– Przepraszam – mruknęła Sarah. – Chyba jestem panu winna podziękowania, panie Pitt.
– Mów mi Dirk.
– Dobrze, Dirk – odrzekła z uśmiechem. Poczuła dziwne podniecenie, kiedy wymówiła jego imię. – Co z ludźmi ze Straży Przybrzeżnej?
Dirk spochmurniał.
– Niestety nie zdążyliśmy na czas. Znaleźliśmy dwóch mężczyzn i psa. Już nie żyli.
Sarze przeszły ciarki po plecach. Dwaj martwi ludzie. Ona i jej towarzysze też omal nie umarli.
– Co się stało, na Boga? – zapytała wstrząśnięta.
– Nie jesteśmy pewni. Nasz lekarz okrętowy robi badania, ale pewnie się domyślasz, że ma ograniczone możliwości. W powietrzu unosiły się jakieś opary lub toksyna – tak przynajmniej uważała załoga stacji. Polecieliśmy tam w maskach gazowych, więc nic nam się nie stało. Zabraliśmy ze sobą białe myszki z naszego laboratorium na statku i one też przeżyły. Nie miały żadnych widocznych objawów skażenia. Cokolwiek to było, musiało się rozwiać, zanim wylądowaliśmy w stacji Straży Przybrzeżnej. Ty i twój zespół byliście za daleko od źródła, żeby poważnie ucierpieć. Prawdopodobnie nie wchłonęliście pełnej dawki tej substancji.
Sarah milczała. Chciała zasnąć i obudzić się ze świadomością, że to był tylko zły sen.
– Przyślę tu lekarza, żeby cię zbadał, a potem spróbuj się zdrzemnąć. Gdy się obudzisz, zjemy na kolację kraby – zaproponował z uśmiechem Dirk.
Sarah odwzajemniła uśmiech.
– Chętnie – mruknęła i zapadła w sen.
Kermit Burch stał za sterem i czytał faks, gdy na mostek wszedł Dirk. Kapitan „Deep Endeavora" uniósł głowę znad dokumentu i powiedział:
– Zawiadomiliśmy Straż Przybrzeżną i Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ale nikt nie zamierza nic zrobić, dopóki władze lokalne nie złożą oficjalnego raportu. Terenowy inspektor bezpieczeństwa publicznego z Atki może być na wyspie dopiero jutro rano. – Burch parsknął. – Dwaj ludzie nie żyją, a oni traktują to jak wypadek.
– Niewiele mamy – odrzekł Dirk. – Rozmawiałem z Carlem Nashem, naszym specjalistą od skażeń środowiska. Powiedział, że zdarzają się naturalne emisje, na przykład siarki z wulkanów, które mogą być śmiertelne dla ludzi. Duże stężenie zanieczyszczeń przemysłowych też jest niebezpieczne, ale o ile wiem, na Aleutach nie ma żadnych zakładów produkujących chemikalia.
– Inspektor bezpieczeństwa publicznego twierdzi, że to wygląda na klasyczny przypadek zatrucia tlenkiem węgla z generatora w stacji meteorologicznej. To jednak nie wyjaśnia, dlaczego nasi przyjaciele z Centrum Zwalczania Chorób mieli podobne objawy, choć byli ponad sześć kilometrów dalej.
– Nie wyjaśnia też śmierci psa – dodał Dirk.
– Może zespół centrum na coś wpadnie. A przy okazji, jak się czują nasi goście?
– Są trochę oszołomieni. Niewiele pamiętają poza tym, że uderzenie nastąpiło dość szybko.
– Powinni jak najszybciej trafić do szpitala. Najbliższe lotnisko jest na Unalasce. Możemy tam być za niecałe czternaście godzin. Wezmę samolot służby medycznej, który zabierze ich stamtąd do Anchorage.
– Chciałbym wziąć helikopter i ponownie zbadać wyspę – powiedział Dirk. – Za pierwszym razem nie mieliśmy okazji dobrze się tam rozejrzeć. Może coś przeoczyliśmy. Nie masz nic przeciwko temu?
– Nie, pod warunkiem że zabierzesz ze sobą tego teksaskiego dowcipnisia – odrzekł Burch ze zbolałym uśmiechem.
Kiedy Dirk wykonywał procedurę przedstartową należącego do organizacji NUMA śmigłowca Sikorsky S-76C+, przez platformę ładowniczą szedł wąsaty, skrzywiony blondyn w znoszonych kowbojskich butach. Jack Dahlgren wyglądał jak ujeżdżacz byków, który zgubił się w drodze na rodeo. Miał specyficzne poczucie humoru i był notorycznym kawalarzem. Zalazł Burchowi za skórę już pierwszej nocy na morzu, gdy wlał do dzbanka na kawę butelkę taniego rumu. Dahlgren, pochodzący z zachodniego Teksasu, był geniuszem technicznym, znał się na koniach, broni i wszelkim podwodnym i nawodnym sprzęcie mechanicznym.
