Nacisnęła klawisze. Spod jej upierścienionych palców wydobyła się melodia przypominająca Jeruzalem.
— Tylko, że to wszystko nieprawda — dodała.
— Co?
— To wszystko nieprawda. Fałsz, kłamstwo, nie ma sprawy.
— Co…?
— To jest nie dość dziwaczne, po pierwsze. — Wydobyła brzękliwy ton, skrzywiła się i spróbowała zagrać inaczej. — Nie. Myślę, że dzieje się coś zupełnie innego, że następuje jakaś generalna zmiana kierunku, na którą nie ma wpływu nikt… — Pomyślała o nieboskłonie Terminusa, o zodiaku skierowanym w przeciwną stronę. Wtedy winą za to obarczała cesarza, stojącego teraz przed nią. Co za głupota! A jednak… — Coś — dodała — co przypomina jednoczesne tasowanie dwóch talii kart.
— Jeśli mowa o kartach… — wtrącił.
— Albo jednej zdekompletowanej talii — powiedziała, nie zwracając na niego uwagi. — Bardzo małe dzieci, kiedy chcą potasować karty, mieszają je i niektóre odwracają spodem do góry. I wtedy wszystko jest pomieszane, figury znajdują się raz na dole, raz na górze.
— Chcę mieć te karty — powiedział.
— Ja ich nie mam.
— Wiesz, gdzie są.
— Tak. I gdybyś miał je dostać, dostałbyś je.
— Potrzebuję ich rady! I to zaraz!
— Ci, którzy mają te karty — wyjaśniła Hawksquill — wszystko już odpowiednio zaplanowali: twoje zwycięstwo, obecne i przyszłe, przygotowali to o wiele lepiej, niż sam byś to zrobił. Na długo zanim się pojawiłeś, stanowili piątą kolumnę tej armii. — Nacisnęła klawisz, fortepian wydał dźwięk słodkocierpki jak smak lemoniady. — Ciekawe — dodała — czy tego żałują, czy nie czują się podle, jak zdrajcy własnego gatunku? Czy w ogóle kiedykolwiek zdawali sobie sprawę, że stają po przeciwnej stronie barykady niż ludzie?
— Nie rozumiem, dlaczego twierdzisz, że nie ma wojny — powiedział Barbarossa — skoro potem mówisz takie rzeczy.
— To nie wojna — oznajmiła Hawksquill — ale coś podobnego do wojny. Coś, co przypomina burzę. Być może nadciągający front atmosferyczny, który na ciepły świat przynosi zimno, zamienia błękit w szarość, a wiosnę w zimę. Albo zderzenie, mysterium coniunctionis, ale czego z czym? Albo — powiedziała, uderzona nagle pewną myślą — coś, co przypomina dwie furgonetki, które spotykają się przy bramie wjazdowej, przybywają z dwóch różnych odległych punktów i zdążają do dwóch różnych odległych miejsc. Przepychają się przez bramę obie naraz, a po przeciwnej stronie znowu zdążają do odrębnych celów swego przeznaczenia, tylko że być może kilku pasażerów zamieniło się miejscami, została skradziona torba albo dwie, może wymieniono pocałunek…
— O czym ty mówisz? — spytał Barbarossa.
Odwróciła się na stołku i spojrzała na niego.
— Pytanie brzmi, co to za królestwo, do którego wkroczyłeś?
— Moje własne.
— Tak… Chińczycy wierzą, że głęboko we wnętrzu każdego człowieka znajduje się ogród nieśmiertelnych, nie większy niż czubek kciuka, szare aleje, gdzie wszyscy jesteśmy na wieki królami.
— Uważaj — powiedział w przypływie wściekłości.
— Wiem. — Uśmiechnęła się. — To byłaby okrutna hańba, gdybyś skończył nie jako władca Republiki, której mieszkańcy zapałali do ciebie uczuciem, ale całkiem innego miejsca.
— Bzdury.
— Bardzo małego miejsca.
— Chcę mieć te karty.
— Nie możesz. Nie dam ci ich, nie są moje.
— Zdobędziesz je dla mnie.
— Nie.
— Co byś powiedziała, gdybym wydusił z ciebie ten sekret? Mam władzę, dobrze wiesz, że mam władzę.
— Grozisz mi?
— Mógłbym kazać… mógłbym kazać cię zabić. Potajemnie. Nikt by się nie dowiedział.
— Nic z tego — odparła ze spokojem Hawksquill. — Nie możesz kazać mnie zabić. Nie mnie.
Tyran roześmiał się, jego oczy zapałały ponurym ogniem.
