Ruina. Pomnik zdruzgotanego świata.
— Jaskier.
— Tak?
— Ostatnimi czasy wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle. I wydaje mi się, że to ja wszystko spieprzyłem. Czego się ostatnio tknąłem, zrobiłem nie tak.
— Tak ci się wydaje?
— Tak mi się wydaje.
— No to pewnie tak jest. Komentarzy nie oczekuj. Znudziło mi się komentować. A teraz poużalaj się nad sobą w ciszy, jeśli mogę prosić. Tworzę właśnie, twoje lamenty mnie dekoncentrują.
Jaskier usiadł na zwalonej kolumnie, odsunął kapelusik na tył głowy, założył nogę na nogę, podkręcił kołki lutni.
Migoce świeca, ogień zgasł
Wiatr powiał zimny wyczuwalnie…
Faktycznie powiał wiatr, nagle i gwałtownie. A Jaskier przestał grać. I westchnął głośno.
Wiedźmin odwrócił się.
Stała w wejściu do alejki, pomiędzy pękniętym cokołem nierozpoznawalnego posągu a splątanym gąszczem zeschłego derenia. Wysoka, w obcisłej sukni. Z głową o szarawym umaszczeniu, właściwym bardziej korsakom niż lisom srebrnym. Ze szpiczastymi uszami i wydłużonym pyskiem.
Geralt nie poruszył się.
— Zapowiedziałam, że przyjdę. - W pysku lisicy zalśniły rzędy kłów. - Pewnego dnia. Dziś jest ten dzień.
Geralt nie poruszył się. Na plecach czuł znajomy ciężar obu swych mieczy, ciężar, którego brakowało mu od miesiąca. Który zwykle dawał spokój i pewność. Dziś, w tej chwili, ciężar był tylko ciężarem.
— Przyszłam… — Aguara błysnęła kłami. - Sama nie wiem, po co przyszłam. By się pożegnać, może. Może by jej pozwolić pożegnać się z tobą.
Zza lisicy wyłoniła się szczupła dziewczynka w obcisłej sukience. Jej blada i nienaturalnie nieruchoma twarz wciąż jeszcze była na wpół ludzka. Ale chyba jednak już bardziej lisia niż ludzka. Zmiany zachodziły szybko.
Wiedźmin pokręcił głową.
— Wyleczyłaś… Ożywiłaś ją? Nie, to niemożliwe. A więc ona żyła tam, na statku. Żyła. Udawała martwą.
Aguara szczeknęła głośno. Potrzebował chwili, by pojąć, że to był śmiech. Że lisica się śmieje.
— Niegdyś mogłyśmy bardzo wiele! Iluzje magicznych wysp, tańczące na niebie smoki, wizje potężnej armii, zbliżającej się do murów miasta… Niegdyś, dawniej. Teraz świat się zmienił, nasze zdolności zmalały… a myśmy skarlały. Więcej w nas z lisic niż z aguar. Ale wciąż nawet najmniejsza, nawet najmłodsza lisica zdolna jest oszukać iluzją wasze prymitywne ludzkie zmysły.
— Po raz pierwszy w życiu — powiedział po chwili — rad jestem, że mnie oszukano.
— Nie jest prawdą, że wszystko zrobiłeś źle. A w nagrodę możesz dotknąć mojej twarzy.
Odchrząknął, patrząc na kończyste zębce.
— Hmm…
— Iluzje są tym, o czym myślisz. Czego się lękasz. I o czym marzysz.
— Słucham?
Lisica szczeknęła cicho. I odmieniła się.
Ciemne, fiołkowe oczy, płonące w bladej, trójkątnej twarzy. Kruczoczarne, sfalowane jak burza loki kaskadą opadają na ramiona, lśnią, odbijają światło jak pawie pióra, wijąc się i falując przy każdym poruszeniu. Usta, cudownie wąskie i blade pod pomadką. Na szyi czarna aksamitka, na aksamitce obsydianowa gwiazda, skrząca się i śląca wokół tysięczne refleksy…
Yennefer uśmiechnęła się. A wiedźmin dotknął jej policzka.
A wtedy suchy dereń zakwitł.
A potem powiał wiatr, targnął krzakiem. Świat zniknął za zasłoną wirujących białych płateczków.
— Iluzja — usłyszał głos aguary. - Wszystko jest iluzją.
* * *
Jaskier skończył śpiewać. Ale nie odkładał lutni. Siedział na złomku zwalonej kolumny. Patrzył w niebo.
