— Nebogipfelu? Czy nadal mnie słyszysz?
— Jestem tutaj.
— Co się dzieje? Czy znów podróżujemy w czasie?
— Nie — zaprzeczył. W jego bezcielesnym głosie nadal pobrzmiewała nuta szalonej radości, wręcz triumfu.
— A więc co? Co się z nami dzieje?
— Nie widzisz? Nie rozumiesz? Wykroczyliśmy poza nukleację. Dotarliśmy do granicy. I...
— Tak?
— Wyobraź sobie wielorakość jako powierzchnię — powiedział. — Wielorakość jako całość jest gładka, zamknięta i niczym się nie wyróżniająca, to kula. A historie przypominają południki, które łączą bieguny tej kuli...
— I statki czasu dotarły do jednego bieguna.
— Tak. Do punktu, w którym zbiegają się wszystkie południki. I dokładnie w tamtej chwili nieskończonych możliwości Konstruktorzy uruchomili silniki nieliniowości... Konstruktorzy przebyli historie — ciągnął. — Wraz z nimi podążyliśmy ścieżkami urojonego czasu, ścieżkami biegnącymi w poprzek całej powierzchni kuli wielorakości, aż dotarliśmy do tej nowej historii...
Teraz chmara Konstruktorów — wydawało mi się, że są ich miliony — rozproszyła się niczym iskry dziecięcych fajerwerków. Wyglądało to tak, jakby Konstruktorzy próbowali wypełnić niedawno powstałą próżnię światłem i świadomością, które przynieśliśmy z innego kosmosu. I gdy ten nowy wszechświat się rozrastał, poświata stworzenia przemieniła się w gęstą ciemność.
To był ostateczny rezultat — logiczne zakończenie — moich badań nad właściwościami światła, a także zniekształcenia ram czasoprzestrzeni, które się z tym wiązało. Uświadomiłem sobie, że to wszystko — nawet zapaść wszechświata i ta wielka wędrówka przez historie — było nieuchronnym efektem moich eksperymentów, budowy mojego pierwszego, kochanego wehikułu z mosiądzu i kwarcu...
Doprowadziło to do przejścia umysłu z jednego wszechświata do drugiego.
— Ale dokąd dotarliśmy? Co to za historia? Czy jest taka jak nasza?
— Nie — odparł Nebogipfel. — Nie jest taka jak nasza.
— Czy będziemy mogli tu żyć?
— Nie wiem... — odrzekł. — Nie była przeznaczona dla nas. Pamiętaj, że z całej nieskończonej gamy możliwości, która stanowi wielorakość, Konstruktorzy odszukali wszechświat, który jest dla nich optymalny.
— Tak, tylko jak Konstruktor rozumie tę optymalność?
Wyobraziłem sobie mgliście niebo — miejsce pokoju, bezpieczeństwa, piękna, światła — ale wiedziałem, że te wyobrażenia są beznadziejnie antropomorficzne.
Teraz zobaczyłem nowe światło, które rozproszyło ciemności wokół nas. Najpierw pomyślałem, że to odblask ognistej kuli, którą widziałem na początku czasu, ale był zbyt łagodny, zbyt uporczywy. Bardziej przypominał światło gwiazd...
— Konstruktorzy nie są ludźmi — powiedział Morlok. — Ale są spadkobiercami ludzkości. I śmiałość ich udanego przedsięwzięcia jest zdumiewająca. Spośród wszystkich niezliczonych możliwości Konstruktorzy wyszukali ten jeden jedyny wszechświat, który jest nieskończony i wieczny, w którym ta granica na początku czasu została zepchnięta w nieskończoną przeszłość.
— Wyszliśmy poza nukleację, do granicy samej czasoprzestrzeni — podsumowałem. — I odziedziczone po małpie ręce wyciągnęły się w kierunku istniejącej tam osobliwości i odepchnęły ją!
Światło zaczęło buchać z otaczającej mnie ciemności i wszędzie zapalały się gwiazdy. Wkrótce całe niebo płonęło tak jasno, jak powierzchnia Słońca.
Nieskończony wszechświat!
Równie dobrze moglibyście spojrzeć — przez powłokę przesyconych dymem chmur nad Londynem — na gwiazdy, które wytyczają granice sklepienia niebieskiego. To wszystko jest takie ogromne, takie niezmienne, że z łatwością można przypuścić, iż kosmos jest nieskończony i wieczny.
Ale to jest niemożliwe. Aby zrozumieć dlaczego, wystarczy tylko postawić zdroworozsądkowe pytanie: „Dlaczego nocne niebo jest ciemne?”
