Darwin nagle przypomniał sobie, że zdjął wcześniej kamizelkę. „Niech to szlag” – przeklął w myślach, po czym spojrzał przez celownik. Zabójca znowu ruszył przed siebie.
Dar czekał. Z tej odległości strzelanie do ruchomego celu, znacznie w dodatku mniejszego niż chevrolet sub-urban, na pewno nie było dobrym pomysłem. Kiedy Yaponchik się zatrzymał i znowu podniósł karabin, Minor wstrzymał oddech i nacisnął spust.
– Nie widziałam, gdzie trafiłeś – szepnęła Syd ze swojej pozycji za Darwinem. – Przepraszam, ale nie zauważyłam…
– Widziałaś gdziekolwiek przed Ruskim obłoczek kurzu? – spytał, zmieniając magazynek. Stary włożył do kieszeni bluzy.
– Nie.
– Zatem strzeliłem zbyt wysoko – powiedział Minor.
Lufa karabinu Yaponchika błysnęła ponownie.
Dar usłyszał świst kuli przelatującej mu obok prawego ucha jeszcze przed trzaskiem samego strzału. Musiał przyznać, że Rosjanin nieźle mierzył. I starał się trafić go w głowę. Zresztą Darwin i tak przecież nie miał kamizelki. Przegonił tę myśl i skoncentrował się na celowaniu i obliczaniu.
Zabójca znów strzelił. Pocisk uderzył w ziemię między Minorem i Sydney, wyrzucając na metr w powietrze kamyki i kurz. Darwin nie ruszył się z miejsca, zamrugał tylko powiekami, aby wyraźniej widzieć, po czym nieznacznie obniżył cel. Zrobiła na nim wrażenie profesjonalna płynność, z jaką Yaponchik radził sobie z karabinem; z przyzwyczajenia chował do kieszeni stare magazynki i przyjmował idealną pozycję snajperską nie podnosząc głowy znad celownika ZF 69. Strzelił. Z powodu odrzutu na kilka sekund stracił z oczu Yaponchika.
– Za blisko – jęknęła Syd.
– O ile?
– O jakiś metr – odparła natychmiast. – Ale idealnie przed Ruskim.
Darwin pokiwał głową i podniósł wzrok. Usłyszał raczej, niż zobaczył wzmagający się wiatr, gdyż zaszeleściła trawa. W dodatku jego podarta bluza nieco się poruszyła. Minor dostosował celownik.
Yaponchik nacisnął spust.
„Tylko jedna kula została mu w magazynku” – pomyślał Dar i dodał w duchu: „Mam nadzieję”.
Pocisk wzbił w powietrze grad drobinek ziemi, spadając zaledwie trzydzieści centymetrów przed Syd. Kobieta nie cofnęła się. Na szczęście gleba była w tym miejscu piaszczysta i kula nie odbiła się rykoszetem od żadnego kamienia.
Darwin usłyszał i poczuł, że wiatr wzmaga się jeszcze bardziej, zobaczył, że pionowe fale mirażu przechylają się nieco w lewo, a potem jeszcze trochę, zmieniając się prawie w linie poziome. Widząc to, oceniał wiatr na dziesięć i pół kilometra na godzinę; dostosował celownik do tego wskaźnika, przekręcając śrubę o kolejne pół kliknięcia w lewo, po czym wstrzymał oddech i wystrzelił.
– Trafiony! – zawołała Sydney. – To znaczy… tak myślę…
Dar nie musiał myśleć, wiedział. Nie wykonał wprawdzie czystego strzału w głowę i dostrzegał twarz Yaponchika wraz z wpatrzonymi w niego zimnymi, niebieskimi oczyma… Ale zobaczył tam też rozprysk czerwonej mgły.
Odnosił wrażenie, że czas zatrzymał się na długie minuty, chociaż minęła zaledwie sekunda lub dwie. Nie zdejmując oka z celownika, zdołał właśnie wprowadzić do komory następny nabój i dopiero wówczas Rosjanin upadł.
W przeciwieństwie do wielu filmów, w których postrzelonego odrzuca gwałtownie w tył na kilka metrów nawet strzał ze zwykłego pistoletu, Dar nigdy nie widział, aby ofiara strzelaniny robiła coś bardziej dramatycznego niż załamanie się i upadek. Tak samo zachował się Yaponchik, ciągle trzymając w rękach karabin wyborowy.
– Chyba w szyję, tak sądzę – zauważyła Syd głębokim głosem.
– Tak, wiem – odparł Minor. – U podstawy gardła. Tuż nad kamizelką.
