Dopiero wtedy to do mnie dotarło i uderzyło prawie że z siłą fizyczną.
— To prawda — powiedziałem. — Twoja hipoteza podboju Galaktyki jest prawdziwa. Dowód tego widać na samym niebie! Gwiazdy, prawie wszystkie, muszą być zamknięte w sztucznych skorupach, tak jak twoja morlokowska Sfera. — Popatrzyłem na puste niebo. — Dobry Boże, Nebogipfelu, ludzie i ich maszyny zmienili samo niebo!
— Z chwilą wysłania pierwszego Konstruktora to było nieuniknione. Rozumiesz?
Z lękiem spojrzałem na ciemne niebo. Nie byłem tak bardzo zdumiony zmienioną naturą nieba, lecz myślą, że to wszystko — aż po najdalszy zakątek Galaktyki — spowodowane było tym, iż zdruzgotałem historię za pośrednictwem wehikułu czasu!
— Pojmuję, dlaczego ludzie opuścili Ziemię — powiedziałem. — Załatwiła nas tu klimatyczna niestabilność. Ale gdzieś tam — machnąłem ręką — muszą być mężczyźni i kobiety w tych rozproszonych domach!
— Nie — zaprzeczył. — Pamiętaj, że Konstruktorzy widzą i wiedzą wszystko. I nie dostrzegłem śladów ludzi takich jak ty. Och, gdzieniegdzie można znaleźć biologiczne istoty będące potomkami ludzi, ale są one tak różne od twojej ludzkiej postaci jak ja. A czy uznałbyś mnie za człowieka? A poza tym, te biologiczne formy są przeważnie zwyrodniałe...
— Nie ma prawdziwych ludzi?
— Wszędzie są potomkowie ludzi, ale nigdzie nie znajdziesz istoty, która jest spokrewniona z tobą bliżej niż, powiedzmy, wieloryb lub słoń...
Zacytowałem mu to, co pamiętałem z Charlesa Darwina:
— „Sądząc po przeszłości, możemy bezpiecznie wnioskować, że żaden żyjący gatunek nie przetrwa w niezmienionej postaci w odległej przyszłości...”
— Darwin miał rację — przytaknął łagodnym tonem Nebogipfel.
Tę ideę — że sam reprezentujesz swój gatunek w Galaktyce! — trudno zaakceptować i umilkłem, spoglądając na przesłonięte gwiazdy. Czy każda z tych wielkich kuł była tak gęsto zaludniona jak Sfera Nebogipfela? Mój płodny umysł zaczął wnikać w te olbrzymie planetarne konstrukcje z potomkami prawdziwych ludzi — z rybakami, ptasznikami, ludźmi ognia i lodu — i zastanawiałem się, jaką opowieść można ułożyć, gdyby jakiś nieśmiertelny Guliwer mógł podróżować od świata do świata, odwiedzając najprzedziwniejszych potomków ludzkości.
— Ludzie być może wymarli — powiedział Nebogipfel. — Na dość długiej skali czasowej każdy gatunek biologiczny wymiera. Ale Konstruktorzy nie mogą wymrzeć. Rozumiesz, o co mi chodzi? W przypadku Konstruktorów istotą rasy nie jest forma, biologiczna czy jakakolwiek inna, lecz informacje, które rasa zebrała i zmagazynowała. I to jest nieśmiertelne. Z chwilą oddania się takim dzieciom, metalowym, maszynowym i informatycznym, rasa nie może wymrzeć. Rozumiesz to?
Odwróciłem się, spoglądając na panoramę białej Ziemi za naszym oknem. I zrozumiałem to wszystko — aż nadto dobrze!
Ludzie wysłali tych mechanicznych robotników do gwiazd, by znaleźli nowe światy, stworzyli kolonie. Wyobraziłem sobie, jak wielka flota świetlna oddala się od Ziemi, która zrobiła się zbyt mała, i migoczące statki wzlatują w niebo, pomniejszając się aż do punkcików w otchłani błękitu... Pomyślałem, że teraz już nikt nie usłyszy miliona opowieści o tym, jak ludzie nauczyli się znosić dziwne grawitacje, rozrzedzone i nieznajome gazy oraz wszystkie inne stresy związane z przebywaniem w przestrzeni kosmicznej.
To była epokowa migracja — zmieniła naturę kosmosu — ale stanowiła chyba ostatni wysiłek, konwulsyjną drgawkę przed upadkiem cywilizacji na matce Ziemi. W obliczu rozpadu atmosfery ludzie na Ziemi osłabli, zmarnieli — mieliśmy dowód tego w postaci żałosnego lustra na Księżycu — i w końcu umarli.
