Sięgnął do kieszeni, wyciągnął łańcuszek, który znalazł w jaskini, i uniósł go wysoko, żeby złoty wisiorek w kształcie serduszka zabłysł w promieniach słońca.
– To jeszcze o niczym nie świadczy – rzekł Hoss. – Chodziła do tej jaskini setki razy. Wszyscy o tym wiedzieli. Do cholery, sama się tym przechwalała.
– Sara nie popuści tej sprawy.
– Przecież mieliście wyjechać dziś po południu.
– Namówiłem ją, żebyśmy zostali do jutra, jeszcze zanim znaleźliśmy szkielet. Zresztą i bez tego na pewno chciałaby nadzorować tę sprawę.
– Nie jestem pewien, czy powinienem jej na to pozwolić.
Jeffrey wyczuł kryjące się za tym ostrzeżenie.
– Ja nie mam nic do ukrycia – odparł, zwracając uwagę, jak fałszywie pobrzmiewa w jego głosie ta udawana brawura.
– Nie chodzi o to, co kto ma do ukrycia, Spryciarzu, lecz o odcięcie się od przeszłości i zaczęcie życia na nowo. Dotyczy to tak samo ciebie, jak i Roberta.
– Niezależnie od tego, jaką suką jest Lane Kendall, to ma przecież prawo znać prawdę.
– Jaką prawdę? – zdziwił się szeryf. Wstał zza biurka i podszedł do okna, które tak samo, jak w gabinecie Jeffreya, wychodziło na parking. – Przecież niczego jeszcze nie wiemy na pewno.
– Sara i tak szybko się dowie.
– O czym?
– Szkielet ma z boku wgniecioną czaszkę. Ktoś ją zamordował.
– Może upadła? – podsunął Hoss. Stał tyłem do Jeffreya sztywno wyprostowany, ze ściągniętymi ramionami. – Nie brałeś pod uwagę takiej możliwości?
– W takim razie powinniśmy zezwolić Sarze na – szczegółowe oględziny.
– Nie wiadomo nawet, czy to jej szkielet. – Szeryf odwrócił się do niego, jakby ta myśl przyniosła mu ulgę, i wyciągnął rękę po łańcuszek.
Jeffrey podał mu go i rzekł:
– Nosiła to stale. Wszyscy go widzieli.
– Owszem.
Hoss wyciągnął scyzoryk i wetknął czubek ostrza w rozcięcie wisiorka. Otworzył serduszko, przekręcił je na dłoni, po czym wyciągnął w kierunku Jeffreya. Wewnątrz znajdowały się nierówno wycięte nożyczkami i przyklejone do połówek serduszka zdjęcia dwójki dzieci. Na tym po lewej był umocowany kosmyk blond włosków z końcówkami związanymi kawałeczkiem grubej białej nitki.
– Dwójka zupełnie różnych dzieci – mruknął Jeffrey.
Jedno zdjęcie było kolorowe, drugie czarno-białe, lecz mimo to już na pierwszy rzut oka było widać, że dziecko na prawej fotografii ma kędzierzawe kruczoczarne włosy, natomiast to z lewej proste i jasne.
Hoss obrócił wisiorek do siebie i jeszcze raz spojrzał na zdjęcia. Westchnął ciężko, zamknął serduszko i wyciągnął rękę do Jeffreya.
– Zatrzymaj go na razie.
Nie miał na to ochoty, ale z ociąganiem wziął łańcuszek i schował do kieszeni.
– Kazałem Reggiemu zaczekać na wasz powrót do domu pogrzebowego – odezwał się Hoss.
– Po co?
– Powinieneś porozmawiać z Robertem.
– Dziś rano nie był zainteresowany rozmową.
– Ale teraz jest. Dzwonił do mnie, szukając ciebie.
– Sara została przy szkielecie w jaskini.
– Ja po nią pojadę.
– Na pewno nie popuści tej sprawy – powtórzył Jeffrey.
– Niby z jakiego powodu? – zapytał szeryf. – Przecież to mogą być szczątki jakiegoś włóczęgi, który schronił się tam na noc, ale przewrócił się i rozwalił sobie głowę. Mogło się wydarzyć wiele różnych rzeczy, prawda? – Kiedy Jeffrey nie odpowiadał, mruknął: – Przecież podobno nie masz nic do ukrycia.
Nadal milczał. W końcu obaj doskonale wiedzieli, że nie skłamał. Tyle że sprawy przybrały zły obrót i zaczęły się toczyć w takim tempie, iż nie mógł już za nimi nadążyć.
Hoss walnął go dłonią w plecy i rzekł:
– Czy kiedykolwiek dopuściłem, żeby stało ci się coś złego, synu?
