— Zamierzasz się opanować? — Jody zapytał Herzera, uwalniając go.
— Tak — powiedział chłopak, potrząsając głową i odrywając poszarpaną skórę z pęcherzy. Minęła dopiero połowa ranka, a już był piekielnie głodny. Ominięcie obiadu będzie bolesne. — Aleja tego nie zacząłem.
— Jeśli masz problem, przychodzisz do mnie — oznajmił Jody. — Nie zaczynasz walki.
— Próbowałem tylko…
— Nie wywołujesz walki. — Jody zmarszczył się groźnie. — Przychodzisz do mnie.
— Dobrze, przychodzę do pana — cicho odparł Herzer, odwracając się w stronę szefa. — Nie dbam o to, do czego mnie pan zagoni, ale nie zamierzam ścinać tego cholernie wielkiego drzewa z tym bezużytecznym dupkiem.
— Do diabła z tobą, gnojku — wrzasnął Earnon, rzucając się na niego.
— Dość tego! — krzyknął Jody, wchodząc między nich. — Uważaj, co mówisz, Herzer. Dobra, jeśli nie potraficie pracować razem, w porządku. — Rozejrzał się wokoło i potrząsnął głową, widząc, że zamarła wszelka praca w grupie. — Czy to wygląda na uliczne przedstawienie? — krzyknął. — Co wy jesteście, banda minstreli, żeby siedzieć cały dzień na tyłkach? Wracać do pracy! — Potem machnął na jednego z mężczyzn. — Tempie, chodź tutaj.
Odczekał, aż młody mężczyzna podszedł i skinął na Herzera.
— Jeśli nie potrafisz pracować w parze, idź ścinać konary.
— Potrafię pracować w parze… — gorąco zaczął Herzer.
— Idź — nakazał Jody, wskazując na upuszczony przez Tempiego topór.
Herzer już bez słowa podszedł do topora i zabrał się za odrąbywanie opuszczonego przez chłopaka konara.
Topór miał szeroką i zaokrągloną głowicę zamocowaną na okrągłym trzonku. Zaprojektowano go bardziej jak topór bojowy niż narzędzie do rąbania drewna, ale został dostatecznie naostrzony i każde z wściekłych uderzeń Herzera odłupywało kawałek gałęzi. Drzewo, którym się zajmował, było takiej samej wielkości co pozostałe, ale zamiast szeroko rozpostartych gałęzi, miało je dość krótkie i gęste. Mimo wszystko u podstawy były grube i wymagały sporej dawki rąbania. I Herzer bardzo się z tego cieszył, ponieważ dało mu to możliwość spalenia swojej wściekłości na niesprawiedliwość świata. Nie potrafiąc pozbyć się gniewu, umieszczał cios za ciosem w gałęzi, aż odrywała się od pnia, po czym natychmiast zabierał się do następnej. W miarę jak pracował, rytm uderzeń i fizyczne zmęczenie ciężkim wysiłkiem w narzuconym sobie tempie spalały gniew i stopniowo zaczął odzyskiwać równowagę i myśleć trzeźwo o incydencie, zamiast tylko wściekać się na niesprawiedliwość wyroku.
— Musisz trochę zwolnić, bo się zabijesz — powiedziała Courtney, podchodząc do niego od tyłu.
Kiedy to mówiła, topór odbił się bokiem i o milimetry minął jego nogę, więc ustawił go z powrotem na linii i odłożył, dysząc.
— Masz rację — przyznał, odwracając się.
Niektóre z kobiet zaczęły pomagać przy ścinaniu, ale większa masa mięśniowa mężczyzn szybko udowodniła, że potrafili robić to szybciej i dłużej. Z drugiej strony dwie kobiety wciąż pracowały, jakby chcąc dowieść, że były tak samo dobre albo i lepsze niż którykolwiek z mężczyzn. Jedną z nich była Deann Allen, która na wszystko rzucała się z taką furią, jak Herzer na drzewo, a drugą Karlyn Karakas, która musiała przejść jakieś poważne przeróbki ciała, miała ponad dwa metry wzrostu i budowę jak mężczyzna kulturysta. Deann była znacznie mniejsza, ale bardziej agresywna w pracy, wydawało się, że jest potężnie przewrażliwiona na tym punkcie, a ponieważ ociosywała gałęzie równie dobrze, jak którykolwiek z mężczyzn, Jody nawet nie próbował sugerować, żeby to zostawiła.
