Mówiąc to, wymierzył kobiecie cios nogą w brzuch. Hrabina zwinęła się na ziemi, chwytając się za podbrzusze. Zlepione włosy całkiem zasłoniły jej twarz. Gnerlich świsnął szpicrutą.
Mock nie zauważył, gdzie trafił.
Brendel ruszył na Gnerlicha z wściekłym wrzaskiem.
– Nie rób tego – jęknęła kobieta i odgarnęła włosy z czoła. – Rudi, błagam, niech pan tego nie robi! On tylko na to czeka, żeby pana zabić.
Brendel zatrzymał się, opadł na kolana i zacisnął pięści. Żołnierze skierowali w jego stronę swoje mauzery. Brendel łkał całą piersią. Gnerlich spojrzał na Mocka i uśmiechnął się.
– Widzisz, kto tu rządzi, Mock? – powiedział i naskoczył na leżącą kobietę obiema nogami.
Obcasy oficerek zadudniły po jej żebrach. Gnerlich potknął się i omal nie przewrócił. Dla utrzymania równowagi podparł się dłonią. Wolno zacisnął pięść.
W jego rękawiczce znalazła się garść piasku. Pochylił się nad hrabiną von Mogmitz i podniósł ją za włosy. W szeroko otwarte oczy i usta sypnął piaskiem.
Szrama na czole po uderzeniu szpicrutą zrobiła się szara od pyłu.
– Masz, kurwo jedna. – Gnerlich schylił się, by znowu nabrać piasku. – Lubisz to, co? No żryj, kurwo jedna!
Mock zamknął oczy i zobaczył swojego brata Franza, jak szepcze wściekle do zgwałconej dziewczyny: „Mów wszystko, kurwo jedna”. Zobaczył też swój podbity blaszką obcas – jak trafia Franza w środek głowy. Zobaczył poszarpane ścięgna Berty Flogner, zobaczył też swój krawat od Amelunga nasiąkający krwią, poczuł ostatnią pieszczotę zdrowej ręki panny Flogner i ruszył na Gnerlicha.
Seria z karabinu maszynowego osadziła go na miejscu.
Stanął i patrzył w oczy Gnerlicha. Niedługo je widział. Po pierwszym zadanym ciosie zobaczył niebo nad Breslau. Drugie uderzenie sprawiło, że poraniona twarz kapitana zanurzyła się w suchej warstwie piachu. Kątem oka dostrzegł, jak krępa strażniczka czule i troskliwie ociera z potu twarz Gnerlicha.
– Widzisz, Mock, kto tu rządzi? – Gnerlich odgonił strażniczkę jak natrętną muchę. – Już nie ty. Zostałeś zawieszony w obowiązkach, staruchu. Jesteś nikim w tym mieście. Won z tego miasta! Ono już nie twoje! Zostaw nam trupa na placu, a moje psy będą miały żarcie.
Mock leżał w pyle, hrabina von Mogmitz gryzła ziemię, Gnerlich glancował buty, Brendel płakał, a zza drutów patrzył na nich pijany woźnica Taraba.
BRESLAU, CZWARTEK 15 MARCA 1945 ROKU,
W PÓŁ DO SIÓDMEJ WIECZÓR
Doktor Lasarius miał ponad siedemdziesiąt lat, z których dziesięć przepracował jako lekarz kontraktowy w Kamerunie, a prawie czterdzieści – jako medyk sekcyjny w Instytucie Lekarsko – Sądowym przy Auenstrasse. Przez te wszystkie lata dość często widywał na swoim stole trupy zgwałconych kobiet. Jednak tak makabrycznego gwałtu jeszcze nie widział. Dzisiejszego popołudnia po oględzinach wielokrotnie zgwałconej ofiary zbiegły się w jego umyśle najgorsze afrykańskie i rodzime wspomnienia.
Kobieta leżąca na jego stole rozdarta była prawie na pół. To był akcent rodzimy, gestapowski. Akcentem afrykańskim były natomiast równoległe rany, jakie widywał w Kamerunie u ofiar członków sekty „ludzi – lampartów”. Rany pokrywały cały bok ofiary.
Lasarius poprawił gumowy fartuch i wsunął do pochwy zmarłej metalowy wziernik.
Następnie podkręcił małą śrubę, która umożliwiła mu badanie. Pochylił się nad ofiarą. Wewnątrz jej ciała coś zamigotało. Szczypcami wyjął kawałek zielonego szkła. Pokręcił jeszcze raz śrubą, aby umożliwić sobie dokładniejsze badanie.
– Gawlitzek! – krzyknął do swojego pomocnika. – Dawaj tu większy wziernik!
I rozetnij ją dokładnie, do samego podbrzusza, rozumiesz?
– Robi się, panie doktorze – mruknął stary pomocnik i przydreptał z podobnym trójkątem, lecz większym. Potem pociągnął nożem po skórze – ku wzgórkowi łonowemu.
