– Właśnie tego chciałbym się od ciebie dowiedzieć. – Spojrzał na Terry’ego z niekłamanym obrzydzeniem. – Twoja historia jest bardzo wygodna, ale dziurawa jak szwajcarski ser. Poszukaj sobie czegoś lepszego.
– Miałem nadzieję, że ty to zrobisz. – Wyciągnął w jego stronę ręce w kajdankach. – Jesteś świetnym gliniarzem. Popytaj, czy ktoś wcześniej nie widział mnie z Nancy.
– Po co miałbym tracić na to czas? Moim zdaniem łżesz jak z nut.
– Dlatego, że ci zależy na Annie North, a jako policjant wiesz, że jeśli nie ja zabiłem te kobiety, to morderca wciąż jest na wolności.
ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY DZIEWIĄTY
Wtorek, 6 lutego, godz. 23.30
Tej nocy porywacz przyniósł jej jedzenie. Jaye aż się zachłysnęła na widok prawdziwej uczty. Big Mac z podwójnymi frytkami, duże mleko czekoladowe… Obudził ją cudowny zapach. Jaye poczuła, że żołądek aż jej się skręcił, i natychmiast podążyła w stronę drzwi.
Usiadła na podłodze i od razu zaczęła wcinać, połykając wielkie kawały Big Maca. O mało się nie zadławiła. Jedząc frytki, pomyślała, że to może być jej ostatni posiłek. Podobnie jak skazany na śmierć dostała to, co najbardziej lubi.
Zjadła jednak wszystko, myśląc z niechęcią o tym, że czuje wdzięczność i że zapewne tego właśnie spodziewał się porywacz. Na końcu wypiła mleko. Aż do dna, chociaż miała wrażenie, że za chwilę pęknie. I dopiero wtedy zauważyła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Głowę miała lekką, a świat zaczął nagle obracać się wokół niej. Jak wtedy, kiedy wypiła aż trzy piwa ojczyma na jego łodzi.
Plastikowy kubek wyśliznął się jej z ręki. Uderzył o podłogę i potoczył się pod drzwi. Jaye poczuła, że wszystko zaczyna wirować wokół niej w coraz większym tempie.
Usłyszała jeszcze głuchy śmiech zza drzwi.
– Mam nadzieję, że ci smakowało, Jaye.
To on! To jego głos! – pomyślała. Krzyknęła ze strachu. Próbowała wstać, ale okazało się, że nie może. Mężczyzna znowu się zaśmiał.
– Pewnie byłaś potwornie głodna. Właśnie o to mi chodziło. – Zrobił przerwę. – Dzięki temu nie zwracałaś uwagi na to, co jesz.
O Boże, czyżby ją otruł? Jaye uklękła, a potem wstała, trzymając się futryny. Podłoga zachwiała się pod jej stopami. Dziewczyna zaczęła się pocić.
– Przyszedłem po raz ostatni.
Usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Po chwili porywacz stanął w drzwiach. Na twarzy miał maskę Mardi Gras, w rodzaju tych, jakie lubili zakładać miejscowi jeźdźcy. Był ubrany na czarno. Jęknęła i przywarła mocniej do futryny.
– Przestraszyłem cię? Tak mnie sobie wyobrażałaś? – Wyczuła, że się uśmiecha. – Powiedz, Jaye, jak wygląda zło?
Minnie, gdzie jesteś? – pomyślała z rozpaczą. Jaye musiała mocno się trzymać, żeby nie upaść. Nogi miała jak z waty, dłonie zrobiły się śliskie od potu. Obiecałaś, że nie pozwolisz zrobić mi nic złego! – krzyknęła w duchu.
Mężczyzna cofnął się, a następnie wrócił z wielkim kartonowym pudłem, jakich używa się podczas przeprowadzek. Bez problemu mógł do niego wsadzić jej ciało. Przerażona Jaye krzyknęła.
– Wiem, że tęskniłaś za Anną. – Zaczął otwierać pudło. – Nie przejmuj się, niedługo ją zobaczysz.
– Nie – szepnęła. – Nie!
Zbierając resztki sił, nagle runęła na niego całym ciałem. Złapał ją, śmiejąc się z jej wysiłków. Szarpała się i kopała, ale bardzo słabo. Mężczyzna trzymał ją długo przy piersi, aż w końcu zupełnie straciła siły. Wtedy ją puścił. Bezwładna Jaye patrzyła tylko, jak podłoga podskoczyła w jej stronę. Padając, uderzyła głową o linoleum.
