Garyga objął syna za ramiona i ruszył noga za nogą. W drzwiach odwrócił się i długo patrzył na Popielskiego. Ten wzrok wiele mówił. Była w nim nie tylko żrąca nienawiść, ale i bezgraniczna ufność, że zemsta jest nieunikniona. Obiecywał i śmierć, i cierpliwe ufne oczekiwanie na dogodny moment, by ją zadać.
On jest również czcicielem Erynij, pomyślał zmęczony policjant i odwrócił wzrok.
***
Od stróża, pana Wiktora Dominiaka, nie uzyskał żadnych informacyj na temat Szałachowskich. Patrząc na zaciętą twarz tego funkcjonariusza kamienicznego, Popielski bardzo żałował, że w chwili gniewu stracił panowanie nad sobą i opryskliwie wydawał mu rozkazy. To poniżenie oraz „tykanie” nastawiło stróża bardzo wrogo wobec komisarza. Ust nie rozwiązała mu ani forma grzecznościowa „pan”, ani zawoalowane, lecz oczywiste oferowanie jakiegoś honorarium, ani obietnica policyjnej życzliwości, w razie gdyby sprzedawał pokątnie wódkę, ani – w końcu – oględne przeprosiny. Na wszystkie pytania śledczego odpowiadał albo „ni wim”, albo, dla odmiany, „nic ni wim”. Czasami po informacje odsyłał do właściciela kamienicy, pana mecenasa Ludwika Machla, który mieszkał na drugim piętrze. Tej ostatniej sugestii towarzyszył zawsze złośliwy uśmiech. Stróż wiedział bowiem dobrze, że policjant, tak strasznie zajadły na Szałachowskiego, zrobi wszystko, aby do niego dotrzeć, ale na pewno nie poważy się na obudzenie znanego lwowskiego adwokata o godzinie wpół do trzeciej w nocy. Rzeczywiście – Popielski usłyszawszy tę wskazówkę, zasępił się mocno. Dominiak nie wytrzymał i parsknął złośliwym śmiechem.
Policjant popatrzył na triumfujące oblicze stróża i podjął decyzję. Rozejrzał się po stróżówce przedzielonej zasłoną, za którą chrapała małżonka dozorcy.
– Taki jest pan zadowolony, co, panie Dominiak? – powiedział wolno. – Tak bardzoś pan zadowolony, że glina nie zdobył informacyj, które chciał?
– Ta ja ni wim, o czym pan kumisarz…
– Przewidziałeś, że nie obudzę w nocy mecenasa Machla. Jesteś zadowolony, co? – Popielski zabębnił palcami o blat stołu. – Cieszę się, że masz dobry humor. Ale ja ci go zepsuję.
– Ależ, panie kumisarzu, ja ni chciał…
– Idź spać, Dominiak, idź spać.
Popielski wstał i zaczął się rozbierać. Zdjął marynarkę, poluzował krawat, rozpiął spinki i podwinął rękawy. Podszedł do kozetki przykrytej ceratą. Potem usiadł i podskoczył kilkakrotnie, sprawdzając w ten sposób sprężystość mebla. Zadowolony z efektu, jednym ruchem złożył wpół ceratę, następnie podłożył ją pod swe obute nogi i położył się wygodnie na kozetce. Oparł się o zimny piec i założył ręce za głowę.
– Nie masz tu żadnego robactwa? – zapytał.
– U mnie pełno pluskiw. – Dominiak patrzył w napięciu na nieproszonego gościa. – I karakonów też ni brakuji.
– No to trudno. – Popielski nasunął melonik na oczy. – A wiesz, że ja się nawet do nich przyzwyczaiłem, kiedy byłem w Rosji? Pełno ich tam. Dobranoc, panie Burmyło.
Stróż zacisnął zęby i po chwili legł przy boku chrapiącej małżonki. Nie mógł zasnąć, ponieważ jego nieproszony gość wciąż pogwizdywał Marsz Radetzkiego.
***
Nie zasnął ani chwili na twardej kozetce w stróżówce. Kiedy koło piątej już czuł, że odpływa w krainę snu, kiedy już się ułożył na boku, a ciężką głowę oparł na wyciągniętej ręce, w pomieszczeniu rozległ się dzwonek. Zaspany stróż wstał i przeszedł obok Popielskiego, obrzuciwszy go niechętnym wzrokiem. Po chwili słychać było kilka głosów: uniżony ton dozorcy, basowy pijacki bełkot i wesołe okrzyki kobiet. Dominiak wrócił i zaszczycił komisarza łaskawszym spojrzeniem.
– Ta z potupajki przyfalował brat pana mecenasa z żonu i szwagierku – powiedział. – Pan mecenas jak si raz obudzi, to już ni zaśni. Moży pan iść i pytać pana.
