— Teraz płazy wracają do mórz — wyjaśnił Nebogipfel — a ich prototypowe kończyny zanikają. Ale na lądzie nadal istnieją owady i inne bezkręgowce: stonogi, roztocza, pająki i skorpiony...
— Niezbyt to gościnne miejsce — zauważyłem.
— Są też olbrzymie ważki i inne cuda. Świat nie jest pozbawiony piękności.
Teraz ląd zaczął tracić swą zieloność — pewnego rodzaju blada brązowość przelazła przez wycofującą się falę życia — i domyśliłem się, że mijamy okres, kiedy na lądzie pojawiły się pierwsze rośliny liściaste. Niebawem powierzchnia Ziemi przekształciła się w jednolitą masę w kolorze brązu i mętnej niebieskości. Wiedziałem, że życie nadal istnieje w morzach, ale przybiera coraz prostsze formy, a całe rasy znikają w łonie historii: najpierw są ryby, następnie mięczaki, a potem gąbki, meduzy i dżdżownice... W końcu uświadomiłem sobie, że w ciemnych morzach muszą pozostawać jedynie cienkie, zielone wodorosty, które starają się przetworzyć światło słoneczne w tlen. Ziemia była jałowa i skalista, a atmosfera zrobiła się gęsta, zabarwiona przez szkodliwe gazy na żółto i brązowo. W jednej chwili na Ziemi wybuchnęły wielkie pożary. Gęste chmury zasnuły glob, a morza cofnęły się jak wysychające kałuże. Ale chmury nie istniały zbyt długo. Atmosfera coraz bardziej się rozrzedzała, aż w końcu zniknęła. Odsłonięta skorupa jarzyła się jednorodną, matową czerwienią, z wyjątkiem miejsc, gdzie wielkie pomarańczowe rany otwierały się i zamykały jak usta. Nie było żadnych mórz, żadnych różnic między lądem i oceanem. Istniała tylko ta nieskończona, zmaltretowana skorupa, nad którą unosiły się uważnie spoglądające i pełne wdzięku statki czasu.
W następnej chwili blask skorupy stał się jaśniejszy — nieznośnie jasny — i wraz z eksplozją jarzących się odłamków młoda Ziemia zatrzęsła się na swej osi, zadrżała i rozpadła się na kawałki!
Wyglądało to tak, jakby niektóre z tych odłamków przeszły pędem przeze mnie. Błyszcząca skała przedarła się przez moją świadomość i pomknęła w przestrzeń kosmiczną.
A potem to wszystko się skończyło! Teraz było tylko Słońce... i bezkształtna, wirująca tarcza, która kręciła się wokół lśniącej gwiazdy.
Przez naszą chmarę statków czasu przetoczyła się fala, jakby odwrotne zrastanie się Ziemi wywołało fizyczny wstrząs, który przeszedł przez tamtą rozproszoną armadę.
— To dziwny okres, Nebogipfelu — powiedziałem.
— Rozejrzyj się...
Zrobiłem tak i zobaczyłem na całym niebie kilka gwiazd — może tuzin — które robiły się coraz jaśniejsze. Teraz gwiazdy utworzyły pewien szyk, rozsianą na niebie formację, choć nadal były tak daleko, że stanowiły jedynie punkty świetlne. Wydawało się, że wiązki gazów skupiają się w chmurę, rozproszoną na niebie i spowijającą ten zbiór gwiazd.
— To prawdziwi towarzysze Słońca — powiedział Nebogipfel. — Jego rodzeństwo, jeśli wolisz: gwiazdy, które dzieliły ze Słońcem pierwotną chmurę. Kiedyś tworzyły skupisko tak jasne i zwarte jak plejady... ale grawitacja nie utrzyma ich w kupie i rozejdą się przed narodzinami życia na Ziemi.
Bezpośrednio nad moją głową rozbłysła jedna z młodych gwiazd. Tak się rozszerzyła, że utworzyła tarczę, lecz wkrótce stała się bardziej czerwona i słabsza... aż wreszcie zgasła, a blask tamtej części chmury zniknął.
Teraz kolejna gwiazda, prawie naprzeciwko tamtej pierwszej, przeszła ten sam cykl: błysk, po którym nastąpiło rozszerzenie się w jaskrawą, purpurową tarczę, a potem śmierć.
Musicie sobie wyobrazić, że całe to wspaniałe widowisko odbywało się w całkowitej ciszy.
— Jesteśmy świadkami narodzin gwiazd — powiedziałem — ale w odwrotnym kierunku.
