Niekiedy znowu, jeszcze głębszą nocą, kiedy jęki lodu zamieniają się w krzyki, Crozierowi wydaje się, że okręt stał się jego ciałem i umysłem. Na zewnątrz – za pokładami i kadłubem – czai się śmierć. Wieczne zimno. Tutaj, choć zamknięte w okowach lodu, wciąż toczy się życie, wciąż słychać gwar rozmów i śmiech.
Jednak wędrówka w głąb statku, uświadamia sobie komandor, jest niczym zbyt daleka wyprawa w głąb czyjegoś ciała lub umysłu. Można tu napotkać niezbyt przyjemne rzeczy. Najniższy pokład jest brzuchem. Tutaj przechowuje się prowiant i wszelkie inne zapasy, ułożone w takiej kolejności, w jakiej prawdopodobnie będą potrzebne, łatwo dostępne dla tych, którzy schodzą tu poganiani wrzaskami i kopniakami pana Diggle’a. Niżej, na pokładzie ładowni, kryją się jelita i nerki, zbiorniki z wodą, większość zapasów węgla i reszta prowiantu. Bardziej jednak niepokoi Croziera przyrównanie statku do umysłu. Dręczony przez większość życia melancholią, pogłębioną jeszcze przez dwanaście zim spędzonych w obszarach arktycznych, a ostatnio również przez odrzucenie ze strony Sophii Cracroft, Crozier często porównuje częściowo oświetlony i ogrzany pokład do zdrowej części swego umysłu. Ostatnio jednak spędza coraz więcej czasu na najniższym pokładzie – analogii melancholii i smętnych rozmyślań – słuchając krzyków lodu, czekając, aż metalowe sworznie i mocowania belek trzasną z zimna. Położona jeszcze niżej ładownia, wypełniona ohydnym smrodem, za który odpowiada budząca strach Kajuta Zmarłych, to szaleństwo.
Crozier odsuwa od siebie takie myśli. Spogląda na alejkę biegnącą pomiędzy skrzyniami i beczkami ułożonymi na najniższym pokładzie. Światło lampy zatrzymuje się na grodziach magazynu sucharów, a alejki po obu jej stronach przypominają raczej tunele, węższe nawet od zejściówki w kwaterach oficerskich na wyższym pokładzie. By tędy Przejść, trzeba przeciskać się między magazynem sucharów i workami z węglem. Magazyn cieśli znajduje się z przodu, przy sterburcie, magazynek bosmana naprzeciwko, przy burcie lewej.
Crozier odwraca się w stronę rufy. Szczury bez pośpiechu uciekają przed światłem, chowając się między beczkami z solonym mięsem i skrzyniami z puszkami.
Nawet w nikłym świetle lampy widać, że kłódka na drzwiach magazynu rumu jest nienaruszona. Każdego dnia jeden z oficerów schodzi tu, by przynieść dokładnie odmierzoną ilość rumu potrzebną do sporządzenia codziennej porcji grogu dla wszystkich członków załogi – ćwierć pinta siedemdziesięcioprocentowego rumu na trzy ćwierci wody. Przechowuje się tu także wino i brandy oficerów oraz dwieście muszkietów, kordów i szpad. Zgodnie ze zwyczajem przyjętym od stuleci w Królewskiej Marynarce Wojennej włazy prowadzą bezpośrednio do mesy oficerskiej i Wielkiej Kajuty położonej nad magazynem rumu. Gdyby na statku wybuchł bunt, oficerowie pierwsi dotarliby do broni.
Dalej znajduje się magazyn artylerzystów, a w nim beczki z prochem i kule. Po obu stronach magazynu rumu są także różnego rodzaju magazynki i schowki, między innymi schowek na linę kotwiczną; magazyn żagli wypełniony płótnem żaglowym oraz magazynek ubrań, z którego pan Helpman, klark, wydaje im okrycia wierzchnie.
Za magazynem rumu i magazynem artylerzystów leży magazyn komandora, zawierający luksusowe dobra, takie jak szynki i sery, należące wyłącznie do Francisa Croziera i zakupione z jego prywatnych funduszy. Zgodnie ze zwyczajem dowódca statku od czasu do czasu podejmuje swych oficerów kolacją i choć wiktuały zamknięte w jego magazynku nie mogą równać się z luksusowymi artykułami upchniętymi w prywatnym schowku zmarłego komandora sir Johna Franklina na Erebusie, spiżarnia Croziera – teraz niemal całkiem pusta – służy mu już przez dwa lata i dwie zimy spędzone w lodzie. Poza tym, myśli Crozier z uśmiechem, ma tę zaletę, że zawiera całkiem przyzwoitą piwniczkę z winem, z której wciąż korzystają oficerowie; oraz wiele butelek whisky, z których korzysta on sam. Biedny komandor, oficerowie i cywile na pokładzie Erebusa musieli obchodzić się bez alkoholu przez dwa lata. Sir John Franklin był abstynentem i za jego życia musieli nimi być także wszyscy jego ludzie.
