Sara wytarła ręce i włączyła zmywarkę.
– Takie już są nastolatki.
Kiedy spróbowałem sobie przypomnieć, jaka była Kate w wieku trzynastu lat, pamięć podsunęła mi tylko nawrót jej choroby i przeszczep komórek macierzystych. Zwykłe życie naszej starszej córki, to w okresach pomiędzy jednym leczeniem a drugim, zawsze było jakby na drugim planie.
– Muszę jutro zawieźć Kate na dializę – powiedziała Sara. – O której wrócisz do domu?
– Do ósmej powinienem już być, ale służba nie drużba. Nie zdziwiłbym się, gdyby nasz podpalacz objawił się ponownie.
– Brian, nie wydaje ci się, że Kate źle dziś wygląda?
Już chciałem powiedzieć, że dużo lepiej niż Anna, ale Sara pytała o co innego. Miałem ocenić, czy skóra Kate, zwykle o lekko pożółkłym odcieniu, nie jest dziś przypadkiem bardziej żółta niż wczoraj. Miałem się domyślić, dlaczego dziś brakło jej sił, żeby siedzieć prosto, skutkiem czego opierała się ciężko łokciami o stół.
– Kate wygląda świetnie – skłamałem, bo tyle mogłem zrobić dla mojej żony. Ona, kiedy trzeba, robi to samo dla mnie.
– Nie zapomnij powiedzieć im dobranoc, zanim wyjdziesz do pracy – rzekła Sara, odwracając się ode mnie, żeby wyjąć z szafki lekarstwa, które Kate bierze przed pójściem spać.
Dziś wszędzie panuje cisza. Tydzień ma własny rytm: szalone tempo nocnej zmiany w piątek czy w sobotę różni się wyraźnie od nocy niedzielnej i poniedziałkowej, bezczynnej i nudnej. Już wiem, że dziś będę mógł położyć się i przespać.
– Tato, jesteś tu? – słyszę głos Anny. Właz na dach się uchyla. – Red powiedział, że cię tu znajdę.
Drętwieję w ułamku sekundy.
– Co się stało?
– Nic. Chciałam… wpaść do ciebie.
Kiedy dzieci były młodsze, Sara przywoziła je tutaj bardzo często. Bawiły się w zatokach maszynowych, u stóp śpiących metalowych gigantów, a zasypiały na mojej pryczy w pokoju służbowym na piętrze. Latem, w wyjątkowo ciepłe noce, rozkładaliśmy tutaj, na dachu, stary koc. Leżeliśmy razem, dzieci między nami, i patrzyliśmy, jak zapada noc.
– Mama wie, gdzie jesteś?
– Podrzuciła mnie tutaj samochodem. – Anna podchodzi ostrożnie. Nigdy nie czuła się pewnie na wysokościach, a na tym dachu nie ma poręczy, tylko niski, kilkucentymetrowy gzyms. Nachyla się do teleskopu, zezując lekko. – Co to za gwiazda?
– Wega – odpowiadam, przyglądając się córce uważnie, po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Nie jest już chuda jak szczapa; tu i ówdzie zaczynają pojawiać się krągłości, a jej gesty – na przykład to zakładanie włosów za ucho, kiedy pochyla się do teleskopu – nabrały gracji i lekkości jak u dorosłej kobiety. – Chcesz ze mną o czymś porozmawiać?
Anna zagryza mocno dolną wargę. Wbija wzrok w czubki butów.
– A może to ty byś porozmawiał ze mną?
Kładę więc na dachu kurtkę, sadzam na niej córkę i opowiadam jej o gwiazdach, o Wedze w gwiazdozbiorze Liry Orfeusza. Opowieści raczej nie trzymają mi się głowy; wyjątek stanowią historie związane z nazwami konstelacji. Opowiadam Annie o synu boga słońca, który śpiewem zaklinał zwierzęta i poruszał skały. Opowiadam o jego ukochanej żonie Eurydyce, którą kochał tak bardzo, że wydarł ją samej śmierci.
Kiedy kończę opowieść, oboje leżymy już na wznak na dachu.
– Mogę tu z tobą zostać? – pyta Anna.
– Jasne. – Całuję ją w głowę.
– Tato – szepcze, kiedy jestem już pewien, że usnęła – powiedz, czy im się udało?
Dopiero po chwili dociera do mnie, że pyta o Orfeusza i Eurydykę.
– Nie – przyznaję szczerze. Anna wzdycha.
– Tak myślałam.
Moja świeca spala się z dwóch końców
I zgaśnie jeszcze tej nocy;
Lecz, wszyscy mi drodzy i wszyscy mi wrodzy,
Daje światło o większej mocy!
