Teraz jednak nie mógł już zmienić kursu. Patrzył więc prosto przed siebie i wypróbowywał ruchy nóg i rąk, pozwalające zachować kontrolę nad ułożeniem ciała. Zbyt późno zdał sobie sprawę z tego, że wycelował za dokładnie. Nie wyląduje obok Alai — trafi prosto w niego.
— Tutaj! Złap mnie za rękę — krzyknął Alai. Ender wyciągnął dłoń. Alai wyhamował jego pęd i pomógł w miarę łagodnie wylądować na ścianie.
— To było dobre — stwierdził Ender. — Powinniśmy przećwiczyć takie rzeczy.
— Tak właśnie myślałem, ale oni wolą się wygłupiać tam, na środku. A co się stanie, jeśli wszyscy się tam znajdziemy? Powinniśmy odpychać się od siebie w przeciwne strony.
— Zgadza się.
— Spróbujmy, dobrze?
To było przyznanie, że może jednak nie wszystko jest w porządku. Czy to dobrze, jeśli zrobimy coś razem? W odpowiedzi Ender chwycił Alai za nadgarstek i przygotował się do pchnięcia.
— Gotów? — spytał Alai.
— Już!
Odepchnęli się z różną siłą, więc zaczęli krążyć wokół siebie. Ender zrobił kilka gestów rękami, potem przesunął nogę. Zwolnili. Powtórzył operację. Wirowanie ustało. Teraz płynęli równo.
— Ostry łeb, Ender — stwierdził Alai, To była najwyższa pochwała. — Odepchnijmy się, zanim wpadniemy w tę bandę.
— I spotkajmy się w tamtym kącie — Ender nie chciał, by ten most do obozu wroga runął.
— Kto ostatni, zbiera pierdnięcia w butelkę — rzucił Alai. Powoli i spokojnie ustawili się naprzeciw siebie, z rozłożonymi ramionami i nogami, dłoń w dłoń, kolano w kolano.
— A jak sknocimy? — spytał Alai.
— Ja też nigdy jeszcze tego nie robiłem — odparł Ender.
Pchnęli. Odlecieli od siebie szybciej niż oczekiwali. Ender wpadł na kilku chłopców i skończył lot na innej ścianie niż się spodziewał. Chwilę trwało, nim się przeorientował i znalazł kąt, gdzie mieli się spotkać z Alai. Alai już tam leciał. Ender wyliczył kurs, wiążący się z dwoma odbiciami, omijający za to największe grupki chłopców.
Kiedy dotarł do rogu, Alai już czekał. Wsunął ramiona pod dwie sąsiednie klamry i udawał, że drzemie.
— Wygrałeś.
— Chętnie obejrzę twoją kolekcję pierdnięć.
— Trzymam ją w twojej szafce. Nie zauważyłeś?
— Myślałem, że to moje skarpetki.
— Nie nosimy już skarpetek.
— Fakt — przypomnienie, że obaj są daleko od domu osłabiło nieco radość z opanowania sztuki lotu.
Ender wyjął pistolet i pokazał, czego się dowiedział o działaniu dwóch przycisków.
— Co by się stało, gdyby w kogoś wycelować? — spytał Alai.
— Nie wiem.
— Może sprawdzimy? Ender pokręcił głową.
— Możemy kogoś zranić.
— Myślałem, że strzelimy sobie nawzajem w stopę albo co. Nie jestem Bernardem. Nigdy nie torturowałem kotów dla przyjemności.
— Och.
— To nie może być niebezpieczne, bo nie daliby tych miotaczy dzieciom.
— Jesteśmy żołnierzami.
— Strzel mi w stopę.
— Nie, ty strzel do mnie.
— Razem strzelimy.
Tak zrobili. Ender poczuł, że nogawka kombinezonu sztywnieje natychmiast, unieruchamiając kostkę i kolano.
— Zamarzłeś?
— Zesztywniałem jak decha.
— To chodź, zamrozimy kogoś — zaproponował Alai. — Rozegramy, pierwszą wojnę. My przeciwko nim. Uśmiechnęli się obaj.
— Lepiej poprośmy też Bernarda — rzekł po chwili Ender. Alai uniósł brwi.
— Tak?
— I Shena.
— Tego małego, skośnookiego kręcityłka? Ender uznał, że Alai żartuje.
— Daj spokój. Nie wszyscy możemy być czarnuchami. Alai wyszczerzył zęby.
— Mój dziadek zabiłby cię za to.
— Mój prapradziadek najpierw by go sprzedał.
— Dobra. Poszukajmy Bernarda i Shena, a potem zamrozimy tych miłośników robali.