Geralt siedział obok. Rozważał różne rzeczy. Różne rzeczy układał w sobie. A raczej próbował ułożyć. Snuł plany. W większości zupełnie nierealne. Obiecywał sobie różne rzeczy. Wątpiąc mocno, czy którejkolwiek z obietnic zdoła dotrzymać.
- Że też ty — odezwał się nagle Jaskier — nigdy nie pogratulujesz mi ballady. Tyle ich przy tobie ułożyłem i zaśpiewałem. A ty nigdy mi nie powiedziałeś: «Ładne to było. Chciałbym, byś zagrał to jeszcze raz». Nigdy tego nie mówiłeś.
— Zgadza się. Nie mówiłem, że chciałbym. Chcesz wiedzieć, dlaczego?
— Dlaczego?
— Bo nie chciałem.
— To aż takie wyrzeczenie? — nie rezygnował bard. - Aż taki trud? Powiedzieć: «Zagraj to jeszcze raz, Jaskier. Zagraj «Jak mija czas».
— Zagraj to jeszcze raz, Jaskier. Zagraj «Jak mija czas».
— Powiedziałeś to zupełnie bez przekonania.
— I co z tego? Przecież i tak zagrasz.
— A żebyś wiedział.
Migoce świeca,
ogień zgasł
Wiatr powiał zimny wyczuwalnie
I płyną dni
I mija czas
W ciszy i niezauważalnie
Jesteś wciąż przy mnie i wciąż nas
Coś łączy, acz nie idealnie
Bo płyną dni
Bo mija czas
W ciszy i niezauważalnie
Pamięć przebytych dróg i tras
Zostanie w nas nieodwołalnie
Choć płyną dni
Choć mija czas
W ciszy i niezauważalnie
Dlatego, miła, jeszcze raz,
Powtórzmy refren triumfalnie
Tak płyną dni
Tak mija czas
W ciszy i niezauważalnie
Geralt wstał.
— Czas w drogę, Jaskier.
— Tak? A dokąd?
— A nie wszystko jedno?
— W zasadzie tak. Jedźmy.
Na wzgórku bielały resztki budowli, zamienionej w ruinę na tyle dawno, że całkiem już zarosła. Bluszcz spowił mury, młode drzewka przebijały się przez rozpękłe posadzki. Była to — Nimue wiedzieć tego nie mogła — niegdyś świątynia, siedziba kapłanów jakiegoś zapomnianego bóstwa. Dla Nimue była to tylko ruina. Kupa kamieni. I drogowskaz. Znak, że idzie właściwą drogą.
Zaraz za wzgórkiem i ruinami gościniec rozwidlał się bowiem. Jeden szlak wiódł na zachód, przez wrzosowiska. Drugi, idący na północ, znikał w gęstym i ciemnym lesie. Zagłębiał się w czarnym gąszczu, tonął w ponurym mroku, rozpływał się w nim.
I to była jej droga. Na północ. Poprzez osławiony Sójczy Las.
Opowieściami, którymi próbowano przerazić ją w Ivalo, Nimue niezbyt się przejęła, podczas wędrówki miała z czymś takim do czynienia wielokrotnie, każda okolica miała swój straszny folklor, lokalne grozy i horrory, służące do napędzania stracha przejezdnym. Nimue była już straszona wodnicami w jeziorach, brzeginiami w rzeczkach, wichtami na rozstajach i upiorami na cmentarzach. Co drugi mostek miał być kryjówką trolli, co druga kępa krzywych wierzb czatownią strzygi. Nimue w końcu przywykła, spowszedniałe strachy przestały być straszne. Ale nie było sposobu, by opanować dziwny niepokój, ogarniający przed wstąpieniem w ciemny las, na dróżkę między kurhany we mgle czy ścieżkę wśród osnutych oparem bagien.
Teraz, przed ciemną ścianą lasu, też czuła ten niepokój, łażący mrówkami po karku i wysuszający usta.
Droga jest wyjeżdżona, powtarzała w myśli, cała w koleinach od wozów, zdeptana kopytami koni i wołów. Co z tego, że ten las wygląda strasznie, to żaden dziki ostęp, to uczęszczany szlak do Dorian, wiodący przez ostatni skrawek puszczy, który ocalał od siekier i pił. Liczni tędy jeżdżą, liczni tędy chodzą. Ja też przejdę. Nie boję się.
Читать дальше