Od strony dziobu zbliża się rozkołysana lekko lampa. Komandor odwraca się i widzi niedźwiedziowatą postać przeciskającą się między workiem z węglem i grodzią magazynu sucharów.
– Witam, panie Wilson – mówi Crozier, rozpoznając pomocnika cieśli po obfitej tuszy oraz rękawicach z foczego futra i spodniach z jeleniej skóry, które przed wypłynięciem oferowano wszystkim członkom załogi zamiast flanelowych i wełnianych okryć wierzchnich. Prócz Wilsona jednak mało kto zdecydował się na skórzane ubranie. Podczas podróży pomocnik cieśli zszył także wilcze skóry, które zabrali z duńskięj stacji wielorybniczej w zatoce Disko, w obszerny – lecz ciepły, jak twierdził – kombinezon.
– Witam, panie komandorze. – Wilson, jeden z najgrubszych ludzi na pokładzie, ściska w jednej ręce lampę, pod drugą zaś trzyma kilka skrzynek z narzędziami.
– Panie Wilson, proszę pozdrowić ode mnie pana Honeya i poprosić, by dołączył do mnie na pokładzie ładowni.
– Tak jest, komandorze. W którym miejscu ładowni?
– Przy Kajucie Zmarłych, panie Wilson.
– Tak jest, komandorze. – Światło latarni odbija się w oczach Wilsona, kiedy pomocnik cieśli o sekundę za długo przygląda się z zaciekawieniem komandorowi.
– Proszę też poprosić, by pan Honey przyniósł ze sobą łom, panie Wilson.
– Tak jest, komandorze.
Crozier odsuwa się na bok i wciska pomiędzy dwie beczki, by przepuścić pomocnika. Wie, że być może niepotrzebnie niepokoi cieślę – bez żadnego konkretnego powodu zmusza go do włożenia wierzchniego okrycia tuż przed wygaszeniem świateł – ma jednak przeczucie i woli kłopotać go teraz niż później.
Kiedy Wilsonowi udaje się przecisnąć przez górny właz, komandor Crozier podnosi niższy właz i schodzi na pokład ładowni.
Ponieważ pokład ładowni w całości znajduje się poniżej poziomu lodu, jest tu niemal tak zimno jak na zewnątrz i ciemniej, nie ma tu bowiem zorzy, gwiazd ani księżyca, który choć trochę rozpraszałby mrok. Powietrze przesycone jest pyłem węglowym i dymem – Crozier przygląda się przez chwilę drobinom węgla, które krążą wokół jego lampy niczym szpony upiora – oraz smrodem ścieków. Z ciemności od strony rufy dobiegają jakieś zgrzyty, trzaski i szuranie, Crozier wie jednak, że to odgłosy przerzucania węgla do kotłowni. Tylko szczątkowe ciepło tego kotła sprawia, że trzy cale brudnej wody chlupoczącej u podstawy schodów nie zamieniają się w lód. Nieco dalej, gdzie dziób zanurzony jest głębiej w lodzie, woda ma już głębokość stopy, choć ludzie pracują przy pompach co najmniej sześć godzin dziennie. Terror , jak każde żywe stworzenie, wydziela wilgoć, wytwarzaną między innymi przez pracujący bez wytchnienia piec pana Diggle’a, i podczas gdy dolny pokład jest wiecznie wilgotny i oszroniony, a najniższy – zamarznięty, ładownia to paskudny loch, w którym sople zwisają z każdej belki, a pod nogami chlupocze lodowata woda. Temperaturę obniża także dwadzieścia jeden żelaznych zbiorników z wodą, ustawionych wzdłuż ścian kadłuba. Wypełnione na początku podróży trzydziestoma ośmioma tonami słodkiej wody zbiorniki są teraz zakutymi w zbroje górami lodowymi, a każdy, kto spróbuje dotknąć ich żelaznej powierzchni, straci fragment skóry.
Magnus Manson czeka przy schodach, zgodnie z tym, co mówił szeregowiec Wilkes, jednak olbrzymi marynarz nie siedzi, a stoi z pochyloną głową i ramionami, które nie mieszczą się w niskim przejściu. Jego blada, guzowata twarz i pokryte zarostem policzki przypominają Crozierowi obrany zgniły ziemniak wciśnięty pod uszankę. Marynarz unika wzroku komandora.
Читать дальше