W ciągu dwudziestu minut wszyscy w sali byli sztywni oprócz Endera, Alai, Bernarda i Shena. Cała czwórka siedziała przy ścianie krzycząc z radości, dopóki nie przybył Dap.
— Widzę, że nauczyliście się już posługiwać sprzętem — stwierdził. Przycisnął coś na trzymanym w ręku sterowniku. Wszyscy popłynęli wolno w stronę ściany, na której stał. Potem przeszedł między zamrożonymi chłopcami i dotykając ich zmiękczał skafandry. Podniosła się wrzawa skarg, że to nieuczciwe, że Bernard i Alai strzelali do nich, kiedy jeszcze nie byli gotowi.
— A dlaczego nie byliście gotowi? — zdziwił się Dap. — Mieliście na sobie skafandry tak samo długo jak oni. Tyle samo czasu fruwaliście dookoła jak pijane kaczki. Przestańcie jęczeć i zaczynamy.
Ender zauważył, że Bernard i Alai z założenia dowodzili bitwą. Nie przeszkadzało mu to. Bernard wiedział, że to on i Alai razem nauczyli się używać miotaczy. I że byli przyjaciółmi. Mógł wierzyć, że Ender przyłączył się do jego grupy. Ale to nie była prawda. Ender wszedł do nowej grupy: grupy Alai. Bernard także się w niej znalazł.
Nie dla wszystkich było to oczywiste. Bernard nadal się puszył i wysyłał swoich pomocników z poleceniami. Alai jednak poruszał się teraz swobodnie po całej sali, a kiedy Bernard był wściekły, potrafił uspokoić go kilkoma żartami. Kiedy wybierali dowódcę, Alai przeszedł niemal bez sprzeciwów. Bernard chodził ponury przez pewien czas, potem pogodził się z faktami i wszyscy zajęli miejsca w nowym układzie.
Skończył się podział na zamkniętą grupkę Bernarda i wyrzutków Endera — Alai stał się pomostem.
* * *
Ender siedział na łóżku z komputerem na kolanach. Był czas na zajęcia własne i Ender zajmował się Grą Swobodną — zmienną, wariacką rozgrywką, gdzie szkolny komputer wprowadzał nowe elementy i budował labirynty, które można było poznawać. Istniała możliwość powrotu do zdarzeń, które się polubiło, przynajmniej przez pewien czas — pozostawione zbyt długo znikały, zastępowane czymś innym.
Czasem gra była zabawna. Czasem wciągająca i musiał reagować szybko, by nie stracić życia. Zginął już mnóstwo razy, ale takie już były gry — trzeba było umierać, zanim się złapało, o co chodzi.
Jego postać na ekranie zaczynała akcję jako mały chłopiec. Na chwilę zmieniała się w wielkiego niedźwiedzia. Teraz był myszą o długich, delikatnych rękach. Przebiegał pod wielkimi meblami. Sporo czasu poświęcił na zabawę z kotem, ale teraz zaczynała go nudzić — była za łatwa, za dobrze znał wszystkie meble.
Nie przejdę przez dziurę, powiedział sobie. Mam dość tego Olbrzyma. To głupia gra i nie da się w nią wygrać. Każdy wybór jest błędny.
Mimo to przechodził przez mysią dziurę i niewielki mostek w ogrodzie. Unikał kaczek i zabaw z nurkującymi moskitami — kiedyś go to bawiło, ale było zbyt proste, a gdy za długo gonił kaczki, zmieniał się w rybę, czego nie lubił. Za bardzo przypominało to zamrożenie w sali treningowej, zesztywniałe ciało i oczekiwanie na koniec szkolenia, by Dap go rozmiękczył. Dlatego, jak zwykle, ruszył w górę falujących wzgórz.
Grunt zaczął się obsuwać. Na początku zasypywało go często i kończył jako przesadnie wielka plama krwi pod ogromnym głazem. Teraz jednak opanował sztukę biegu po zboczu, coraz wyżej, unikając niebezpieczeństwa.
I, jak zwykle, obsunięcia gruntu przestawały być zwykłymi kamienistymi lawinami. Zbocze pękało i zamiast skały widział biały chleb, rosnący jak ciasto, gdy skórka pęka i odpada na boki. Było miękkie i gąbczaste. Jego figurka poruszała się wolniej. A kiedy zeskoczył już z chleba, znajdował się na stole. Za nim leżał gigantyczny bochen, obok gigantyczna osełka masła. A sam Olbrzym patrzył na niego opierając brodę o blat. Figurka Endera sięgała mu mniej więcej do brwi.
Читать дальше