– Dziękuję za nocleg – odparł Popielski.
Wstał i kiwał się przez chwilę jak pijany. Ze świstem wciągał powietrze zmęczonymi płucami. Na skórze twarzy czuł napięcie i mrowienie, pod powiekami – szczypanie. Przed pękniętym lustrem zaciągnął węzeł krawata i wygładził koszulę. Potem włożył marynarkę, melonik, kiwnął głową w stronę przepierzenia, za którym zniknął Dominiak, i wszedł na klatkę schodową. Panował na niej hałas. Jakaś kobieta niemiłosiernie fałszowała, śpiewając wielki szlagier „Jesienne róże”, odnowiony niedawno przez Mieczysława Fogga.
Komisarz wszedł na pierwsze piętro, oparł się o poręcz i patrzył w górę. Nad nim tańczyły ze sobą dwie kobiety, śpiewając tę piosenkę, a ich popisy obserwował młody mężczyzna z cygarem w ustach. Drzwi na drugim piętrze uchyliły się i stanął w nich wyfraczony kamerdyner.
Popielski, pokonując kilka stopni naraz, wbiegł na górę i włożył nogę w drzwi, kiedy już towarzystwo za nimi zniknęło, a kamerdyner jeszcze nie zdążył ich zamknąć.
– Policja kryminalna, komisarz Edward Popielski. – W porannym poblasku padającym z górnego świetlika błysnęła policyjna blacha. – Muszę rozmawiać z panem mecenasem Machlem. Sprawa niecierpiąca zwłoki.
– Poproszę szanownego pana komisarza o wizytówkę.
– Proszę. – Policjant wręczył służącemu mały kartonik, na którym oprócz nazwiska widniało łacińskie motto „Quid est enim novi homi – nem mori, cuius tota vita nihil aliud quam ad mortem iter est”.
– Raczy pan zaczekać w poczekalni? – Kamerdyner wskazał drzwi sąsiadujące z mieszkaniem. – Pan mecenas już nie śpi i zaraz pana przyjmie.
Famulus otworzył owe drzwi, zapalił światło, wskazał Popielskiemu jeden z trzech foteli stojących w poczekalni, po czym zamknął drzwi i wyszedł. Zanim policjant zdążył się dobrze rozejrzeć po niewielkim pomieszczeniu, zanim zdążył usiąść i przerzucić różne gazety i żurnale, otworzyły się drzwi do gabinetu i stanął w nich mecenas Ludwik Machl.
– Dzień dobry, panie mecenasie – odezwał się Popielski. – Przepraszam za to nagłe najście, ale sprawa jest bardzo pilna. Chodzi o pańskiego byłego lokatora, Tadeusza Szałachowskiego.
– No wreszcie! – sapnął Machl. – Już myślałem, że nikt nie przyjdzie do mnie w sprawie tego niegodziwca! Proszę, niech pan zachodzi.
Weszli do gustownego gabinetu, w którym stało wielkie biurko, biblioteka, stół i dwa fotele. Wszystkie te meble stanowiły komplet, o czym świadczyły nie tylko podobne intarsje, lecz również identyczne nogi w kształcie lwich łap. Na bibliotece stało popiersie Cycerona, a na ścianach wisiały dyplomy informujące o różnych orderach i honorach. Ich posiadacz, tęgi mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, zasiadł ciężko za biurkiem. Z jego podkrążonych oczu wyzierała bezsenność. Ubrany był w bonżurkę, białą koszulę, sztuczkowe spodnie i skórzane pantofle. Trzęsące się podgardle częściowo było zakryte przez jasnoniebieski fular.
– Proszę spocząć. – Wskazał komisarzowi jeden z foteli i pokręcił drwiąco głową. – No, no… Niezbyt szybko reaguje nasza kochana policja na zgłoszenia obywateli. Wiele już dni minęło od mojego telefonu…
– A co pan mianowicie zgłosił, panie mecenasie?
– Jak to co? – oburzył się Machl. – Przecież pan przychodzi do mnie w sprawie Szałachowskiego i jeszcze pan pyta?
– Czy pan mecenas będzie tak dobry – Popielski poczuł, że piasek w oczach stał się ostrzejszy i szczypie go coraz dotkliwiej – i pozwoli mi zadać kilka pytań?
– Tak, proszę. – Machl zezwolił po dłuższej chwili, w czasie której czytał maksymę na wizytówce Popielskiego. Nagle uśmiechnął się. – Ale, ale… Zanim pan zacznie… Kto to powiedział? „Cóż jest dziwnego w tym, że umiera człowiek, którego całe życie nie jest niczym innym jak drogą ku śmierci”. Kto to?
Читать дальше