— To okropne — stwierdziła Sophie.
— Smoky powiedział, że nie za bardzo w to wierzy.
— Nie. To nie może być prawda.
— Powiedział, że jeśli narkotyk miał w końcu doprowadzić do śmierci, to skąd ludzie wiedzieli, jakie właściwie jest jego działanie.
— Och.
— Myślałam, że może to się odbędzie w podobny sposób.
— Nie, Alice, to straszne, nie.
Ale Alice nie wydawało się to straszne. Sądziła, że jeśli ktoś został skazany na śmierć, to wędrówka do jakiejś innej krainy wcale nie jest najgorszym rozwiązaniem. Przeczuwała coś, czego nie przeczuwał nikt inny, i nawet Sophie nie była tego świadoma: miejsce, do którego ich wezwano, nie jest prawdziwe. Gdy dorastała, wydawało jej się, iż żadne miejsce nie istnieje w oderwaniu od jego mieszkańców. Im mniej ich było, tym mniejsza była ta kraina. I jeśli teraz mieli odbyć podróż do tej krainy, to każdy emigrant będzie musiał stworzyć miejsce, do którego się udaje, stworzyć je z samego siebie. A ona, jako pionier, będzie również musiała zbudować ląd z własnej śmierci, czy z tego, co w tej chwili zdawało jej się podobne do śmierci, ląd, do którego przybędą pozostali. Stanie się tak ogromna, żeby mogła zamknąć w sobie cały świat, albo cały wielki świat skurczy się na tyle, żeby zmieścić się w jej piersi.
Smoky oczywiście w to nie uwierzy. W każdym razie będzie mu trudno. Wszystko teraz wydawało mu się bardzo trudne. Jakkolwiek znosił to cierpliwie i nauczył się z tym żyć, nigdy nie było mu łatwo. Czy przyjdzie? Była pewna wielu spraw, ale nie tego. Już dawno zrozumiała, że to samo, dzięki czemu Smoky ją zdobył, może teraz stać się przyczyną tego, iż go utraci. Chodziło o jej rolę w Opowieści. Ta umowa nadal obowiązywała. Miała wrażenie, że Smoky znajduje się na końcu długiego i cienkiego sznura, który może pęknąć, jeśli któreś z nich go pociągnie, albo wyśliznąć się z jej lub jego dłoni. Odejdzie teraz bez pożegnania, żeby się łudzić, iż nie odchodzi na dobre.
Smoky, pomyślała, śmierć. I przez długi czas nie mogła myśleć o niczym innym. Życzyła sobie tylko, choć nie wyraziła tego na głos, żeby to rozwiązanie nie okazało się jedynym możliwym rozwiązaniem, jedynym, jakie ta historia musi mieć czy kiedykolwiek miała.
— Będziesz na niego uważać, Sophie — wyszeptała. — Musisz dopilnować, żeby przyszedł. Musisz.
Ale Sophie z szalem podciągniętym pod brodę znowu spała. Alice rozejrzała się wokół siebie, tak jakby dopiero co się przebudziła. Za oknami jaśniał błękitny blask. Noc dobiegała końca. Jak ktoś odzyskujący przytomność bez bólu, ogarnęła jedną myślą cały świat, ten brzask i swoją przyszłość. Potem wstała, uwolniwszy się z uścisku śpiącej siostry. Sophie właśnie o tym śniła i prawie się obudziła, wypowiadając słowa: jestem gotowa, idę. Zamruczała coś jeszcze bez sensu i westchnęła. Znowu rozległ się odgłos nadchodzących kroków. Alice otuliła Sophie szalem, ucałowała ją w czoło i zgasiła żółty płomień lampy. Błękit świtu wypełnił pokój. Było później, niż myślała. Wyszła na korytarz. Smoky zbiegał po schodach w stronę podestu.
— Alice! — zawołał.
— Ciszej — powiedziała. — Obudzisz cały dom.
— Alice, to działa. — Chwycił się poręczy na zakręcie schodów, jak gdyby bał się, że lada moment upadnie. — To działa, musisz przyjść zobaczyć.
— Tak?
— Chodź, Alice, chodź zobaczyć! Wszystko w porządku. Działa, obraca się. Słuchaj! — Wskazał w górę.
Z oddali dobiegał cichy szum, ledwie słyszalny wśród odgłosów świtu i śpiewu budzących się ptaków. Przypominał przesuwanie się wielkich kół zębatych, metaliczne tykanie ogromnego zegara, w którego wnętrzu mieścił się cały dom.
— Działa?
— Wszystko w porządku, nie musimy nigdzie odchodzić! — Przerwał, żeby wsłuchać się w odległy szum i stukot. — Dom się nie rozpadnie na kawałki. Będzie prąd i ogrzewanie. Nie musimy nigdzie iść!
