John Ringo - Tam będą smoki

Здесь есть возможность читать онлайн «John Ringo - Tam będą smoki» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 2005, ISBN: 2005, Издательство: ISA, Жанр: Фантастика и фэнтези, Боевая фантастика, Фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Tam będą smoki: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Tam będą smoki»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Akcja powieści osadzona jest kilka tysiącleci w przyszłość, kiedy to ludzie żyją w stworzonej przez siebie utopii. Pojęcia takie jak praca czy ubóstwo dawno zostały zapomniane, a dzięki niezwykle zaawansowanej technologii medycznej, ludzie żyją po kilkaset lat i dowolnie formują swoje ciała przyjmując postać zwierząt czy wyimaginowanych stworzeń. Ich jedynym zmartwieniem jest wyszukiwanie coraz to nowszych rozrywek, m.in. poprzez toczenie potyczek z orkami w wirtualnej rzeczywistości czy też uprawianie rekreacjonizmu, czyli odtwarzanie sposobu życia w wybranym okresie historycznym.

Tam będą smoki — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Tam będą smoki», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Po lunchu do jego grupy podszedł młody mężczyzna, prawdopodobnie o kilka lat starszy od niego i Deann, ale nie dało się tego określić dokładnie. Niespotykanie wysoki, wyższy od Herzera, co było niezwykłe, i muskularny, z nogami wyglądającymi jak pnie drzew. Mężczyzna na głowie nosił ciężki hełm nie zasłaniający twarzy, elastyczną zbroję, nabijany metalem skórzany kilt, nagolenice i ciężkie skórzane buty. Przyjrzał się grupie i gestem nakazał im wstać.

— Jestem sierżant Greg Donahue — przedstawił się. — Będziecie się do mnie zwracać: „sierżancie Donahue”. Nie będę reagował na „hej, ty” ani „Greg”. Mam nadzieję, że wszyscy najedliście się i napili, ponieważ czeka nas trochę pracy. Chodźcie za mną.

Poprowadził ich przez plac, na którym kolejne grupy szykowały się do egzaminu łuczniczego, a potem na zachód, w stronę wzgórz otaczających dolinę, aż dotarli do podstawy wysokiego wzgórza, które musiało znajdować się blisko rzeki. Na ziemi leżało sporo skórzanych plecaków ułożonych w równy rządek. Od strony wzgórza stał jeszcze jeden, oddzielnie. Młody mężczyzna podszedł do niego i odwrócił się w ich stronę.

— Wszyscy zajmą miejsca przy jednym z plecaków — polecił, stając przy swoim z rozstawionymi lekko stopami i dłońmi złożonymi za plecami. Odczekał, aż wszyscy ustawili się przy pakunkach i odchrząknął.

— Miasto to nazywa się Raven’s Mill. Jednak, jako że kruki raczej nie mieszkają w tej okolicy, rodzi się pytanie: czemu? Kiedyś w tym rejonie żył człowiek, który próbował stworzyć mówiące kruki, takie, które posiadałyby prawie ludzką inteligencję. Z czasem zrezygnował i uwolnił ptaki. Większość z nich zginęła, ale kilka twardszych osobników przetrwało. Miały skłonność do trzymania się w okolicy tego wzgórza i z czasem zaczęto je nazywać Kruczym Wzgórzem. Edmund Talbot, kiedy tu zamieszkał, znał tę historię i nazwał miejsce po krukach, które do tego czasu całkowicie wyginęły. Jednak mistrz Edmund lubi to wzgórze z tego samego powodu co kruki. Z jego szczytu widać wszystko wokół na mile. W ramach ćwiczeń zbudował więc wiodące na szczyt wzgórza schody. Dokładnie czterysta dwadzieścia trzy stopnie. W górę. W dół schodzi trzysta siedemdziesiąt cztery, jako że prowadzą nieco inną drogą. — Przerwał i skinął głową komuś za grupą.

Herzer odwrócił się odruchowo i zobaczył mężczyznę, który stał przy zapisie rekrutów. Łatwiej było mu się teraz przyjrzeć i Herzer uświadomił sobie, że tamten musi być przynajmniej w tym samym wieku co Edmund Talbot. Był wysoki i szczupły, z zimnymi, szarymi oczami, ubrany w taki sam strój jak sierżant Donahue.

Herzer gwałtownie odwrócił głowę, gdy tamten warknął ostro.

— PATRZEĆ PRZED SIEBIE!

Sierżant Donahue kiwnął głową i kontynuował.

— Sprawdzimy wasze zdolności w zakresie najważniejszej umiejętności piechoty: marszu. Zostaliście już zbadani pod kątem odpowiedniej siły górnej połowy ciała, a później sprawdzimy, czy dysponujecie odpowiednim rodzajem ukierunkowanej agresywności, by nadawać się na liniową piechotę. A jeśli wam jej braknie, to albo jej was nauczymy, albo zwolnimy. Ale na razie musimy wiedzieć, czy potraficie nadążyć. Z obciążeniem. — Ponuro kiwnął głową w stronę ludzi, do których zaczynało docierać znaczenie jego słów. — A więc gdybyście łaskawie zechcieli podnieść plecaki i upewnić się, że dobrze pasują. Będę nadawał tempo. Ktokolwiek pozostanie za starszym sierżantem Rutherfordem zostanie zdyskwalifikowany.