Gdyby wszechświat był nieskończony, z gwiazdami i galaktykami rozmieszczonymi w całej nieskończonej próżni, to patrząc w dowolnym kierunku, musielibyście widzieć promień światła dochodzący z powierzchni gwiazd. Całe nocne niebo jarzyłoby się tak jasno jak Słońce...
Konstruktorzy rzucili wyzwanie ciemności samego nieba.
Obraz przed moimi oczami cechował się bezlitosną ostrością. Nie było tam ani łagodnego blasku, ani atmosfery, tylko nieskończona jaskrawość nakrapiana niezliczonymi wyraźnymi punkcikami i plamkami światła. Wydawało mi się, że gdzieniegdzie dostrzegam konkretne wzory i cechy charakterystyczne — konstelacje złożone z jaśniejszych gwiazd na jednorodnym tle — ale byłem tak oślepiony, że nie mogłem nigdy powtórnie dojrzeć tego samego wzoru.
Towarzyszące mi iskry plattnerytowego światła, które widziałem nad i pod sobą — Konstruktorzy, a wśród nich Nebogipfel — oddaliły się ode mnie jak błyszczące zieloną barwą fragmenty snu. Zostałem sam. Nie czułem strachu, nie było mi niewygodnie. Drgania, których doświadczyłem w okresie nieliniowości, ustały, i straciłem poczucie miejsca, czasu oraz trwania...
Potem jednak — po czasie, którego nie potrafiłem zmierzyć — dostrzegłem, że już nie jestem sam.
Na tle światła gwiazd uformowała się przede mną postać, jakby przed moimi oczami ustawiono przezrocze. Najpierw stanowiła zwykły cień na tle wszechobecnego, oślepiającego blasku — z początku nie byłem pewien, czy tam w ogóle coś jest z wyjątkiem urojonych wytworów mojej rozgorączkowanej wyobraźni — ale w końcu przybrała trwały kształt.
Była to kula, na pozór żywego ciała, która tak jak ja tkwiła zawieszona w przestrzeni. Oceniłem, że znajduje się osiem do dziesięciu stóp ode mnie (gdziekolwiek i czymkolwiek byłem) i jest szeroka na jakieś cztery stopy. Z dolnej części kuli zwisały macki. Usłyszałem cichy szmer. Stwór pozbawiony był nozdrzy, miał mięsisty dziób i dwie olbrzymie powieki, które teraz uniosły się jak kurtyny, odsłaniając oczy — ludzkie oczy! Utkwił we mnie wzrok.
Oczywiście, rozpoznałem go. Należał do stworzeń, które nazwałem Obserwatorami. Był jedną z tych tajemniczych wizji, które nawiedzały mnie podczas moich podróży w czasie.
Stwór przybliżył się do mnie. Wyciągnął macki i zobaczyłem, że jego palce mają połączenia przegubowe i tworzą dwie garście podobne do zniekształconych, wydłużonych rąk. Macki nie były miękkie i bezkostne jak u kałamarnicy, lecz połączone wieloma stawami i wydawały się zakończone paznokciami lub kopytami — właściwie przypominały ludzkie palce.
Po chwili wydało mi się, że Obserwator mnie unosi. Pomyślałem z desperacją, że to nie może być rzeczywistością, gdyż ja już nie byłem rzeczywisty, czyż nie? Byłem punktem świadomości. Nie miałem ciała, które można by w ten sposób podnieść...
A jednak czułem się tulony przez niego — dziwnie bezpieczny.
Wiszący przede mną Obserwator wydawał się ogromny. Jego ciało było gładkie i pokryte delikatnymi, puszystymi włosami. Miał olbrzymie, błękitne oczy, które piękną, złożoną budową dorównywały oczom człowieka. Teraz mogłem nawet wyczuć jego zapach. Roztaczał delikatny, zwierzęcy zapach piżmowy, podobny do woni mleka. Zdziwiło mnie, jak bardzo Obserwator przypomina człowieka. Może wam się to wydawać dziwne, ale kiedy byłem tak blisko bestii i tkwiłem zawieszony w tamtym chaotycznym bezmiarze, jej wspólne cechy z formą ludzką były bardziej uderzające od rażących różnic. Nabrałem przekonania, że Obserwator naprawdę jest człowiekiem: być może zniekształconym przez ogromne okresy ewolucyjnego czasu, lecz w jakiś sposób spokrewnionym ze mną.
Читать дальше