Lasarius pochylił popstrzoną brązowymi plamami łysinę nad kobietą, a swe naznaczone bielmem odczynników dłonie zanurzył tam, skąd – jak by to napisał poeta – już nie wyjdzie żaden prorok. Pod metalem szczypiec poczuł jakiś twardy przedmiot Serce zabiło mu mocno. Podkręcił wziernik i wsunął szczypce głębiej.
Ześlizgiwały się po jakimś gładkim przedmiocie. Po chwili lekko zazgrzytały i na czymś się zacisnęły. Wysunął je i spojrzał na przedmiot, który uchwycił. Doktor Siegfried Lasarius widział już niejedno w Kamerunie i w Breslau. Czegoś takiego jednak nie widział. W pochwie kobiety znajdowała się zakrwawiona szyjka butelki z porcelanowym zamknięciem. Jej poszarpane brzegi pokryte były drobnymi skrzepami.
Lasarius wstał i podjął decyzję, która była dla znającego go od lat krojczego Gawlitzka czymś kuriozalnym, czymś, w nigdy się jeszcze – jak daleko sięgał Gawlitzek pamięcią nie wydarzyło w Instytucie Lekarsko – Sądowym. Jeszcze nigdy bowiem doktor Lasarius nie zostawił sekcji zwłok do następnego dnia.
Doktor, ciężko oddychając, powiedział:
– Dokończymy jutro, Gawlitzek. Źle się poczułem. Idź do domu!
– Tak jest, doktorze. Do widzenia – mruknął Gawlitzek i wyszedł z prosektorium.
Lasarius narzucił na zwłoki podgumowane prześcieradło i również opuścił swoje miejsce pracy. Ręce umył dokładnie mydłem marsylskim, a potem odkaził je spirytusem. Zamknął prosektorium na klucz, który rzucił dwóm dyżurnym siedzącym przy wejściu głównym. Sam udał się wolno po schodach do swojego gabinetu. Przez szpary w drzwiach wciskał się swąd dymu z komina pobliskiego krematorium.
Usiadł przy ogromnym biurku i ciężko oddychał. Po chwili w jego odbarwionych palcach znalazła się mała kartka z numerem telefonu.
Lasarius wykręcił ten numer i kiedy usłyszał męski głos, powiedział:
– Stało się, Sturmbahnführer. Znowu stało się to, o czym pan mówił.
– Proszę milczeć, doktorze. Proszę pamiętać o swojej córce.
BRESLAU, CZWARTEK 15 MARCA 1945 ROKU,
SIÓDMA WIECZÓR
Kapitan Mock i profesor Brendel siedzieli w jednej z ostatnich czynnych w Breslau knajp, która oficjalnie była bunkrem przeciwlotniczym. Była to piwnica restauracji „Schlesierland” przy Gartenstrasse.
Jej prawny właściciel, przedwojenny restaurator Artur Bittner, oraz jego cichy wspólnik, dowódca jednego z batalionów Volkssturmu Heinz Frank, nieszczególnie dbali o ostatnich klientów, którzy byli na tyle zamożni, aby kapitulacji twierdzy Breslau doczekać w stanie kompletnego upojenia, i na tyle ustosunkowani, aby nie przejmować się patriotycznym obowiązkiem pracy. Byli wśród nich oficerowie po cywilnemu, którzy chcieli tu odpocząć od wydawania bezcelowych rozkazów, wojenne wdowy i niewdowy, tak zwane narzeczone z twierdzy Breslau, które swymi wdziękami wywinęły się od styczniowej ewakuacji i teraz dzięki nim zdobywały przywilej niepracowania lub miskę zupy dla chorego dziecka, właściciele firm pogrzebowych i duchowni bez oznak swego duchowieństwa. Ci ostatni topili w trunkach rozterki teologiczne i podejmowali wszystkie tematy oprócz filozoficznych i politycznych.
Goście tłoczyli się w ciasnej, zadymionej piwnicy i wodzili pijanym wzrokiem po sobie. Najczęściej w milczeniu słuchali wojennych ballad śpiewanych z akompaniamentem rozstrojonego akordeonu albo na migi ustalali ceny wdzięków narzeczonych z twierdzy Breslau.
Właściciele knajpy, nie mając prawie w ogóle konkurencji, niedbali ani o jakość podawanych trunków, ani o uprzejmość obsługi.
Kapitan Mock i profesor Brendel raczyli się nader obficie wytrawnym likierem ziołowym „Rubezahl” i zagryzali mocno naczosnkowanym pasztetem z zająca. Mogło to świadczyć o wielkiej przenikliwości masarza, który chciał swój towar sprzedawać jak najdłużej i wytłumić dzięki tym przyprawom inne wonie, niemiłe dla kupujących.
Читать дальше