— Przepraszam, przepraszam — powtarzał, kiedy był już w stanie przemówić. — Przepraszam, przepraszam.
— Nie przepraszaj — powiedziała Alice, obejmując jego ramiona okryte płaszczem. — Za co przepraszasz?
Podniósł nagle głowę, odrzucając jej ramię, zaszlochał po raz ostatni i uciszył się, tylko pierś mu falowała.
— Czy to z powodu ciemnoskórej dziewczyny? — spytała Alice miękko, ostrożnie.
— Och — westchnął Auberon. — Częściowo.
— I przez ten głupi zapis.
— Częściowo.
Zauważyła chusteczkę wystającą z jego kieszeni i podała mu ją.
— Proszę — powiedziała, zaszokowana, że twarz nosząca ślady łez to nie twarz jej małego synka, ale dorosłego człowieka, tak zmieniona przez ból, że ledwo ją poznawała. Spojrzała na chusteczkę i zauważyła: — Bardzo ładna. Wygląda jak…
— Tak — przerwał Auberon biorąc chusteczkę i wycierając twarz. — Lucy ją zrobiła. — Wydmuchał nos. — Dała mi ją w prezencie, kiedy wyjeżdżałem. Otwórz to, gdy przyjedziesz do domu, tak powiedziała. — Zaśmiał się, albo znów zapłakał, może zrobił obie rzeczy jednocześnie, i przełknął ślinę. — Ładna, nie? — Wepchnął ją z powrotem do kieszeni, oparł się wygodnie i patrzył na Alice. — O Boże, to okropnie krępujące — powiedział.
— Nie — zaprzeczyła — wcale nie. — Położyła dłoń na jego ręce. Była w kłopotliwym położeniu. Auberon potrzebował rady, a ona nie potrafiła mu w niczym pomóc. Wiedziała, gdzie można się udać po radę, ale nie wiedziała, czy jemu to pomoże i czy powinna go tam wysyłać. — Już dobrze — powiedziała. — Naprawdę, ponieważ — w tym momencie podjęła decyzję — ponieważ wszystko będzie dobrze.
— No pewnie — westchnął głęboko. — Wszystko już skończone.
— Nie — powiedziała Alice i mocniej uścisnęła jego dłoń. — Nie, nie wszystko skończone, ale… Cokolwiek się zdarzy, będzie to częścią tego, co ma się zdarzyć, prawda? To znaczy: nie ma nic, co nie mogłoby się zdarzyć, mam rację?
— Nie wiem — zawahał się Auberon. — Co ja wiem?
Wyciągnęła ręce; ale był już za duży, żeby go do siebie przytulić, trzymać w ramionach i kołysać, i opowiedzieć mu długą, długą historię, tak długą i dziwną, że zasnąłby przed jej końcem, uspokojony głosem matki, jej ciepłem, biciem jej serca i niewzruszonym spokojem jej słów: a wtedy… a wtedy będzie bardziej cudownie i dziwnie i jakoś się to wszystko potoczy. Opowiadałaby to, czego nie potrafiła opowiedzieć wtedy, kiedy był mały i słuchał jej opowieści. Znała teraz tę historię, ale był już za duży, żeby go przytulić i szeptać bajki, za duży, by w nie uwierzyć, chociaż to wszystko się zdarzy, i to właśnie jemu. Ale nie mogła znieść jego rozpaczy i milczenia.
— Czy mógłbyś… — zaczęła, nie uwalniając jego dłoni. Chrząknęła, bo coś ściskało ją za gardło i głos brzmiał zbyt szorstko (czy to dobrze, czy źle, że wypłakała wszystkie łzy dawno temu?). — Czy mógłbyś — powtórzyła — coś dla mnie zrobić?
— Pewnie.
— Dziś wieczorem, nie, jutro rano. Wiesz, gdzie jest ta stara altanka? Ta mała wysepka? Jeśli pójdziesz w górę strumienia, dojdziesz do stawu z wodospadem.
— Tak, wiem.
— W porządku — powiedziała.
Wzięła głęboki oddech i dała mu wskazówki. Zobowiązała go, żeby postępował zgodnie z nimi, i wyjaśniła niektóre powody, ale nie wszystkie, chcąc go przekonać, że musi się trzymać jej poleceń. Zgodził się. Był zasępiony, ale wypłakał się już przed nią i nie miał teraz żadnych zastrzeżeń do jej planu i do tych powodów, które wyłuszczyła.
