która jednak nie oznaczała potępienia. Nigdy nie powstała kwestia: co z tym zrobimy. Drżał na samą myśl, co by się stało, gdyby ktokolwiek wpadł na taki pomysł, kiedy wzrastał we wnętrzu Amy Meadows.
— O mój Boże, znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej osoby — oznajmiła matka, ocierając łzę. — W końcu nie zdarza się to po raz pierwszy na świecie. — Tak jak cała rodzina zastanawiała się, kto jest ojcem dziecka, ale Sophie nic nie mówiła na ten temat, a raczej oświadczyła najciszej, jak umiała, że nic nie powie. Tak więc z konieczności temat ojcostwa nie był podejmowany.
Ale oczywiście trzeba było poinformować Daily Alice.
To właśnie ona dowiedziała się jako pierwsza, albo prawie pierwsza, o nowinie i tajemnicy.
— Smoky — oznajmiła Sophie.
— Och, Sophie, nie.
— Tak — potwierdziła, stojąc w wyzywającej pozie w drzwiach pokoju Alice; nie miała ochoty wchodzić do środka.
— Nie mogę uwierzyć, żeby on to zrobił.
— Lepiej uwierz — powiedziała Sophie. — Lepiej się przyzwyczaj. Musisz się oswoić z tą myślą, bo nic się nie da cofnąć.
Jakiś drobny grymas w twarzy Sophie — a może tylko nieprawdopodobieństwo tego, co powiedziała — zastanowił Alice.
— Sophie — zaczęła miękko po chwili milczenia, podczas której mierzyły się nawzajem wzrokiem. — Czy ty śpisz?
— Nie — odparła oburzonym tonem. Ale był wczesny ranek i Sophie miała na sobie nocną koszulę. Smoky dopiero przed godziną opuścił wysokie łoże, drapiąc się po głowie, i poszedł do szkoły. Sophie obudziła Alice — było to takie niezwykłe, takie odmienne od codziennych zwyczajów, że przez chwilę Alice miała nadzieję… Złożyła głowę na poduszce i zamknęła oczy, ale ona również nie spała.
— Czy nigdy nie podejrzewałaś? — zapytała Sophie. — Nigdy ci nie przyszło do głowy?
— Och, chyba tak. — Przykryła oczy dłonią. — Oczywiście, że tak. — Sposób, w jaki Sophie zadała pytanie, dowodził, że czułaby się rozczarowana, gdyby Alice nie wiedziała. Usiadła, nagle rozzłoszczona. — Ale to! Wy dwoje! Jak mogliście być tacy głupi?
— Chyba nas poniosło — odparła spokojnie Sophie. — No wiesz.
Pod spojrzeniem Alice odwaga Sophie ulotniła się i dziewczyna spuściła wzrok. Alice podciągnęła się na łóżku i oparła o wezgłowie.
— Czy musisz tam stać? — rzuciła. — Nie mam zamiaru cię uderzyć.
Sophie nadal stała w drzwiach. Wyglądała na poły niepewnie, na poły wojowniczo, jak Lily, kiedy coś rozlała i bała się, że grozi jej nie tylko sprzątanie po sobie, ale gorsza kara. Alice przywołała siostrę niecierpliwym gestem.
Bose stopy Sophie zaplaskały na podłodze, a kiedy wdrapała się na łóżko, uśmiechając się dziwnie nieśmiało, Alice wyczuła jej nagość pod flanelową koszulą. Przywiodło jej to na myśl minione lata, ich dawną bliskość. Tak nas mało, pomyślała, tak wiele miłości, a tak mało osób, które można nią obdarzyć. Nic dziwnego, że tak się to wszystko pogmatwało.
— Czy Smoky wie? — zapytała chłodno.
— Tak — odparła Sophie. — Powiedziałam mu pierwszemu.
Zabolało ją, że Smoky jej nie powiedział. Po raz pierwszy odkąd Sophie weszła do pokoju, Alice poczuła coś, co można by nazwać bólem. Pomyślała o tym, jak musiał się czuć z tym ciężarem, podczas gdy ona o niczym nie wiedziała. Te myśli przeszywały ją jak sztylet.
— I co zamierza zrobić? — zadała następne pytanie, jak w katechizmie.
— On nie… On nie…
— Może lepiej byście coś postanowili? Wspólnie.
Usta Sophie zadrżały. Zapas odwagi, z którym tu przyszła, wyczerpywał się.