Potem jednak, znacznie później, na opuszczoną Ziemię wróciły wysłane przez człowieka maszyny kolonizacyjne lub ich ogromnie rozwinięci potomkowie: Uniwersalni Konstruktorzy. W pewnym sensie Konstruktorzy pochodzili od ludzi, a jednak znacznie przekroczyli granice tego, co człowiek mógł osiągnąć, gdyż odrzucili dziedzictwo starego Adama i wszystkie przymioty zwierząt i gadów, które czaiły się w jego ciele i duszy.
Zrozumiałem wszystko! Ziemia została zaludniona na nowo, ale nie przez człowieka, lecz jego mechanicznych spadkobierców, którzy powrócili zmienieni z gwiazd.
A przyczyną tego wszystkiego była mała kolonia w paleocenie. Pomyślałem, że Hilary częściowo to przewidziała: do przebudowania kosmosu doszło dzięki grupce dwunastu bezbronnych ludzi, dzięki temu mało znaczącemu ziarenku, które zostało zasiane pięćdziesiąt milionów lat temu.
W tym dziwacznym, zamkniętym miejscu czas płynął powoli.
Nebogipfel wydawał się całkiem zadowolony z naszej sytuacji. Codziennie większość czasu spędzał z twarzą przyciśniętą do lśniącej powierzchni Uniwersalnego Konstruktora, zanurzony w Morzu Informacji. Dla mnie miał niewiele czasu i cierpliwości. Najwyraźniej był to dla niego wysiłek — strata! — gdy odrywał się od bogatego źródła odwiecznej wiedzy i stawał oko w oko z moją ignorancją, a jeszcze bardziej z moim prymitywnym pragnieniem przebywania w towarzystwie.
Wałęsałem się bez celu po mieszkaniu. Żułem jedzenie, korzystałem z kąpieli parowej, bawiłem się stołem wielorakości, spoglądałem przez okna na Ziemię, która stała się dla mnie równie niegościnna jak powierzchnia Jowisza.
Nie miałem nic do roboty! W tym nastroju bezradności, gdyż byłem teraz tak oddalony od domu i moich ziomków, że nie widziałem żadnych perspektyw dalszego życia, zacząłem odkrywać nowe otchłanie przygnębienia.
A potem, pewnego dnia Nebogipfel przyszedł do mnie z czymś, co nazwał propozycją.
Znajdowaliśmy się w pokoju, w którym siedział nasz przyjazny Konstruktor, przysadzisty i pogodny jak zawsze. Nebogipfel jak zwykle był podłączony do niego za pomocą rurki złożonej z lśniących rzęsków.
— Musisz zrozumieć, skąd to wszystko się wzięło — zaczął i obrócił zdrowe oko, by na mnie spojrzeć. — Przede wszystkim musisz uświadomić sobie, że cele Konstruktorów są bardzo odmienne od dążeń twojego lub mojego gatunku.
— To zrozumiałe — powiedziałem. — Już same różnice fizyczne...
— To nie wszystko.
Na ogół, gdy wdawaliśmy się w taką dyskusję — ze mną w roli ignoranta — Nebogipfel okazywał zniecierpliwienie, pragnienie powrotu do cudownych głębin Morza Informacji. Tym razem jednak mówił cierpliwie i ostrożnie, i uświadomiłem sobie, że niezwykle uważa na to, co mówi.
Zaczynał ogarniać mnie niepokój. Najwyraźniej Morlok uważał, że musi mnie do czegoś przekonać!
Omawiał dalej cele Konstruktorów.
— Widzisz, gatunek nie może przetrwać zbyt długo, jeśli ciągle będzie obciążony ciężarem antycznych motywacji, które ty dźwigasz. Bez obrazy.
— Nie obraziłem się — odparłem oschle.
— Chodzi mi oczywiście o podziały terytorialne, agresję, rozstrzyganie sporów drogą przemocy... Gdy technika przekracza pewien punkt, imperializm i tym podobne trendy stają się nierealne. Gdy istnieje taka potężna broń, jak zrzucona przez die Zeitmaschine bomba zbudowana na bazie karolinu — lub jeszcze gorsze środki niszczenia — sytuacja musi się zmienić. Pewien człowiek z twoich czasów powiedział, że wynalezienie broni atomowej zmieniło wszystko z wyjątkiem sposobu myślenia ludzi.
— Nie mogę się spierać z twoim twierdzeniem — powiedziałem — gdyż rzeczywiście, tak jak mówisz, wydaje się, że ograniczenia ludzkości, przymioty starego Adama, wystarczyły, by doprowadzić nas do upadku... Ale co z celami twoich metalowych nadludzi, Konstruktorów?
Читать дальше