Herzer podniósł plecak i umieścił go sobie na grzbiecie, dopasowując skórzane paski najlepiej jak mógł. Miały sprzączki, ale bardzo trudno było nimi manewrować przy założonym plecaku, więc zdjął go, zmienił ustawienia, a potem założył z powrotem. Plecak był ciężki jak diabli, ważył prawdopodobnie sześćdziesiąt do osiemdziesięciu kilogramów. Spojrzał pod górę i nagle pożałował nawet tego skromnego posiłku, jaki im dano.

Gdy ostatni plecak został już założony, Donahue kiwnął głową i przeszedł się przez grupę, sprawdzając dopasowanie. Poprawił jeden czy dwa, a potem wrócił na swoje miejsce.

— Zaczniemy od marszu po płaskim, więc wszyscy będą mogli się przyzwyczaić do obciążenia, a potem zobaczymy, czy dacie sobie radę ze wzgórzem.

Ustawił ich w dwuszeregu i powiódł z powrotem w stronę głównego obozu, trzymając się nieco bardziej wyrównanych dróg. Doszli prawie do strumienia płynącego przez środek obozu, a potem skręcili na szlak wzdłuż podstawy północnych wzniesień. Ten poprowadził po łuku z powrotem do miejsca, z którego wyruszyli, i Herzer po raz pierwszy rzucił okiem na schody. Zdawały się wznosić pionowo w górę.

— Pojedynczy szereg, trzymać się blisko, za mną — szczeknął Donahue, wstępując na pierwszy stopień.

Herzer był mniej więcej w jednej trzeciej od końca i gdy doszedł do schodów, spojrzał w górę i zakręciło mu się w głowie, stopnie zdawały się chwiać i na moment stracił orientację.

— Patrzeć na schody! — zawołał głos z tyłu.

Bojąc się, że wstrzyma kolumnę za nim, Herzer opuścił głowę i zaczął się wspinać.

Tempo było koszmarne, a do szczytu wzgórza wiodła długa droga. Zanim przeszedł choć jedną trzecią, spocił się cały i znów dyszał, ciężko walcząc z masą swojego ciała i plecaka. Ledwie zauważył pierwszego rekruta, który się zatrzymał, ale kiedy następny zablokował mu drogę, wpadł na nich, prawie wywracając obu.

— Zejdźcie z cholernej drogi-warknął, obchodząc ich i przyspieszając, żeby dojść do grupy przed nimi. Nagle, gdy dogonił kolejną osobę w rzędzie, grupa zatrzymała się i prawie się wywrócił, unikając kolejnego zderzenia, a potem marsz zaczął się znów, szybciej niż dotąd, i musiał się pospieszyć, żeby nadążyć. Miał wrażenie, że nogi pochłania mu ogień, a kiedy się rozejrzał, zdał sobie sprawę, że przeszli zaledwie połowę.

Trwało to i trwało, co chwila też dochodziło do chwilowych zatrzymań, gdy kolejni rekruci odpadali po drodze, dysząc i trzymając się za boki. Herzer czuł narastający ból w boku, ale siłą woli stłumił go i skupił się na utrzymaniu równomiernego oddechu i nadążaniu za idącą przed nim osobą. Nagle ta też zrezygnowała i Herzer zdał sobie sprawę, że ma przed sobą olbrzymią przerwę. Spróbował dogonić idącego przed nim, ale ledwie mógł utrzymać dotychczasowe tempo. Nie odważył się spojrzeć w tył, wiedząc, że gdzieś za nim szedł ten szarooki drań o kamiennej twarzy, pewnie z nadzieją, że i on odpadnie.

Zaczynał powoli widzieć na szaro, a pot spływał mu po twarzy tak mocno, że nawet nie zauważył, gdy zabrakło kolejnego stopnia. Zatoczył się do przodu z wiatrem wiejącym w twarz, ale został złapany i wolno opuszczony na ziemię.

— Odpocznij — powiedział Donahue spokojnym głosem, najwyraźniej nawet nie zdyszany. Herzer spojrzał na niego i stwierdził, że sierżant się prawie nie spocił. — Masz w plecaku wodę. Wypij ją.

Herzer kiwnął głową i wysunął ramiona z pasków, rozglądając się, gdy znów zaczął wyraźniej widzieć. Znajdowali się na polance na niższym szczycie wzgórza, ze wspaniałym widokiem na rzekę po jednej stronie i Raven’s Mill po drugiej. Oprócz schodów, którymi tu przyszli, były kolejne, prowadzące jeszcze wyżej. Donahue i mężczyzna, którego przedstawiono jako starszego sierżanta, stali po drugiej stronie polanki, rozmawiając. Oprócz nich na szczycie znajdowały się jeszcze tylko trzy osoby. Jedną z nich była Deann, zgięta w pół i wymiotująca. Herzer niezgrabnie podniósł się na nogi i palcami, które sprawiały wrażenie, jakby były wielkości melonów zaczął rozpinać plecak. W końcu mu się to udało i wyciągnął z niego bukłak. Napił się, najpierw ostrożnie, a potem mocno pociągnął wody zmieszanej z winem.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Tam będą smoki»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Tam będą smoki» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Tam będą smoki»

Обсуждение, отзывы о книге «Tam będą smoki» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.