Spojrzała w górę, ale przed oczami latały jej tylko ciemne plamy. Zaczęła się modlić, poruszając bezgłośnie ustami. Prosiła Boga, by miał w opiece Minnie i Annę.
Środa, 7 lutego, godz. 10.00
Quentin nie mógł zapomnieć rozmowy z Terrym. Wciąż gryzło go to, co na koniec powiedział jego były współpracownik. Te słowa miały swoją wagę. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej się bał. Jeśli mordercą nie jest Terry, to prześladowca Anny wciąż jest na wolności. I ciągle jej zagraża! Jeśli. Kto by przypuszczał, że to małe słówko może wyznaczać granice między życiem i śmiercią?
Quentin przekręcił się na krześle, odwracając plecami do kolegów. Zamknął oczy. To prawda, że Terry mógł go wpuścić w maliny, tylko po co? No cóż, bandyci często robili takie rzeczy. Ale jeśli mówił prawdę? Nie mogę ryzykować, pomyślał.
Odepchnął się od biurka i ruszył w stronę otwartych drzwi gabinetu kapitan O’Shay. Zapukał, a ciotka uniosła głowę znad papierów.
– Masz chwilę? – spytał.
Zaprosiła go gestem do środka, a on podszedł do jej biurka. Nie siadał, tylko od razu przeszedł do rzeczy:
– Mam wątpliwości, czy Terry to rzeczywiście nasz morderca.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale nic nie powiedziała.
– Widziałem się z nim wczoraj na jego prośbę. Twierdzi, że miał romans z Nancy Kent i że tamtej nocy odbyli stosunek, ale jej nie zabił.
– Sprytne. Czy ma jakieś dowody?
– Żadnych, ale chce, żebym ja ich poszukał.
– Dlaczego nie powiedziałeś o tym wcześniej?
– Musiałem to jakoś poukładać w głowie.
– I?
– Uznałem, że to kompletna bzdura. Przynajmniej na początku. Ale teraz… – Westchnął ciężko i podszedł do okna wychodzącego na pokój ogólny, a potem znowu odwrócił się do szefowej. – Sam już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, ale jeśli Terry mówi prawdę, to morderca jest na wolności i cały czas zagraża Annie North.
Ciotka zmarszczyła brwi i potarła skronie.
– To nie spodoba się szefowi.
– Ale będzie jeszcze mniej zadowolony, kiedy pojawi się kolejna ofiara. – Quentin znowu podszedł do jej biurka i położył na nim dłonie, opierając na nich ciężar ciała. Spojrzał prosto w oczy szefowej. – Spróbujmy działać po cichu. Postaram się sprawdzić, czy Terry mówił prawdę. Jeśli tak, będziemy dalej szukać.
Kapitan skinęła głową.
Malone zdecydował się zajrzeć najpierw do Penny Landry. Przyjęła go na ganku swojego domu przy Lakeview. Słońce grzało coraz mocniej, chociaż powietrze wciąż było chłodne. Penny wyglądała na zmęczoną i znerwicowaną. Quentin chętnie dałby jej choć cień nadziei, że ten koszmar wkrótce się skończy, ale nie mógł tego zrobić. Najpierw spytał ją, jak się czuje i jak się miewają dzieci, a potem przeszedł od razu do rzeczy.
– Penny, kiedyś mi powiedziałaś, że Terry miał znacznie więcej okazji, żeby cię zdradzać. Czy miałaś na myśli coś konkretnego?
Spojrzała na niego ze złością, niemile zaskoczona tym pytaniem.
– Sam wiesz, że wciąż łaził po knajpach, bo nieraz mu towarzyszyłeś. Uwielbiał zabawę. – Zacisnęła wargi. – Taki już był, kiedy go poznałam. Nie wiedziałam, głupia, do czego to prowadzi.
Rozumiał jej gorycz. On też w pewnym sensie czuł się ofiarą Terry’ego. Jeśli naprawdę popełnił te zbrodnie. Jeśli. Znowu to słowo. Kiedy w końcu da mu spokój?
– Przepraszam. – Odgarnęła włosy z twarzy. – Wiem, że nie powinnam była tego mówić, ale jestem zrozpaczona.
Położył dłoń na jej ramieniu.
– Nie masz za co przepraszać. Ja też czuję się zdradzony.
– Dzięki, Quen. – Przykryła ręką jego dłoń, a w jej oczach zalśniły łzy. – Zawsze cię lubiłam.
Uniosła głowę i spojrzała na nieskazitelnie błękitne niebo, a potem tęsknie na drogę.
Читать дальше