„Będę mieć nadzieję — powiedziała. — Będę szczęśliwa. Na pewno jest coś, o czym nie wiem. Na pewno ukrywają w zanadrzu jakiś dar. W swoim czasie podarują nam go. W ostatniej chwili. Tak się dzieje w opowieściach”. I nie słuchałaby sarkastycznej odpowiedzi, jakiej na pewno udzieliłaby na tę wątpliwość ryba. A jednak kiedy Smoky otworzył drzwi i wszedł do sypialni, pogwizdując i rozsiewając wokoło zapach wina, które pił, oraz perfum Sophie, którymi przesiąknął, narastająca w niej fala rozlała się i Alice zaczęła płakać.
Łzy ludzi, którzy nigdy nie płaczą, spływające spokojnie i bez emocji, są przerażające. Płacz zdawał się ją rozdzierać, chociaż zaciskała oczy, żeby powstrzymać łzy, i przyciskała pięść do ust. Smoky, wystraszony i przelękniony, podszedł do niej natychmiast, tak jakby podszedł do swego dziecka, żeby je pocieszyć. Nie myślał i nie wiedział dokładnie, co robić. Kiedy próbował chwycić jej dłoń i przemawiał do niej łagodnym tonem, zaczęła drżeć jeszcze gwałtowniej, a czerwony krzyż odciśnięty na jej twarzy wyglądał jeszcze okropniej. Smoky ułożył ją na łóżku, nie zważając na opór, przykrył najlepiej, jak umiał, chcąc w ten sposób ugasić płomienie, zdawał sobie niejasno sprawę, że mógł ją pokonać czułością i pokonać gniew, cokolwiek go spowodowało, zwykłą siłą. Nie miał pewności, czy sam nie stał się przyczyną tego jej stanu, nie był pewien, czy przytuli się do niego, szukając pocieszenia, czy też odtrąci go w gniewie, ale nie miał wyboru. Zbawiciel czy ofiara — nie miało to znaczenia, jeśli mogło przerwać jej cierpienia.
Poddawała się z początku niechętnie i złapała go za koszulę, jak gdyby chciała podrzeć na nim ubranie, a on powtarzał: „Powiedz mi, powiedz mi”, tak jakby mogło to w czymkolwiek pomóc. Ale nie potrafił ukoić jej cierpień, tak samo jak nie był w stanie powstrzymać jej potu i krzyków, kiedy dziecko, które nosiła, torowało sobie drogę na świat. I w żaden sposób nie mogła powiedzieć, że tym, co wywołało jej płacz, był obraz czarnego stawu w lesie, pokrytego złocistymi liśćmi, które bezustannie spadały z drzew. Każdy z nich zawisał na moment nad powierzchnią wody, zanim spoczął na jej tafli. Wydawało się, że zatopienie było przemyślanym wyborem. I widziała też oczyma duszy wielką, przeklętą rybę zanurzoną w stawie, zbyt zziębniętą, żeby mówić lub myśleć: rybę porwaną przez Opowieść tak samo jak ona.
Pozwól, niech ujrzę, jak pochłania cię sen
Myśli spokojnych, jak oko twe
Zastyga niczym woda, gdy umknie wiatr
Nie wiadomo dokąd.
Wordsworth
To George Mouse — powiedział Smoky.
Lily, uczepiona jego spodni, spojrzała na drogę, którą wskazywał ojciec. Przycisnęła piąstkę do policzka, a oczy okolone długimi rzęsami nie wydawały żadnego osądu, kiedy George wyłaniał się z mgiełki, a jego buty rozpryskiwały kałużę. Miał na sobie ogromny, czarny płaszcz, a jego kapelusz Svengali nasiąknął deszczem. Pomachał im ręką, kiedy się zbliżył.
— Hej — powiedział, człapiąc po schodach. — Heeeeej. — Uścisnął Smoky’ego. Jego zęby zalśniły spod ronda kapelusza, a oczy w ciemnej oprawie rzęs przypominały węgielki. — To jest… jak jej na imię… Tacey?
— Lily — poprawił Smoky. Lily schowała się za nogami ojca.
— Tacey jest już dużą dziewczynką. Ma sześć lat.
— Och, mój Boże.
— Tak.
— Czas szybko płynie.
— Wejdź do środka. Co cię sprowadza? Powinieneś był napisać.
— Zdecydowałem się rano.
— Jaki powód?
— Włosek na mojej dupie.
