– On naprawdę potrzebuje natychmiastowej pomocy lekarskiej. Proszę, uwolnijcie go.
Smith wykrzywił usta, jakby się zastanawiał nad jej prośbą. Jego kumpel poruszył się niespokojnie i mruknął coś pod nosem. Smith podszedł do biurka sekretarki i podniósł słuchawkę natrętnie dzwoniącego telefonu.
– Wymienimy starszą panią za kanapki i wodę mineralną w butelkach. Tylko niczego nie kombinujcie. Sprawdzimy wszystko – rzucił ostro, po czym z przekrzywioną głową wysłuchał odpowiedzi. – Nie, to raczej wykluczone.
Znowu słuchał przez chwilę, po czym odwrócił się do Allison i podetknął jej słuchawkę pod nos. Sara nie widziała jego miny, wyczuła jednak, że uśmiecha się do małej. Błagała ją w myślach, żeby mu nie ufała, lecz jak można się było spodziewać, Allison nieśmiało odwzajemniła uśmiech. Smith błyskawicznie uszczypnął ją w nogę. Dziewczynka pisnęła, wtedy znowu przycisnął słuchawkę do ucha i zaśmiał się nieprzyjemnie.
– Zgadza się, proszę pani. Zatrzymamy dzieci. – Obejrzał się i obrzucił czujnym spojrzeniem pozostałych zakładników. – Chcemy też dostać parę butelek piwa.
Jego kumpel spojrzał na niego z ukosa i Sara odniosła wrażenie, że Smith na własną rękę zmodyfikował ustalony z góry plan. Pomyślała więc, że to chyba jednak nie on zorganizował ten napad.
Spoważniał błyskawicznie, jakby otrzymał przez telefon odpowiedź odmowną, po czym warknął:
– Masz na to godzinę, suko! Minuta dłużej i liczba zabitych zacznie szybko rosnąć!
Poniedziałek
Pojechali do zakładu pogrzebowego. Sara prowadziła, siedzący obok Jeffrey wskazywał drogę. W normalnych okolicznościach przed sekcją zwłok spędzała pewien czas w samotności, żeby skoncentrować się przed czekającym ją zadaniem, teraz jednak nie mogła sobie pozwolić na taki luksus. Przed wyjściem zadzwoniła od Neli do matki i uprzedziła ją, że wieczorem wraca do domu.
– To tutaj – powiedział Jeffrey, wskazując długi pawilon w kształcie litery U stojący przy autostradzie.
Dokoła nie było innych budynków, jeśli nie liczyć małego sklepiku z kwiatami po drugiej stronie szosy. Kiedy Sara wysiadła z samochodu, uderzyła w nią z impetem fala rozgrzanego powietrza od przejeżdżającego tira. Gdzieś w oddali przetoczył się grzmot, co idealnie pasowało do jej grobowego nastroju.
Skrzywiła się z bólu, przechodząc przez szosę, kiedy jakiś kamień uraził ją w stopę przez cienką podeszwę sandała.
– Wszystko w porządku? – zapytał Jeffrey. Skinęła głową i skierowała się do wejścia. Paul, zastępca szeryfa, który w nocy odwiózł ją do domu Neli, stał w drzwiach i palił papierosa. Na ich widok zgasił go pospiesznie o bok kosza na śmieci i ostrożnie położył niedopałek na kupce piasku.
– Pani pozwoli – rzekł, otwierając przed nią drzwi.
– Dziękuję – odparła, zwracając uwagę na podejrzliwe spojrzenie, jakim obrzucił Jeffreya.
– Gdzie pozostali? – zapytał Jeffrey.
– Czekają w korytarzu tylnego skrzydła – odrzekł Paul, patrząc na Sarę.
Ruszyła energicznym krokiem w głąb budynku, nawet się nie oglądając. Tylko rytmiczne dzwonienie kluczy i poskrzypywanie pasa z grubej skóry świadczyło, że zastępca szeryfa podąża tuż za nią. Tutejszy dom pogrzebowy przypominał typowe biuro federalne, grubo ochlapane tynkiem ściany z pustaków pomalowano na beżowo, a jarzeniówki zalewały wszystko żółtawym blaskiem. Unosił się tu intensywny zapach środka do balsamowania zwłok przemieszany z wonią odświeżacza powietrza, który byłby zapewne przyjemny w pomieszczeniach mieszkalnych albo w biurze, ale tutaj niemal przyprawiał o mdłości.
– Tędy – odezwał się Paul, wyprzedzając ją, żeby otworzyć drzwi na końcu korytarza.