Jeffrey pokręcił głową, myśląc, że ani trochę nie ułatwia mu to życia. A szeryf rzeczywiście nieraz udowodnił, że jest nawet gotów nagiąć prawo, byle tylko uchronić jego i Roberta przed kłopotami.
Hoss wyszczerzył zęby w uśmiechu, co mu się rzadko zdarzało, i mruknął:
– Wszystko będzie dobrze.
Otworzył drzwi, gestem nakazał Reggiemu wejść do środka, po czym zapytał Jeffreya:
– Co się stało z twoimi butami?
Jeffrey spojrzał na swoje bose stopy i pomyślał, że powinien brodzić teraz w złocistym piasku plaży na Florydzie, a jego jedynym zmartwieniem byłoby wcieranie olejku do opalania w każdy centymetr powierzchni skóry Sary, która zaśmiewałaby się z jego dowcipów i patrzyła na niego rozjaśnionym wzrokiem.
– Jaki rozmiar nosisz? – zapytał szeryf.
– Dziesiąty.
– Ja mam jedenaście i pół. – Spojrzał na swego zastępcę. – A ty?
Reggie speszył się wyraźnie, jakby jego odpowiedź mogła zakłócić miłą atmosferę.
– Dziewięć.
– To już lepiej weź moje. – Szeryf wyjął z kieszeni kluczyki od samochodu i rzucił je Reggiemu. – Przynieś z bagażnika moje zapasowe buty wędkarskie.
Buty cuchnęły, jakby szeryf brodził w nich po kostki w wypatroszonych rybich wnętrznościach. Wziąwszy pod uwagę liczbę zeschniętych łusek, jakie były do nich przyklejone, to wyjaśnienie wcale nie musiało być dalekie od prawdy. Miały grube i wysokie skórzane cholewy oraz żelazne wzmocnienia na czubkach, były ciężkie jak diabli i w ogóle nie przepuszczały powietrza. Jeffrey nawet nie musiał się dokładnie przyglądać, żeby od razu je znienawidzić. Gdyby to tylko było możliwe, pozostałby boso.
W młodości zawsze musiał nosić używane ciuchy i buty, najczęściej kupowane za grosze na kwartalnych wyprzedażach organizowanych przy kościele baptystów. Brzydził się nimi, toteż gdy tylko trochę podrósł, zaczął kraść, najczęściej w domu handlowym Belka w Opelika. Wyczekiwał, kiedy w stoisku z butami robił się tłok i sprzedawcy nie nadążali upilnować, kto wziął jaką parę do przymierzenia. Właśnie w ten sposób zdobył swoją pierwszą parę leżących na nim jak ulał miękkich czarnych pantofli wartych piętnaście dolarów. Wyszedł w nich ze sklepu dumny jak paw, choć o mało nie wywinął orła, bo nowiutkie podeszwy ślizgały się na wypolerowanych płytach marmuru, a serce waliło mu w piersi jak młotem, ale gdy nazajutrz pokazał się w nich w szkole, poczuł się tak, jakby wygrał milion na loterii.
W butach szeryfa czuł się natomiast tak, jakby miał nogi unieruchomione w dwóch masywnych blokach cementu, do tego żle wylanych, bo o półtora numeru za dużych, więc stopy się w nich ślizgały. Już po paru krokach poczuł, że robi mu się pęcherz na pięcie. W dodatku coś go uwierało w podbicie, jakby w środku pozostał kawałek oprawianej ryby.
Reggie powiózł go z powrotem przez miasto w takim samym żółwim tempie jak poprzednio, a nawet jeszcze wolniej, gdyż utknęli za traktorem i wlekli się za nim dobrych parę kilometrów. Opuścił umocowany przed szybą fotoradar, nastawił radio na stację nadającą muzykę country i prowadził, jedną ręką trzymając kierownicę, a drugą postukując w deskę rozdzielczą w rytm piosenki Hanka Williamsa.
Jeffrey raz i drugi zerknął na niego, odrywając na krótko wzrok od widniejącej w przodzie przełęczy Herd’s Gap, gdzie mieszkała matka Jessie. Reggie Ray był średniego wzrostu i raczej wątłej postury. Mógł mieć dwadzieścia pięć, najwyżej dwadzieścia sześć lat, mimo to ciemnoblond włosy nad czołem tworzyły już dość głębokie zakola, a nieco bardziej przylizany kosmyk na czubku głowy sugerował, że i tam zaczynają się przerzedzać. Wszystko wskazywało na to, że chłopak wyłysieje jeszcze przed czterdziestką.
Читать дальше