— Myślisz, że bym nie mógł? Ho, ho, naprawdę?
— Wiem, że nie możesz — oznajmiła Hawksquill. — Nigdy nie domyśliłbyś się, z jakiego powodu. Ukryłam swoją duszę.
— Co?
— Ukryłam swoją duszę. To stara sztuczka, którą zna każda wioskowa czarownica. I jest na tyle roztropna, że ją stosuje: nigdy nie wiadomo, kiedy ci, którym służysz, zwrócą się przeciwko tobie.
— Ukryłaś? Gdzie? Jak?
— Ukryłam. Gdzieś. Oczywiście, nie powiem gdzie ani w czym. Ale sam rozumiesz, że dopóki tego nie wiesz, nie jesteś w stanie mnie zabić.
— Tortury. — Jego oczy zwęziły się. — Mogę cię torturować.
— O tak. — Hawksquill wstała ze stołka. Dość tego. — Tortury mogłyby się okazać skuteczne. Dobranoc na razie. Mam dużo pracy.
Odwróciła się przy drzwiach i zobaczyła, że nadal stoi jak wykuty z kamienia w swej groźnej pozie, wpatrując się w nią, ale nie widząc jej. Czy usłyszał, czy zrozumiał cokolwiek z tego, co próbowała mu powiedzieć? Owładnęła nią ta dziwna, niepokojąca myśl i przez chwilę patrzyła tylko na niego, podobnie jak on na nią. Wyglądało to tak, jakby oboje próbowali sobie przypomnieć, gdzie się przedtem spotkali i czy w ogóle już się kiedyś spotkali.
— Dobranoc, Wasza Wysokość — powiedziała w końcu Hawksquill z nagłą trwogą i wyszła.
Tego samego wieczora, ale nieco później, nadawano w stolicy kolejny odcinek Innego świata, ten, w którym umierała pani MacReynolds. Czas emisji serialu był różny w różnych miejscach. W niektórych rejonach nie był to już serial popołudniowy, często oglądano go dopiero po północy. Ale docierał wszędzie. Transmitowano go albo nadawano w telewizji kablowej, a tam, gdzie było to niemożliwe — ponieważ transmisje zostały zabronione, a kable przecięte — przemycano go do lokalnych stacji, kopiowano, przekazywano kasety, jak kraj długi i szeroki, do nielegalnych stacji. Z drżeniem serca dostarczano cenne taśmy do odległych, zasypanych śniegiem miasteczek. Przechodzień, który przemierzałby wieczorem jedyną ulicę takiego miasteczka, mógłby dostrzec błękitnawy poblask w każdym salonie. Idąc od domu do domu, w jednym zobaczyłby scenę, w której panią MacReynolds niosą do łóżka, w następnym — zgromadzone wokół niej dzieci, a z następnego dobiegłyby jego uszu oderwane fragmenty rozmów. W ostatnim domu, stojącym na skraju miasta, za którym zaczyna się już cicha preria, obejrzałby śmierć pani MacReynolds.
Cesarz-prezydent również oglądał w stolicy serial, jego bystre, ale ciepłe, brązowe oczy były zasnute mgłą. Nigdy nie tęsknijcie, tęsknota jest zgubna. Spowijał go obłok żalu nad samym sobą. Obłok ten przybrał konkretny kształt (jak wszystkie obłoki): kształt twarzy Ariel Hawksquill, twarzy pełnej rezerwy, rozbawionej i nieugiętej.
Dlaczego ja? — pomyślał, podnosząc ręce w taki sposób, jakby chciał pokazać komuś swoje kajdany. Co on zrobił, że akurat z nim ubito taki straszny interes? Był pełen dobrych chęci i ciężko pracował, napisał parę ostrych listów do papieża, żenił się z własnymi dziećmi. I jeszcze kilka drobiazgów. Dlaczego nie wybrali jego wnuka? Ten był przynajmniej prawdziwym wodzem. Dlaczego nie opowiadano o nim takiej samej legendy? Czyż nie mówiono, że nie umarł, tylko śpi i obudzi się, żeby stanąć na czele swojego ludu?
Ale to była tylko legenda. A on tymczasem jest tutaj, to on ma znosić to wszystko, chociaż wydaje się to niemożliwe do zniesienia. Król w baśniowym królestwie: przekleństwo Artura. Czy to może być prawda? Królestwo nie większe niż czubeczek kciuka. Czy jego ziemskie królestwo jest nietrwałe jak wiatr, który dmie między jednym a drugim snem?
Читать дальше