— Tak. Embrionalne gwiazdy rozpalają swoją narodzinową chmurę gazową — takie mgławice to piękny widok — ale po gwiezdnym zapłonie lżejsze gazy uciekają od gorąca, pozostawiając jedynie cięższy gruz...
— Gruz, z którego powstają światy — dokończyłem.
— Tak.
Teraz — tak szybko! — nadeszła kolej na Słońce. Nastąpił niepewny błysk żółtobiałego światła, oślepiający blask, który odbił się od plattnerytowych dziobów statków czasu, a potem szybko przekształcił w ogromną kulę, która zalała armadę statków czasu chmurą purpurowego światła... W końcu całość rozproszyła się w ogólnej pustce.
Statki zawisły nagle w ciemności. Ostatni towarzysz Słońca rozbłysnął, nabrzmiał i zgasł. Pozostaliśmy w chmurze zimnego, bezwładnego wodoru, w której odbijało się nasze światło zieleni plattnerytu.
Niebo pocętkowane było jedynie odległymi gwiazdami i zobaczyłem, że one też migoczą, rozbłyskują i znikają. Wkrótce niebo pociemniało i domyśliłem się, że liczba gwiazd coraz bardziej się zmniejsza.
A potem nagle na niebie rozbłysły gwiazdy nowej generacji. Wydawało się, że jest ich tam mrowie: kilkadziesiąt było tak blisko siebie, że tworzyły tarczę. Jestem pewien, że przy świetle tych nowych gwiazd można było przeczytać gazetę — nie znaczy to jednak, że mogłem przeprowadzić taki eksperyment!
— Niech to licho porwie, Nebogipfelu, cóż za zdumiewający widok! Pod takim niebem astronomia wyglądałaby trochę inaczej, prawda?
— To pierwsza generacja gwiazd. To jedyne światła w nowym kosmosie... Każda z tych gwiazd ma masę sto tysięcy razy większą od naszego Słońca, ale wszystkie spalają swoje paliwo bardzo szybko — ich okres istnienia wynosi zaledwie kilka milionów lat.
Rzeczywiście, jeszcze kiedy to mówił, zobaczyłem, że gwiazdy się rozszerzają, czerwienieją i rozpraszają niczym wielkie, przegrzane balony.
I ten proces wkrótce dobiegł końca i niebo znów pogrążyło się w ciemności, z wyjątkiem zielonego blasku statków czasu, które równomiernie i zdecydowanie brnęły w przeszłość.
3. GRANICA PRZESTRZENI I CZASU
Otaczającą mnie przestrzeń zaczął wypełniać nowy, jednorodny blask. Zastanawiałem się, czy to nie jakaś wcześniejsza generacja gwiazd świeci w tych pierwotnych czasach — generacja, o której nie śniło się Nebogipfelowi i jego duchowym towarzyszom — Konstruktorom. Wkrótce jednak zauważyłem, że blask nie pochodzi z pojedynczych źródeł takich jak gwiazdy. Było to światło, które wydawało się lśnić wokół mnie, jakby pochodziło od struktury samej przestrzeni kosmicznej. Gdzieniegdzie jednak blask był pocętkowany. Domyślałem się, że przyczyną tego są gęste skupiska embrionalnej materii gwiezdnej, która świeci jaśniej. To światło miało z początku barwę bardzo ciemnej purpury — przypominało mi zachód słońca, który przebija się przez chmury — ale rozjaśniło się i przeszło przez znajomą skalę barw widmowych: od pomarańczowej, poprzez żółtą i niebieską, do fioletowej.
Dostrzegłem, że flota statków czasu skupia się w jednym miejscu. Pojazdy wyglądały jak tratwy z zielonego drutu, dryfujące na tle oślepiającej pustki i zbliżające się do siebie, jakby szukały wygodnej pozycji. Macki w postaci plattnerytowych sznurów przekroczyły iskrzącą się, pustą przestrzeń między statkami i połączyły się ze sobą, a ich końcówki wchłonięte zostały przez złożone konstrukcje statków. Niebawem całą armadę wokół mnie łączyła swego rodzaju pajęczyna z rzęsków.
— Nawet na tym wczesnym etapie — powiedział Nebogipfel — wszechświat ma strukturę. Rodzące się galaktyki stanowią kałuże zimnego gazu zgromadzonego w studniach grawitacyjnych... Ale struktura imploduje, kurczy się w trakcie naszej podróży wstecz do granicy.
Читать дальше