Sara zerknęła przelotnie na Jeffreya, ale nie patrzył na nią, tylko z zaciśniętymi zębami wpatrywał się w salę, do której weszli. Pod regałem pełnym środków do konserwacji i charakteryzowania zwłok stał metalowy stolik na kółkach z leżącym na nich trupem przykrytym czystym białym prześcieradłem, którego brzegi podrygiwały w strumieniu powietrza wyrzucanym przez hałaśliwy klimatyzator pod oknem. Było tu tak zimno, że przeszył ja dreszcz.
– Witamy – odezwał się Hoss, ruszając w jej kierunku z wyciągniętą ręką. Obróciła się, żeby uścisnąć mu dłoń, za późno się orientując, że chciał tylko położyć jej rękę na ramieniu i wprowadzić w głąb sali. Uzmysłowiła sobie, że mężczyźni z jego pokolenia nie ściskali na powitanie dłoni kobietom, chyba że w żartach. Jej dziadek Earnshaw, którego po prostu uwielbiała, również miał taki zwyczaj.
Szeryf przedstawił jej pozostałych mężczyzn.
– To pan White, kierownik domu pogrzebowego. – Pucołowaty człowieczek o marsowym czole i wydatnej łysinie lekko skinął głową. – A to mój zastępca, Reggie Ray.
Ten sam chłopak, który był ostatniej nocy w domu Roberta. Nadal miał na szyi aparat fotograficzny, aż Sarze przemknęło przez myśl, że z nim spał.
– Chyba wczoraj nie miałem okazji ci powiedzieć, Spryciarzu – dodał szeryf – że Reggie to chłopak Marty Ray.
– Naprawdę? – burknął Jeffrey bez specjalnego zainteresowania.
Wyciągnął jednak rękę do tamtego, ale Reggie uścisnął mu dłoń z wyraźnym ociąganiem. Sarę zaciekawiło, dlaczego wszyscy stróże prawa traktują go z taką podejrzliwością.
– Dziś rano Robert złożył zeznania – oznajmił Hoss. Na twarzy Jeffreya odmalowało się zaskoczenie. – Sąsiedzi z grubsza potwierdzają to, co powiedział.
Sara była przekonana, że Jeffrey zapyta, co takiego zeznał Robert, ale on pokiwał głową i wbił wzrok w podłogę.
Po chwili niezręcznego milczenia White wskazał drzwi za jej plecami:
– Stroje ochronne trzymamy w magazynku. Proszę się obsłużyć według własnego uznania.
– Dziękuję – odparła, na co sztywno skinął głową. Przemknęło jej przez myśl, że może jest rozdrażniony, iż to jej szeryf zlecił przeprowadzenie sekcji. Kierownik zakładu pogrzebowego w okręgu Grant, przyjaciel z dzieciństwa, z radością przekazał jej obowiązki miejskiego koronera. Ale z miny White’a trudno było cokolwiek wyczytać.
Weszła do magazynku, który okazał się ciasną klitką. Ledwie zdołała zamknąć za sobą drzwi. W tej samej chwili mężczyźni zaczęli rozmawiać z ożywieniem. Rozpoznała głęboki baryton Hossa przeplatający się z nieco piskliwym głosem Paula. Z tego, co zdążyła się zorientować, tematem dyskusji był przebieg wczorajszego meczu koszykówki w rozgrywkach szkół średnich.
Zdjęła z półki fartuch chirurgiczny i włożyła go, czując się wręcz idiotycznie, jak pies kręcący się w kółko w pogoni za własnym ogonem. Fartuch był bardzo duży, dostosowany rozmiarem do pokaźnego brzuszka White’a. Kiedy uzupełniła strój o papierowe ochraniacze na buty oraz czepek na włosy, poczuła się jak cyrkowy klaun.
Położyła rękę na klamce, lecz nie od razu otworzyła drzwi. Z zamkniętymi oczami próbowała się błyskawicznie odciąć od wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatniej doby. Gdyby skoncentrowała się na przypuszczeniu, że Robert sam się postrzelił, mogłaby nieświadomie dopasowywać do tej poszlaki wyniki sekcji zwłok, a zależało jej na tym, by poznać wyłącznie fakty. W końcu nie była oficerem śledczym. Jej zadaniem było wyłącznie przedstawienie fachowej opinii na temat zabitego, śledztwem zajmie się policja. Zatem jedyną rzeczą, nad którą powinna obecnie zachować kontrolę, było sumienne wywiązanie się z nałożonego na nią obowiązku.
Читать дальше