Stała u stóp schodów i patrzyła na niego, zadzierając głowę.
— Czy to nie wspaniale? — powiedział.
— Wspaniale — powtórzyła.
— Chodź zobaczyć. — Już wchodził na górę.
— Dobrze, za minutę przyjdę — odparła.
— Pospiesz się. — Pędził już po schodach.
— Smoky, nie tak szybko — przestrzegła go.
Słyszała jego oddalające się kroki. Podeszła do lustra w holu, zdjęła z wieszaka swój ciężki płaszcz i otuliła się nim. Spojrzała raz jeszcze na swoje odbicie w lustrze. W ostrym świetle poranka wyglądała staro. Podeszła do wielkich drzwi i przekręciwszy gałkę, otworzyła je.
Ranek obejmował we władanie cały świat i zimnymi podmuchami wdzierał się do domu. Stała długo w otwartych drzwiach, myśląc: tylko jeden krok. Jeden krok, który będzie się wydawał krokiem w nicość. Jeden krok w stronę tęczy, krok, który zrobiła właściwie już dawno, którego nie mogła nie zrobić, każdy kolejny przybliżał tylko obecny moment. Postąpiła do przodu. Po trawniku, zatopionym w porannej mgle, biegł w jej stronę mały piesek, podskakując i radośnie szczekając.
Itur in antiquam silvam, stabula alta terrarum.
Eneida , Księga VI
Kiedy Daily Alice stała zamyślona na progu domu, Sophie spała, a Hawksquill sunęła po spowitych we mgle wiejskich drogach, żeby zdążyć na pociąg na północnej stacji, Auberon i George Mouse siedzieli przy małym ognisku, zastanawiając się, dokąd też powiódł ich Fred Savage. Nie byli jednak w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób tutaj trafili.
Wyruszyli jakiś czas temu, ale przygotowania rozpoczęli dużo wcześniej. Przejrzeli stare pudła i szuflady George’a, żeby się odpowiednio wyposażyć, choć nie mieli pojęcia, na jakie trudności bądź niebezpieczeństwa mogą natrafić. Pakowanie odbywało się w dość przypadkowy sposób. George powyciągał skądś stare swetry, miękkie plecaki, włóczkowe czapeczki i kalosze.
— Już dawno tego nie nosiłem — powiedział Fred, naciągając na potargane włosy czapkę.
— Na co to wszystko? — dziwił się Auberon, stojąc na uboczu z rękami w kieszeniach.
— Lepiej się zabezpieczyć zawczasu niż potem żałować — stwierdził George. — Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
— To tutaj i tak ci nie pomoże — powiedział Fred, trzymając ogromne poncho.
— To głupie — powiedział Auberon.
— Okay, okay. — George wymachiwał ze złością dużym pistoletem, który właśnie znalazł w kufrze. — Okay, ty decydujesz, panie wszystkowiedzący. Tylko nie mów, że cię nie ostrzegałem. — Zatknął pistolet za pasek, ale zmienił zdanie i wrzucił broń z powrotem do kufra. — A co powiesz o tym? — Wyjął scyzoryk o dwudziestu ostrzach, służący niemal do wszystkiego. — Boże, nie pamiętam, kiedy go ostatni raz widziałem.
— Niezły — powiedział Fred, podważając korkociąg żółtym paznokciem. — Bardzo ładny. Poręczny.
Auberon przyglądał się tylko, trzymając ręce w kieszeniach, ale nie robił już żadnych uwag. Po chwili przestał nawet patrzeć. Odkąd Lilac pojawiła się na Starej Farmie, życie na tym świecie było dla niego coraz trudniejsze. Uczestniczył tylko w poszczególnych scenach, nie mających ze sobą żadnego powiązania, jak pokoje w domu, którego rozkładu nie potrafił ani nawet nie chciał zapamiętać. Czasem podejrzewał, że to pierwsze oznaki szaleństwa, i chociaż ta myśl sama w sobie wydawała się rozsądna, a przy tym stanowiła przekonujące wyjaśnienie, to jednak wcale nie odczuwał przerażenia. Oczywiście, natura rzeczy i zjawisk zmieniła się nagle ogromnie, ale nie potrafił dokładnie określić, na czym polegała ta różnica. Każdy pojedynczy element wydawał się nie zmieniony, taki sam jak kiedyś, a jednak na pewno istniały jakieś różnice. „Takie same, ale inne” — mawiał często jego kuzyn o rzeczach, które były bardziej lub mniej do siebie podobne. Ale dla Auberona to wyrażenie oznaczało jedną jedyną rzecz, która została w jakiś sposób — i prawdopodobnie nieodwracalnie — bardziej lub mniej odmieniona.
Читать дальше