Neeve przecięła Trzydziestą Siódmą i ku swojej konsternacji znalazła się twarzą w twarz z Gordonem Steuberem. Nieskazitelnie ubrany w płową kaszmirową marynarkę, narzuconą na brązowo-beżowy szkocki pulower, ciemnobrązowe spodnie i mokasyny od Gucciego, z szopą kędzierzawych ciemnych włosów, szczupłą twarzą o regularnych rysach, szerokimi ramionami i wąską talią, Gordon Steuber łatwo mógł zrobić karierę jako model. Zamiast tego obecnie, nieco po czterdziestce, był szczwanym biznesmenem z niesamowitą smykałką do zatrudniania nieznanych młodych projektantów i wyzyskiwania ich, dopóki nie mogli sobie pozwolić na odejście.
Dzięki tym młodym talentom jego kolekcja damskich kostiumów i sukien była ekscytująca i prowokująca. Zarabia dosyć, żeby nie musiał wyzyskiwać nielegalnych pracowników, pomyślała Neeve, mierząc Steubera zimnym wzrokiem. A jeśli miał kłopoty podatkowe, jak napomknął Sal, tym lepiej!
Minęli się bez słowa, jednak Neeve odniosła wrażenie, że z postaci mężczyzny emanował gniew. Słyszała, że każdy człowiek wydziela aurę. Nie chcę teraz zobaczyć koloru aury Gordona, pomyślała, wchodząc spiesznie do biura Sala.
Kiedy recepcjonistka spostrzegła Neeve, natychmiast zadzwoniła do prywatnego gabinetu szefa. Po krótkiej chwili Anthony della Salva, wujek Sal, wypadł z rozmachem przez drzwi. Jego twarz cherubina promieniała, kiedy śpieszył objąć gościa.
Neeve uśmiechnęła się na widok stroju Sala. Stanowił najlepszą żywą reklamę swojej wiosennej kolekcji męskich ubrań. Jego wersja stroju safari wyglądała jak skrzyżowanie kombinezonu spadochroniarza z Jungle Jimem w najlepszym wydaniu.
– Wyglądasz bosko. Za miesiąc całe East Hampton będzie to nosić powiedziała z aprobatą, całując go na przywitanie.
– Już nosi. Nawet w Iowa City za tym szaleją. To mnie trochę przeraża. Chyba tracę wyczucie. Chodź, nie chcę na to patrzeć.
Po drodze do swojego gabinetu zatrzymał się, żeby przywitać kilku handlowców spoza miasta.
– Czy ktoś państwa obsługuje? Czy Susan dobrze się wami zajęła? Wspaniale. Susan, pokaż kolekcję wypoczynkową. Sama wyjdzie ze sklepu, zapewniam was.
– Wujku, chcesz sam ich obsłużyć? – zapytała Neeve, kiedy przechodzili przez salę wystawową.
– Absolutnie nie. Zmarnują dwie godziny Susan i w końcu kupią trzy czy cztery najtańsze sztuki. – Z westchnieniem ulgi zamknął drzwi do swoich prywatnych pokojów. – To był zwariowany dzień. Skąd oni wszyscy biorą pieniądze? Znowu podniosłem ceny. Są skandaliczne, a ludzie biją się o zamówienia – mówił z obłudnie świętoszkowatym uśmiechem.
Przez ostatnie lata okrągła twarz Sala zrobiła się pulchna, a szpareczki oczu niemal ginęły pod ciężkimi powiekami. On, Myles i biskup dorastali w tej samej okolicy Bronksu, razem grali w baseball kijami od szczotek, razem poszli do szkoły średniej imienia Krzysztofa Kolumba. Trudno było uwierzyć, że on też ma sześćdziesiąt osiem lat.
Na biurku piętrzyły się sterty próbek.
– Dasz wiarę? Dostaliśmy zamówienie na projekt wnętrza modelu mercedesa dla trzylatków. W wieku trzech lat miałem używane czerwone auto na pedały i jedno koło ciągle odpadało. Za każdym razem, jak odpadło, ojciec bił mnie za karę, że nie dbam o swoje piękne zabawki.
Neeve poczuła się lepiej.
– Wujku Sal, szczerze żałuję, że nie nagrałam cię na taśmę. Mogłabym zbić fortunę, gdybym cię szantażowała.
– Masz za dobre serce. Siadaj i napij się kawy. Świeżo zaparzona, przysięgam.
– Wiem, że jesteś zajęty, wujku. Zabiorę ci tylko pięć minut. – Neeve rozpięła żakiet.
– Przestaniesz z tym wujkiem? Za stary jestem, żeby mnie traktować z szacunkiem. – Sal zmierzył ją wzrokiem. – Wyglądasz dobrze, jak zwykle. Jak interesy?
– Doskonale.
