Reszta popijała z kubków dymiący rosół, gapiąc się na Gordona z nie skrywanym zainteresowaniem. Niewątpliwie Johnny naopowiadał im różnych historii. Wyglądali na gotowych, wręcz palących się do walki.
Żaden z nich nie miał więcej niż szesnaście lat.
“Tyle zostało z naszej ostatniej nadziei” — pomyślał Gordon.
Ludzie ze środkowopołudniowej części Oregonu walczyli z surwiwalistami znad Rogue River od prawie dwudziestu lat. W ciągu ostatnich mniej więcej dziesięciu udało im się zatrzymać barbarzyńców w martwym punkcie. W przeciwieństwie do znanych Gordonowi mieszkańców północy, ranczerów i farmerów z okolic Roseburga nie osłabiły lata pokoju. Byli twardzi i dobrze znali nieprzyjaciela.
Mieli też prawdziwych wodzów. Gordon słyszał o pewnym człowieku, który odpierał jeden atak holnistów za drugim. Wszystkie załamywały się w krwawym chaosie. Niewątpliwie to właśnie było powodem, dla którego nieprzyjaciel ułożył nowy plan. Manewr był śmiały. Holniści ruszyli morzem i wylądowali w pobliżu Florence, daleko na północ od swych tradycyjnych wrogów.
Było to mistrzowskie posunięcie. Nie zostało już nic, co mogłoby ich powstrzymać. Farmerzy z południa przysłali z pomocą tylko dziesięciu chłopców. Dziesięciu chłopców.
Gdy Gordon się zbliżył, rekruci wstali. Przeszedł wzdłuż szeregu, pytając każdego o nazwisko i miasteczko, z którego pochodził. Ściskali z przejęciem jego dłoń. Każdy tytułował go “panem inspektorem”. Niewątpliwie wszyscy liczyli na najwyższy zaszczyt, na to, że zostaną listonoszami… urzędnikami państwa, którego nigdy nie znali, gdyż byli zbyt młodzi.
Gordon wiedział, że nic nie powstrzyma ich przed oddaniem za nie życia, nawet fakt, że owo państwo już nie istniało.
Zauważył Phila Bokuto, który siedział w kącie, strugając coś nożem. Czarny eks-komandos nie powiedział nic, Gordon widział jednak, że próbuje już ocenić południowców. Pochwalał jego postępowanie. Jeśli okaże się, że niektórzy z nich coś potrafią, zrobi się z nich zwiadowców, bez względu na to, co powie Dena i jej kobiety.
Wyczuł, że Dena patrzy na niego z tyłu pomieszczenia. Musiała wiedzieć, że dopóki będzie dowodził Armią Dolnego Willamette, nigdy nie zgodzi się na jej nowy plan.
Dopóki w jego ciele zostanie choć iskra życia.
Spędził kilka minut na rozmowie z rekrutami. Gdy po raz kolejny spojrzał w stronę drzwi, Deny już nie było. Być może poszła zawiadomić swą koterię kandydatek na Amazonki. Gordon był przygotowany na nieuniknioną konfrontację.
Gdy wrócił do stołu, Johnny Stevens dotknął nieprzemakalnej torby. Tym razem młodzieniec nie pozwolił się zbyć. Wyciągnął plik kopert, który przyniósł z tak daleka.
— Przykro mi, Gordon — mówił cicho. — Robiłem, co mogłem, ale po prostu nie chcieli mnie słuchać! Przekazałem twoje listy, ale…
Potrząsnął głową.
Gordon przerzucił odpowiedzi na prośby o pomoc, które napisał przeszło dwa miesiące temu.
— Wszyscy łaskawie zgodzili się przyłączyć do sieci pocztowej — dodał Johnny z ironią w głosie. — Nawet jeśli padniemy, zostanie jeszcze skrawek wolnego Oregonu gotowego na zjednoczenie z ojczyzną, gdy ta do nas dotrze.
Na pożółkłych kopertach Gordon rozpoznał nazwy miast otaczających Roseburg. Legenda niektórych z nich dotarła aż tutaj. Przejrzał część odpowiedzi. Były uprzejme. Opowieść o Odrodzonych Stanach Zjednoczonych wzbudzała ciekawość, a nawet entuzjazm. Nie było jednak żadnych obietnic. Ani żołnierzy.
— A co z George’em Powhatanem?
Johnny wzruszył ramionami.
— Wszyscy pozostali burmistrze, szeryfowie i szefowie w okolicy oglądają się na niego. Jeśli on czegoś nie zrobi, oni nie kiwną palcem.