Postanowił nie mówić Smoky’emu, że zażył pięć miligramów pellucidaru, który teraz penetrował jego system nerwowy jak zimne powietrze pierwszego dnia zimy. Było to już siódme zimowe przesilenie dnia z nocą w ciągu małżeńskiego pożycia Smoky’ego. Duża kapsułka pellucidaru wprawiła George’a w amok. Wyprowadził mercedesa, który stanowił jeden z ostatnich namacalnych dowodów dostatku Mouse’ów, i jechał na północ tak długo, aż wszystkie stacje benzynowe, które mijał, okazywały się zlikwidowane z powodu bankructwa. Zaparkował wówczas samochód w garażu opuszczonego domu i wdychając głęboko gęste, wilgotne powietrze, ruszył w dalszą drogę pieszo.
Drzwi frontowe zamknęły się za nim z głośnym szczękiem mosiężnych zawiasów i brzękiem owalnej szyby. George Mouse szerokim gestem zdjął kapelusz, na co Lily roześmiała się, a Tacey, która zbiegła do holu, żeby zobaczyć, kto przyszedł, zatrzymała się jak wryta. Za nią podążała Daily Alice w długim kardiganie. Jej dłonie wypychały kieszenie swetra. Podeszła i pocałowała George’a. Przyciskając ją, odczuł oszałamiający i zupełnie niestosowny przypływ fizycznego pożądania i roześmiał się.
Wszyscy skierowali się do salonu, gdzie zapalono już światła. Przechodząc przez hol, dostrzegli swoje odbicia w wysokim zwierciadle. George zatrzymał ich przy lustrze i uważnie wpatrywał się w odbicia: on, jego kuzynka, Smoky i Lily, która właśnie pojawiła się pomiędzy nogami matki. Czy się zmienili? Smoky znowu zapuścił brodę, którą zgolił, kiedy George go poznał. Jego twarz wydawała się bardziej koścista, bardziej — George nie znajdował innego słowa, ponieważ właśnie to słowo podsuwał mu natrętny posłaniec — uduchowiona. Uduchowiona, miej się na baczności. Alice została dwukrotnie matką, zdumiewające! Nagle przyszło mu do głowy, że patrzenie na kobietę z dzieckiem przypomina obserwowanie nagiej kobiety. To zmienia sposób widzenia jej twarzy, na której wyryta jest jakby cała historia. A on sam? Widział siwe włoski w wąsach, lekko przygarbione plecy i żadnych innych oznak. To była ta sama twarz, która zawsze spoglądała na niego, odkąd po raz pierwszy spojrzał w lustro.
— Czas szybko płynie — stwierdził.
W salonie cała rodzina sporządzała wspólnie długą listę zakupów.
— Masło orzechowe — powiedziała matka. — Znaczki, jodyna, woda sodowa, i to dużo, płatki mydlane, rodzynki, proszek do zębów, sos korzenny, guma do żucia, świece. George!
Uścisnęła go, a doktor Drinkwater uniósł wzrok znad listy, którą spisywał.
— Witaj, George — odezwała się Cloud z kącika przy kominku.
— Nie zapomnijcie o papierosach.
— Jednorazowe pieluszki, te tańsze — dorzuciła Daily Alice.
— Zapałki, tampaxy, oliwa.
— Owsianka — powiedziała matka. — Jak tam twoi ludzie, George?
— Tylko nie owsianka! — zaprotestowała Tacey.
— Dobrze, dobrze. Mama, jak wiesz, nie może tego pominąć.
Matka potrząsnęła głową.
— Nie widziałam Franza od roku?
George położył banknoty na stole, przy którym siedział doktor.
— Butelka dżinu — powiedział.
Doktor napisał „dżin”, ale odsunął pieniądze.
— Aspiryna — przypomniał sobie. — Olejek kamforowy, antyhistamina.
— Ktoś jest chory? — zapytał George.
— Sophie ma tę dziwną gorączkę — odparła Daily Alice. — To przychodzi i mija.
— Co jeszcze? — zastanawiał się doktor, patrząc na żonę, która gładziła podbródek i cmokała, pełna wątpliwości, a w końcu postanowiła, że ona też pojedzie na zakupy.
Doktor wyszedł do holu, żeby nałożyć czapkę (jego włosy były zupełnie białe i przypominały kłębek przybrudzonej bawełny) i okulary w różowych oprawkach, które zgodnie z tym, co stwierdzało prawo jazdy, miał obowiązek nosić. Cała rodzina zarzucała go jeszcze wymyślonymi w ostatniej chwili potrzebami. Wziął brązową kopertę, w której były dokumenty spraw do załatwienia, oznajmił, że jest gotowy, i wszyscy wyszli na werandę, żeby go odprowadzić.
Читать дальше