Ruszyli w stronę leżącego mężczyzny. Sydney wyjmowała akurat półautomat z kabury, kiedy Dar nagle się zatrzymał.
– Co się dzieje?! – spytała kobieta, nieco zatrwożona.
– Nic – odrzekł Darwin, po czym zarzucił M40 na ramię. Z ciekawością wyciągnął przed siebie prawą rękę, potem lewą. Żadna nie drżała. Ani trochę. – Nic – powtórzył, czując w sobie wielką pustkę, którą starał się zwalczyć. – Zupełnie nic.
Szli dalej. Yaponchik nie poruszał się. Syd i Dar znajdowali się właśnie o niecałe trzydzieści metrów od ciała i dokładnie widzieli strumyczek czerwonej krwi tętniczej na trawie oraz głowę Rosjanina odchyloną pod niemożliwych kątem w tył, kiedy niebo nad nimi wypełniło się hałasem. Oboje stanęli i spojrzeli w górę.
Dwa z helikopterów miały z boku oznakowania piechoty morskiej, a trzeci litery „FBI”. Ten ostatni wylądował między nimi i ciałem Yaponchika.
Minor odwrócił się do Sydney, oderwał rzepy na bokach jej kamizelki, zdjął jej ten ciężki strój przez głowę, a potem chwycił przyjaciółkę w ramiona. Wszędzie wokół nich trawa kołysała się szaleńczo z powodu obracających się łopat wirników helikoptera.
– Kocham cię, Dar – powiedziała Syd. Jej słowa utonęły wprawdzie w ryku silnika, były jednak dla niego idealnie zrozumiałe.
– Tak, tak – odparł cicho i czule ją pocałował.
Rozdział dwudziesty szósty
Z JAK ZOO
Dziesięć dni później, w niedzielny ranek, telefon w mieszkaniu Dara zadzwonił o wpół do szóstej rano.
– Cholera – wymamrotał sennym głosem Minor.
– Jasna cholera – dodała Sydney, unosząc się i podpierając głowę na łokciu.
– Wybacz mi – powiedział Darwin, po czym chrząknął lekko z bólu wywołanego przez szarpiące szwy w boku. Sięgnął po telefon przez nagie piersi przyjaciółki. Dziwnie się czuł, leżąc podczas takich rozmów na brzuchu. Nigdy nie nauczył się spać w tej pozycji, ale gojąca się bardzo powoli rana tuż pod pośladkami nie pozostawiała mu wyboru. Syd twierdziła, że wcale jej nie przeszkadza, iż Darwin czasem budzi się z krzykiem i przeklina głośno, ponieważ zapomniał się i przekręcił na bok albo na plecy.
Kula w boku nie była wielkim problemem. Lekarz pogotowia zastosował miejscowe znieczulenie i w piętnaście sekund wydłubał pocisk.
– Płytko wszedł – powiedział. – Wystarczyłby pilniczek.
Dziwnym trafem najwięcej kłopotów Darwin miał z uchem. W przyszłości będzie musiał poddać się niewielkiemu zabiegowi chirurgii plastycznej. Teraz nie dość, że leżał na brzuchu, to z przyzwyczajenia przyłożył słuchawkę do niewłaściwego ucha.
– Dar Minor, słucham – powiedział.
– Z tej strony Lawrence Stewart – odrzekł wesoło Larry. – Darwinie, musisz to zobaczyć…
– Nie, nie muszę – odwarknął Minor.
– Ależ musisz, Dar – wtrąciła Trudy. Połączenie brzmiało jak z komórki. – Zaufaj nam. Nieźle się namęczysz przy rekonstrukcji. Weź z sobą zarówno lustrzankę, jak i cyfrówkę.
Darwin westchnął. Sydney naciągnęła koc na głowę i westchnęła jeszcze ciężej niż on.
– Gdzie jesteście? – spytał Minor, mówiąc sobie, że jeśli znajdują się ponad piętnaście kilometrów od niego, nie ruszy się z łóżka.
– Ogród zoologiczny w San Diego – odparł Lawrence. Najwyraźniej odebrał żonie telefon.
– Jesteście w zoo?
Syd podniosła twarz znad koca i bezgłośnie powtórzyła słowo „zoo”.
– Tak, w zoo – przyznał Stewart. – Wierz mi, nigdy sobie nie wybaczysz, jeśli cię to ominie. – Darwin znowu westchnął. – Pospiesz się – dorzucił Lawrence. – Powitaj też ode mnie Sydney i ją również zaproś do zoo – dodał, po czym się rozłączył.
Minor spojrzał na przyjaciółkę, która wzruszyła ramionami; Dar od początku uważał, że Syd ma piękne ramiona.
Читать дальше