— Nie widzę jego odpowiedzi.
Obejrzał już wszystkie listy.
Johnny potrząsnął głową.
— Powiedział, że nie ufa papierowi, Gordon. Zresztą jego odpowiedź składała się tylko z dwóch słów. Poprosił mnie, żebym przekazał ci ją osobiście. — Głos Johnny’ego załamał się. — Kazał ci powiedzieć: “Przykro mi”.
Gdy późnym wieczorem Gordon wrócił do pokoju, nad progiem zauważył smugę światła. Zawahał się z dłonią uniesioną nad klamką. Wyraźnie pamiętał, że zdmuchnął świece, nim udał się na rozmowę z Cyklopem.
Nim zdążył otworzyć drzwi, delikatny zapach kobiety rozwiał tajemnicę. Ujrzał Denę leżącą na jego łóżku z nogami pod kołdrą. Miała na sobie luźną koszulę z białego, ręcznie tkanego materiału. W rękach trzymała książkę, na którą padało światło stojącej przy łóżku świecy.
— To szkodzi na oczy — powiedział. Rzucił na biurko pełną listów torbę, którą dostał od Johnny’ego.
— Zgadzam się — odparła Dena, nie podnosząc wzroku znad książki. — Czy mogę ci przypomnieć, że sam cofnąłeś ten pokój do epoki kamiennej, podczas gdy reszta budynku jest zelektryfikowana? Przypuszczam, że wam, przedwojennym facetom, ciągle jeszcze roi się w głupich łbach, że blask świec jest romantyczny, czy coś w tym rodzaju. Mam rację?
Gordon nie był właściwie pewien, dlaczego wykręcił żarówki w swym pokoju i zabezpieczył je starannie. W ciągu pierwszych tygodni pobytu w Corvallis ściskało go w gardle z radości, gdy tylko miał okazję nacisnąć włącznik, aby elektrony zaczynały płynąć, tak jak to robiły w dniach jego młodości.
Teraz, przynajmniej we własnym pokoju, nie mógł znieść słodyczy takiego światła.
Zmoczył wodą szczoteczkę do zębów, a potem posypał ją sodą.
— Masz dobrą, czterdziestowatową żarówkę we własnym pokoju — przypomniał jej. — Mogłaś sobie tam poczytać.
Dena zignorowała uszczypliwą uwagę. Uderzyła otwartą dłonią w rozłożone karty książki.
— Nie rozumiem tego! — oznajmiła z irytacją. — Według tej książki Ameryka przeżywała tuż przed wojną zagłady renesans kultury. Oczywiście mieli Nathana Holna, który głosił swą obłąkaną doktrynę supermachismo — i były też problemy ze słowiańskimi mistykami za granicą — ale, ogólnie rzecz biorąc, były to wspaniałe czasy! W sztuce, muzyce, nauce, wszystko zdawało się ze sobą łączyć. A mimo to, te ankiety przeprowadzone pod koniec stulecia mówią, że większość amerykańskich kobiet w owych czasach nadal nie ufała technice! Nie mogę w to uwierzyć! Czy to prawda? Czy wszystkie były idiotkami?
Gordon splunął do umywalki i spojrzał na okładkę książki. Widniał na niej jaskrawy, holograficzny napis:
KIM JESTEŚMY:
PORTRET AMERYKI LAT DZIEWIĘĆDZIESIĄTYCH
Strząsnął ze szczoteczki do zębów krople wody.
— To nie było takie proste, Deno. Przez tysiąclecia technikę uważano za dziedzinę męską. Nawet w latach dziewięćdziesiątych kobiety stanowiły tylko niewielki odsetek inżynierów i uczonych, choć było coraz więcej diabelnie zdolnych…
— To nieważne! — przerwała mu. Zamknęła z trzaskiem książkę i potrząsnęła z emfazą jasnobrązowymi włosami. — Liczy się to, kto odnosi korzyści! Nawet jeśli technika była przede wszystkim męską dziedziną, pomagała kobietom znacznie bardziej niż mężczyznom! Porównaj Amerykę swoich czasów z dzisiejszym światem i powiedz mi, że nie mam racji.
— Obecne czasy to piekło dla kobiet — zgodził się. Uniósł dzban i polał wodą ręcznik. Czuł się bardzo zmęczony. — Życie jest dla nich jeszcze gorsze niż dla mężczyzn. Brutalne, bolesne i krótkie. Do tego, mówię to ze wstydem, pozwoliłem, byś namówiła mnie do powierzenia dziewczynom najgorszych, najbardziej niebezpiecznych…
Читать дальше