Edna St. Vincent Millay,
„Pierwsza figa”
z tomu „Kilka fig spośród ostów”
ANNA
Kiedy byłam młodsza, wyobrażałam sobie, że żyję w rodzinie zastępczej, a moi prawdziwi rodzice mieszkają gdzie indziej. To wcale nie było trudne: Kate jest podobna do taty, Jesse do mamy – dosłownie jak zdarta skóra, a ja? Zbieranina genów recesywnych, co to nie wiadomo skąd się wzięła. Siedzę w szpitalnej stołówce, przed sobą mam talerz gumowatych frytek i salaterkę z galaretką. Rozglądam się po stolikach dookoła i tak sobie myślę: może od moich prawdziwych rodziców dzieli mnie tylko ta jedna taca i kawałek blatu? Zaraz mnie rozpoznają, rozpłaczą się z radości, a potem raz dwa zabiorą stąd. Pojedziemy do naszego zamku w Monako albo w Rumunii, gdzie czeka na mnie pokojówka pachnąca czystą, świeżą pościelą, owczarek szwajcarski i osobisty, prywatny telefon. Problem w tym, że pierwszą osobą, do której bym z niego zadzwoniła, żeby pochwalić się tą nagłą odmianą losu, byłaby Kate.
Kate trzy razy w tygodniu jeździ na dializy. Każdy zabieg trwa dwie godziny. Podłączają jej kateter do żyły podobojczykowej, w to samo miejsce, gdzie kiedyś nosiła cewnik centralny; nawet wygląda podobnie. Ta rurka biegnie do maszyny, która wyręcza jej chore nerki. Krew Kate (a ściśle rzecz biorąc, moja) wypływa jedną rurką, a wraca drugą, już oczyszczona. Podobno to wcale we boli. Najgorsza w całym zabiegu jest nuda. Kate zwykle bierze ze sobą discmana ze słuchawkami, a czasami wymyślamy sowę jakieś zabawy. Każe mi na przykład wyjść na korytarz i kiedy tylko zobaczę jakiegoś przystojniaka, wrócić i opisać go. Inny pomysł: mam śledzić oddziałowego i dowiedzieć się, jakie strony odwiedza w Internecie i czyje gołe zdjęcia sobie ściąga. Kiedy moja siostra nie może ruszyć się z łóżka, ja jestem jej oczami i uszami.
Dziś Kate zabrała ze sobą żurnal. Ciekawe, czy zdaje sobie sprawę z tego, że za każdym razem, kiedy odwraca kartkę i widzi kolejną wydekoltowaną modelkę, dotyka tego miejsca na mostku, gdzie ona ma podpięty kateter, a one nie.
– Patrzcie – mówi mama. – Znalazłam coś ciekawego. – Pokazuje nam broszurkę zabraną z tablicy ogłoszeń wiszącej u drzwi pokoju, w którym Kate ma zabiegi. Broszurka nosi tytuł „Ty i twoja nowa nerka”. – Wiecie, że stara nerka zostaje na miejscu? Przeszczepiają nową zaraz obok niej.
– Koszmar. – Kate się krzywi. – Wyobraźcie sobie, że koroner bada wasze zwłoki, otwiera, a tam… trzy nerki. Nie dwie, tylko trzy.
– Po to właśnie robi się przeszczepy, żeby koroner nie miał za dużo pracy przy badaniu naszych zwłok – odpowiada jej mama.
Nerka, której dotyczy rozmowa, w tej chwili jest częścią mojego ciała.
Ja też czytałam tę broszurkę.
Operacja usunięcia nerki do przeszczepu jest podobno względnie bezpieczna, ale moim zdaniem lekarz specjalista, autor tego tekstu, pisząc go, musiał chyba ciągle myśleć o takich zabiegach jak wszczepienie płuco – serca albo usunięcie guza mózgu. W moim pojęciu bezpieczna operacja odbywa się w przychodni, w gabinecie lekarza, nie wymaga znieczulenia i trwa pięć minut – coś jak usunięcie kurzajki albo plombowanie zębów. Bo kiedy wyjmują nerkę do przeszczepu, od wieczora przed operacją nie można nic jeść, a do tego trzeba brać środki przeczyszczające. W szpitalu dostaje się znieczulenie, które teoretycznie może spowodować wylew, zawał i uszkodzić płuca. Operacja trwa cztery godziny i nie jest znowu taka prosta: jeden na trzy tysiące pacjentów umiera na stole. Ci, którzy przeżyją, muszą zostać w szpitalu przez cztery dni, a czasem nawet przez cały tydzień, choć i tak pełna rekonwalescencja trwa od czterech do sześciu tygodni. No i są jeszcze długoterminowe efekty uboczne takiej operacji: zwiększone ryzyko podwyższonego ciśnienia, niebezpieczeństwo komplikacji podczas ciąży i inne. Zalecane jest też wstrzymanie się od czynności, które mogą narazić na uszkodzenia pozostałą nerkę, pracującą teraz za dwie.
Читать дальше