– Czy to wycieczka na tę malowniczą wyspę, którą polecał mi mój agent z biura podróży? – zapytał Dirka, wetknąwszy głowę do okna kabiny.
– Wskakuj, chłopie, nie rozczarujesz się. Zobaczysz wodę, skały i lwy morskie.
– Brzmi nieźle. Dorzucę ci ćwierć dolca, jeśli znajdziesz mi bar z kelnerkami w krótkich spódniczkach.
Dirk wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Zobaczę, co da się zrobić.
Dahlgren wdrapał się do kabiny?
Zaprzyjaźnili się z Dirkiem przed laty, gdy studiowali razem inżynierię morską na florydzkim Uniwersytecie Atlantyckim. Obaj byli zapalonymi nurkami i regularnie opuszczali zajęcia, żeby polować z harpunami wśród raf koralowych niedaleko Boca Raton, a złowione ryby wykorzystywali do podrywania miejscowych studentek przy grillu na plaży. Po dyplomie Jack ukończył kurs Korpusu Szkoleniowego Oficerów Rezerwy. Dirk uzyskał stopień naukowy w Nowojorskiej Wyższej Szkole Morskiej i certyfikat zawodowego nurka. Spotkali się ponownie, kiedy Dirk dołączył do ojca w NUMA jako dyrektor projektów specjalnych i namówił przyjaciela do podjęcia pracy w tej prestiżowej agencji badawczej.
Po latach wspólnego nurkowania wiedzieli, że mogą na sobie polegać w każdej sytuacji. Dahlgren, dostrzegłszy wyraz determinacji w oczach przyjaciela, zrozumiał, że tajemnicze wypadki na Yunasce nie dają mu spokoju.
Główny rotor sikorsky'ego nabrał wysokich obrotów i Dirk uniósł maszynę z pokładu startowego na śródokręciu „Deep Endeavora". Wisiał chwilę trzydzieści metrów nad pokładem, patrząc z podziwem na statek badawczy NUMA. Statek wyglądał na trochę za szeroki w stosunku do swojej długości, zrezygnowano jednak z opływowej linii celowo, by zapewnić kadłubowi stabilność. „Deep Endeavor" był platformą roboczą, która idealnie nadawała się do operacji z użyciem mnóstwa dźwigów i wciągarek na tylnym pokładzie. Na środku pokładu lśnił w popołudniowym słońcu jaskrawożółty pojazd głębinowy, umieszczony na dużym drewnianym stojaku. Jeden z techników, którzy sprawdzali jego pędniki i elektronikę, pomachał czapką do helikoptera. Dirk odwzajemnił gest, przechylił maszynę i skierował na północny wschód ku wyspie odległej o niecałe dziesięć mil morskich.
– Z powrotem na Yunaskę? – spytał Dahlgren.
– Do stacji Straży Przybrzeżnej. Tam, gdzie byliśmy rano.
– Super -jęknął Dahlgren. – Robimy za latający karawan pogrzebowy?
– Nie, musimy sprawdzić, z jakiego źródła pochodziło to, co zabiło ludzi i psa.
– Będziemy szukali zwierząt, roślin czy minerałów?
– Wszystkiego. Carl Nash twierdzi, że toksyczna chmura mogła pochodzić z czegokolwiek, od wulkanu po kwitnące algi, nie wspominając o skażeniu przemysłowym.
– Zatrzymaj się przy pierwszym napotkanym morsie, to zapytam go o drogę do najbliższej fabryki pestycydów.
– A propos morsów. Gdzie jest Basil? – Dirk rozejrzał się po kabinie.
– Tutaj. Cały i zdrowy. – Dahlgren wyjął spod swojego fotela małą klatkę i uniósł na wysokość twarzy.
W środku siedziała biała myszka. Patrzyła na Jacka, poruszając wąsami.
– Oddychaj głęboko, mały przyjacielu, i nie zaśnij nam – powiedział Dahlgren do gryzonia. Powiesił klatkę pod sufitem, żeby widzieli, czy u myszy wystąpią objawy zatrucia toksyną w powietrzu.
Z oceanu przed nimi wyrastała trawiasta wyspa. Nad szczytem wyższego z dwóch nieczynnych wulkanów unosiło się kilka obłoków. Dirk stopniowo zwiększał wysokość, gdy zbliżali się do urwistego wybrzeża, a potem skręcił w lewo i okrążył wyspę odwrotnie do ruchu wskazówek zegara. Wkrótce dostrzegli żółty budynek stacji Straży Przybrzeżnej. Dirk popatrzył na martwego psa, nadal leżącego przed drzwiami baraku, i przypomniał sobie grymas bólu na twarzach mężczyzn, których znaleźli w środku, kiedy wylądowali tu wcześniej. Opanował emocje i skoncentrował się na poszukiwaniach źródła zabójczej toksycznej bryzy.
Читать дальше