Pozostałe trzy kobiety: Courtney, Nergui Slovag i Hsu Shilan wzięły na siebie lżejsze obowiązki. Odciągały na bok odrąbane gałęzie i zbierały je na stos, przynosiły narzędzia, wciskały kliny i roznosiły wodę.
Dlatego właśnie Courtney podała mu gliniany kubek w połowie napełniony wodą.
Potrząsnął głową, wypił wodę i zapatrzył się na kubek. Był kiepsko wykonany i widać było na nim odciski palców utrwalone we wnętrzu przez wypalanie. Jego brzeg już był pęknięty i lekko przeciekał, tak więc trzymającą go dłoń zwilżała sącząca się woda.
Dokładnie w tej chwili dotarła do niego rzeczywistość i przez chwilę myślał, że się załamie i zacznie płakać. Naprawdę tu był i musiał pracować albo głodować. I nigdy, przenigdy już nie wróci. Nagle, desperacko zapragnął zobaczyć swoją małą chatkę w lesie. Nigdy nie była dla niego niczym więcej niż tylko miejscem, gdzie spał i trzymał kilka cennych rzeczy. Ale zapragnął położyć się w swoim łóżku i żeby dżinn przyniósł mu szklankę piwa i duży stek. Chciał, żeby to wszystko okazało się tylko dziwnym snem i żeby się skończyło.
— Wyglądasz, jakby ktoś zabił ci psa — zauważyła Courtney. — Ta woda jest aż taka zła?
— Nie. — Herzer spróbował nie pociągać nosem. — Nie. Po prostu… właśnie nagle uświadomiłem sobie, że to wszystko. Że to właśnie będę robił przez resztę życia!
— No cóż, miejmy nadzieję, że nie to — radośnie odpowiedziała Courtney, potem poważnie kiwnęła głową. — Ale… tak.
— Ja tylko… — Herzer przerwał i potrząsnął głową. — Nieważne. Dzięki za wodę.
— PRZERWA OBIADOWA! — zawołał Jody, uderzając o siebie dwoma kawałkami metalu. Machnął w stronę Herzera. — Możesz sobie zrobić przerwę na czas obiadu.
— Czemu? — zapytał Herzer, wzruszając ramionami i podnosząc z powrotem topór. — Będę dalej pracował.
Jody przyglądał mu się przez chwilę z enigmatycznym wyrazem twarzy, potem kiwnął głową i skierował się do kotła dymiącego nad ogniskiem.
— To niesprawiedliwe — żywo zaprotestowała Courtney. — Nie ty to zacząłeś.
— Wiem. — Herzer splunął na dłonie i rozprowadził ślinę po krwawiących pęcherzach. — Ale wydaje mi się, że chyba to rozumiem.
— Co, stwierdzenie, że nie możesz jeść! Bo narzekałeś na tego bezużytecznego dupka? — zapytał Mike, podchodząc.
— Z powodu tego, jak chciałem to załatwić — odpowiedział Herzer, wyprowadzając pierwsze uderzenie w następną gałąź. — Nikt z nas nigdy nie musiał pracować, żeby żyć. Musimy się nauczyć jak. Również, jak pracować w grupie. Jody ma ciężkie zadanie i jedyny sposób, w jaki może je wypełnić, to być ostrym.
— Cóż, wkurzył dzisiaj sporo ludzi — podchwyciła Courtney, patrząc w stronę miejsca, gdzie na nadzorcę gromy ciskał Earnon. Było jasne, że mężczyzna nie potrafił uwierzyć, że nie dostanie posiłku.
— Wiem, Earnon już zaskarbił sobie przyjaciół. — Herzer pokiwał głową.
— Och, to nie to — zaprotestowała dziewczyna. — Przypuszczam, że kilku z nich nie podoba się to z jego powodu. Ale większość z nas jest wkurzona, że ty się w to dostałeś. To Earnon jest problemem, nie ty.
— Och — powiedział Herzer. — Och. Dzięki.
— Musimy iść zjeść — stwierdził Mike, ujmując Courtney za ramię. — Herzer, możemy ci trochę zostawić…
— Jeśli Jody się dowie, pewnie ukarze i was oboje — odmówił Herzer, potrząsając głową. — Idźcie jeść.
Mniej więcej w połowie popołudnia Herzer zataczał się ze zmęczenia i głodu. Wciąż odrąbywał gałęzie z pni i robił to w całkiem dobrym tempie, ale nie wiedział, jak długo jeszcze będzie w stanie funkcjonować. Ramiona miał jak z ołowiu i szumiało mu w głowie. Co jakiś czas zaczynał się chwiać i uderzenia topora nie lądowały już tam, gdzie celował.
Читать дальше