— Och, Alice, nie bądź taka — błagała. — Nie sądziłam, że będziesz taka.
Ujęła dłoń Alice, ale siostra odwróciła wzrok i przycisnęła knykcie drugiej dłoni do ust.
— Wiem, że możesz nas nienawidzić za to, co zrobiliśmy — powiedziała Sophie, starając się wyczytać coś z twarzy Alice. — O tak, Alice, ale…
— Nie czuję do was nienawiści, Sophie. — Alice, jakby wbrew swej woli, zacisnęła mocno palce na dłoni Sophie. Nadal nie patrzyła na siostrę. — Chodzi o to… — Sophie obserwowała, jak Alice stacza wewnętrzną walkę. Nie śmiała się odezwać, tylko mocniej objęła dłoń siostry, czekając, co ta powie. — Widzisz, myślałam… — Znowu umilkła i odchrząknęła, ponieważ coś ściskało ją za gardło. — Sama wiesz — powiedziała. — Pamiętasz przecież: Smoky został wybrany dla mnie, tak myślałam. Myślałam, że tak właśnie ma być w naszej historii.
— Tak. — Sophie spuściła oczy.
— Ale ostatnio zdaje mi się, że nie pamiętam tego zbyt dobrze. Nie mogę ich sobie przypomnieć. Tego jak było… Pamiętam, ale nie… to uczucie. Wiesz, co mam na myśli? Jak to było, z Auberonem, dawno temu.
— Och, Alice — powiedziała Sophie. — Jak mogłaś zapomnieć?
— Cloud stwierdziła: kiedy dorośniesz, zamienisz to, co miałaś jako dziecko, na to, co masz jako osoba dorosła. A jeśli nie, to i tak to utracisz, a w zamian nie dostaniesz nic. — Łzy zabłysły w jej oczach, chociaż głos jej nie zadrżał. Łzy wydawały się bardziej częścią historii, którą opowiadała, niż cząstką jej samej.
— I pomyślałam: więc zamieniłam ich na Smoky’ego. A oni to zaplanowali. I wszystko było w porządku… Mimo że już ich nie pamiętałam, miałam Smoky’ego… — Jej głos zadrżał teraz. — Chyba się myliłam.
— Nie! — zaprotestowała Sophie, tak przerażona, jakby Alice wypowiedziała bluźnierstwo.
— To chyba normalne — powiedziała Alice i westchnęła z drżeniem. — Chyba miałaś rację, kiedy braliśmy ślub, że ty i ja nigdy nie będziemy mieć tego, co kiedyś miałyśmy. Poczekaj, zobaczysz, powiedziałaś…
— Nie, Alice, nie! — Sophie schwyciła siostrę za ramię, jak gdyby chciała powstrzymać dalsze słowa. — Ta historia była prawdziwa, była, zawsze to wiedziałam. Nigdy przenigdy nie mów, że nie była. To była najprawdziwsza historia, jaką kiedykolwiek słyszałam, i okazała się prawdziwa, tak jak powiedzieli. Och, Alice, tak ci zazdrościłam, to było cudowne i zazdrościłam ci…
Alice zwróciła twarz w stronę siostry. Sophie przeraził jej wyraz: nie malował się na niej smutek, chociaż łzy migotały w oczach Alice, ani złość.
— Chyba nie masz już powodu do zazdrości — powiedziała Alice. — Naciągnęła koszulę nocną Sophie na jej ramię, z którego się ześlizgnęła. — I co teraz? Musimy pomyśleć, co zrobić…
— Kłamałam — oświadczyła Sophie.
— Co? — Alice patrzyła na nią, nic nie pojmując. — Kiedy kłamałaś?
— To kłamstwo, to kłamstwo! — Sophie niemal krzyczała, wyrzucając to z siebie. — To wcale nie Smoky! Skłamałam! — Nie mogąc już dłużej znieść wyrazu obcości na twarzy Alice, Sophie wtuliła głowę w jej łono i zaniosła się łzami. — Tak mi przykro… Tak ci zazdrościłam. Chciałam być częścią twojej historii, to wszystko. Och, czy nie rozumiesz, że on by nie mógł, on cię tak bardzo kocha. I ja bym tego nie zrobiła, ale brakowało mi ciebie. Ja też chciałam mieć historię, chciałam… Och, Alice.
Читать дальше