– Jak tam Myles? Słyszałem, że Nicky Sepetti wyszedł w piątek. Pewnie twój ojciec aż się skręca.
– Był zdenerwowany w piątek i całkiem spokojny przez weekend. Teraz sama nie wiem.
– Zaproś mnie na obiad w tym tygodniu. Nie widziałem Mylesa od miesiąca.
– Załatwione. – Neeve patrzyła, jak Sal nalewa kawy z ekspresu na tacy obok biurka. Rozejrzała się wkoło. – Uwielbiam ten pokój.
Ścianę za biurkiem pokrywała dekoracja z motywami rafy koralowej – projektu, który przyniósł Salowi sławę. Często opowiadał, skąd zaczerpnął inspirację do tej kolekcji.
– Neeve, oglądałem Akwarium w Chicago w 1972. Tamtego roku moda była do kitu. Wszyscy mieli dość minispódniczek i wszyscy bali się spróbować czegoś nowego. Czołowi projektanci pokazywali kostiumy skrojone po męsku, szorty bermudy, obwisłe garsonki bez żadnej linii. Jasne odcienie. Ciemne kolory. Bluzki z falbankami, które nadawały się dla pensjonarek. Nic takiego, żeby kobieta powiedziała: „Chcę tak wyglądać”. Włóczyłem się po Akwarium i zaszedłem na piętro, gdzie była wystawa „Rafa koralowa”. Neeve, to było jak spacer pod wodą. Akwaria od podłogi do sufitu, wypełnione setkami egzotycznych ryb, roślin, koralowych drzew i muszli. A kolory… zupełnie jakby namalował je Michał Anioł! Desenie i wzory, dziesiątki rodzajów, każdy niepowtarzalny. Srebro przechodzące w błękit, koral przetykany czerwienią. Widziałem jedną żółtą rybę, jasną jak poranne słońce, z czarnymi plamkami. I ta płynność, ta gracja ruchów. Pomyślałem: gdybym tylko potrafił to przenieść na tkaninę! Zacząłem szkicować od razu na miejscu. Wiedziałem, że to wspaniałe. Tamtego roku zdobyłem nagrodę Coty’ego. Postawiłem na głowie świat mody. Projekty sprzedawały się fantastycznie. Licencje na produkcję masową i dodatki. I wszystko dlatego, że wystarczyło mi sprytu, żeby skopiować matkę naturę!
Teraz podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.
– Ten projekt. Cudowny. Wesoły. Wytworny. Wdzięczny. Twarzowy. Wciąż najlepsza moja rzecz. Ale nie mów nikomu. Jeszcze mnie nie dogonili. W następnym tygodniu pokażę ci zapowiedź mojej jesiennej kolekcji. Druga moja najlepsza rzecz. Sensacyjna. Jak tam twoje życie miłosne?
– Nie istnieje.
– A co z tym facetem, który zaprosił cię na obiad kilka miesięcy temu? Szalał za tobą.
– Nawet nie pamiętam jego imienia, co mówi samo za siebie. Dalej zbija kasę na Wall Street. Właśnie kupił cessnę i udziały w Vail. Zapomnij o nim. Miał tyle osobowości co mokry makaron. Ciągle powtarzam Mylesowi i tobie też powiem: kiedy pojawi się ten właściwy, będę wiedziała.
– Nie czekaj za długo, Neeve. Wychowano cię na bajkowym romansie twoich rodziców. – Sal głośno przełknął resztę kawy. – Większość ludzi tak tego nie załatwia.
Neeve poczuła przelotne rozbawienie na myśl, że kiedy wujek rozmawiał z przyjaciółmi albo miał przypływ elokwencji, jego aksamitny włoski akcent znikał zastąpiony rodzinnym żargonem.
– Spotykamy kogoś – ciągnął Sal. – Trochę się nim interesujemy. Potem mniej. Ale wciąż się spotykamy i stopniowo coś się dzieje. Nie żadna magia, czasem po prostu zwykła przyjaźń. Dopasowujemy się jedno do drugiego. Możemy nie lubić opery, lecz chodzimy tam razem. Możemy nie znosić sportu, ale zaczynamy grać w tenisa albo biegać. Potem miłość przejmuje rządy. Dziewięćdziesiąt procent ludzi na świecie tak postępuje, Neeve. Wierz mi.
– Czy z tobą też tak się stało? – zapytała słodko Neeve.
– Cztery razy – rozpromienił się Sal. – Nie bądź taka naiwna. Jestem optymistą.
Neeve dopiła kawę i wstała, wyraźnie rozweselona.
– Ja chyba też, ale ty pomagasz mi to wydobyć z siebie. Co powiesz na obiad w czwartek?
– Doskonale. I pamiętaj, nie stosuję diety Mylesa i nie mów, że powinienem.
Читать дальше