Na to wino Martyna wpadała już sama do Teo, kontrolując poziom jego pigmentu. Teo, nie wina.
Słuchaj Teo, dlaczego wy, mężczyźni jesteście tacy niezdecydowani? – My? Niezdecydowani? – powtórzył głosem pełnym szczerego zdziwienia pomieszanego ze świętym oburzeniem. I natychmiast „zaszeleścił” znad deski do prasowania: – Martyna, którą mam założyć? Niebieszką czy żeloną? Wiesz, nie mogę szę żdeczydowacz.
Martyna podniosła się z podłogi, chwyciła do potowy pełną butelkę i bez żadnych wyrzutów sumienia, związanych z kradzieżą wina, wyszła z pokoju.
Jezu, chyba już nic się w moim życiu nie zmieni!
Muszę do Szczytna. Teraz, dzisiaj, natychmiast! Nad jezioro. Pooddychać zapachem wody. Wciągnąć głęboko powietrze. Prawie się nim zachłysnąć. Wsłuchać się w odgłos skrzypiącego pod butami śniegu. Pogłaskać Tony'ego. Przytulić się do ojca. Powrzucać z Magdą szprotki do słoika. Sprawdzić, czy dworzec autobusowy ma nadal rozmiary parkingu dla rowerów. Wtopić się we mgłę. Zniknąć w niej. Tak jak się znika w czapce – niewidce. Oj, gdyby tak znikały nasze problemy! Autobus. Ostatni do Szczytna dzisiaj. Piątek. Żeby tylko zdążyć. W ostatniej chwili wbiegła na dworzec. Autobus już ruszał. Wskoczyła, jak zwykle bez bagażu. Od progu jej radość ostudził kierowca:
Nie ma miejsc. To nie autobus na dziatki. Jutro będzie następny.
Jutro? Jakie jutro??? Ona musi teraz. Dzisiaj. Jutro już może być za późno. Mgła opadnie! Śnieg stopnieje! Magda zje całą zupę grzybową! Szprotki umrą!
Proszę pana, ja mogę siedzieć na podłodze. Mogę stać… niech pan zrozumie, ja muszę dojechać dzisiaj do Szczytna, proszę…
W tym momencie chłopak w zielonej kurtce stanął przy kierowcy i, podając mu swój bilet, powiedział:
Niech pan weźmie tę panią. Ja mogę jechać jutro. Niech pan otworzy bagażnik żebym mógł zabrać bagaż.
Andrzej szepnął do Martyny:
Nie zwracaj na niego uwagi. Masz miejsce przy środkowym wejściu. Ja pojadę jutro. Na mnie nikt nie czeka.
Martyna stała skamieniała, jakby ktoś odlał ją z brązu. Nie miała czucia ani w rękach, ani w nogach. Boże! To się chyba nazywa dejavu? Ale teraz będzie mądrzejsza. Dzisiaj wie, czego pragnie. Powoli, z namysłem powiedziała:
Ja na ciebie czekam. I albo jedziemy nad Małe i Duże razem, albo wysiadam teraz z tobą!
Kierowca zmełł przekleństwo pod nosem i machnął zrezygnowany ręką. Autobus ruszył. Wyjechał na szeroką równą drogę. Martyna zamknięta w ramionach Andrzeja wierzyła, że od tej chwili także i ona zaczyna stąpać po nowej, równej ścieżce. Niby znajomej, a obcej. Obcej, a znajomej. Serce radośnie łomotało w piersi, a tuż za uchem czuła ciepłe pocałunki Andrzeja. Tak było. Kilka tygodni temu.
Z zamyślenia wytrącił ją cichy głos:
Martynko, wracaj do łóżka, bo się przeziębisz. Stoisz bosymi stopami na podłodze. Chodź do mnie. Ogrzeję cię. Przecież nie chcemy, żebyś była chora, prawda?
Prawda Andrzejku. Nie chcemy – najbardziej teraz pragnęła, by ją dotykał. By zamykał w ustach jej kolczyk z kawałkiem ucha. By wodził opuszkami palców po jej ramionach. I ona pragnęła dotykać jego. Jak to kiedyś powiedziała Magda o Bon Jovim?: „chciałabym ssać jego mózg. To znaczy jego mózg także”. Martyna tak teraz miała. Pragnęła, by był. Teraz. Jutro. Zawsze.
***