Drzwi prowadzące do ogrodu otworzyły się i wszedł przez nie Smoky. Zanim wyszedł zza rogu letniej kuchni, Alice poklepała Auberona po ręce, uśmiechnęła się, przyłożyła palec najpierw do swoich ust, a potem do jego.
— Króliki na kolację? — rzucił Smoky, wchodząc do kuchni. — Po co tyle zamieszania? — Bez zastanowienia wyciągnął ręce, kiedy zobaczył Auberona, i książki, które niósł pod pachą, upadły na podłogę.
— Cześć, cześć — powiedział Auberon, zadowolony, że udało mu się zaskoczyć chociaż jedną osobę.
Sophie również wiedziała, że Auberon jest w drodze do domu, ale ponieważ przyjechał autobusem, pomyliła się o jeden dzień. Miała wiele rad i pytań, ale Auberon nie chciał niczyich rad, a jej pytania również trafiłyby w próżnię, więc ich nie zadała. W tej chwili musiała zadowolić się tym, co sam jej opowiedział, chociaż te informacje nawet w części nie oddawały jego przeżyć podczas miesięcy spędzonych w mieście.
W czasie obiadu powiedziała:
— To miło, że znowu jesteśmy razem, chociaż przez jeden wieczór.
Auberon, który pochłaniał jedzenie tak, jakby przez wiele miesięcy żywił się tylko hot dogami i pizzą, spojrzał na nią, ale Sophie odwróciła wzrok. Najwyraźniej nie sądziła, że powiedziała coś dziwnego. Tacey zaczęła opowiadać o Cherry Lake, która rozwiodła się zaledwie po roku małżeństwa.
— Kolacja jest pyszna, mamo — pochwalił Auberon i wziął dokładkę, zdumiony swoim apetytem.
Później, w bibliotece, Smoky porównywał Miasto: to sprzed lat, które sam znał, i to, które poznał Auberon.
— Najlepsze — powiedział Smoky — albo też najbardziej podniecające było to, że zawsze miałeś uczucie, jakbyś był ośrodkiem wszelkich zdarzeń, jakbyś szedł na czele pochodu. Nawet jeśli całymi dniami siedziałeś tylko w swoim pokoju, to i tak miałeś takie wrażenie, wiedziałeś, że na zewnątrz, na ulicach i w budynkach tętni życie i gna do przodu, bum, bum, bum, i że ty sam jesteś częścią tego pędu, a wszyscy ludzie spoza miasta zostają w tyle, nie nadążają. Wiesz, o co mi chodzi?
— Chyba tak — powiedział Auberon. — Sądzę, że to się zmieniło.
W czarnym swetrze i w legginsach, które znalazł między swoimi starymi rzeczami, wyglądał jak Hamlet. Siedział skulony w wysokim skórzanym fotelu nabijanym guzikami. Skąpe światło odbijało się od butelki brandy, którą otworzył Smoky. Alice zaproponowała, żeby odbył z Auberonem długą rozmowę, ale trudno im było znaleźć wspólny temat.
— Zawsze miałem wrażenie, że wszyscy ludzie spoza miasta zupełnie o nas zapomnieli. — Wyciągnął kieliszek, a Smoky nalał mu odrobinę brandy.
— Ale te tłumy — ciągnął Smoky. — Ta bieganina, dobrze ubrani ludzie, wszyscy biegali na jakieś spotkania…
— Mhm.
— Myślę, że…
— Myślę, że wiem, co masz na myśli, to znaczy myślisz, że to było…
— Myślę, że miałem wrażenie…
— To się zmieniło — powiedział Auberon.
Zapadło milczenie. Obaj wpatrywali się w swoje kieliszki.
— No a jak ją poznałeś? — spytał w końcu Smoky.
— Kogo? — Auberon zesztywniał. Nie miał zamiaru rozmawiać z ojcem na pewne tematy. Wystarczyło mu zupełnie, że dzięki stawianiu kart doskonale wiedzieli, co się dzieje w jego sercu i znali jego problemy.
— Tę kobietę, która tu przyjechała — wyjaśnił Smoky. — Tę pannę Hawksquill. Kuzynkę Ariel, jak mówi Sophie.
— Ach, w parku. Ucięliśmy sobie pogawędkę… W takim małym parku, który podobno zaprojektował stary John i jego firma dawno temu.
— Mały park — powiedział Smoky ze zdumieniem — w którym są takie zabawne kręte ścieżki, które…
— Tak — potwierdził Auberon.
— Prowadziły niby do środka, a tak naprawdę na zewnątrz i…
— Tak.
— Są tam fontanny, rzeźby, mały mostek…
Читать дальше