Jacek Dukaj - W Kraju Niewiernych
Здесь есть возможность читать онлайн «Jacek Dukaj - W Kraju Niewiernych» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:W Kraju Niewiernych
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:5 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 100
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
W Kraju Niewiernych: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «W Kraju Niewiernych»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
W Kraju Niewiernych — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «W Kraju Niewiernych», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
– Słyszałem, że szejk jest pana przyjacielem – zagadnął Winston.
– Ja również słyszałem.
Claymore sięgnął po swoją colę.
– Szkoda, że nie ma pan chociaż piwa; taki upał może człowieka na dobre wykończyć. Zimne piwo, wie pan…
– Alkohol. Koranu pan nie zna? Takie prawo. Trzeba było lżej się ubrać.
Sam Muchobójca był boso, w przewiewnych szarawarach i rozpiętej jedwabnej koszuli. Jego skóra była już tak ciemna, że mógł uchodzić za rodowitego mieszkańca tych ziem, zwłaszcza że i rysami twarzy – ostry, orli nos, wystające kości policzkowe, ciemne brwi – i kolorem włosów – brunet – wcale się od tubylców nie odróżniał.
– No cóż – warknął Claymore, którego zapas zawodowego dobrego humoru zaczynał się powoli wyczerpywać -wyskoczyłem tu z pracy na kilkanaście godzin, bo pan nie zechciał się pofatygować do Stanów, więc…
– Przepraszam. Zachowałem się nieuprzejmie. Proszę o wybaczenie.
Winston Claymore mało się nie zakrztusił swoją colą.
– Ależ nie ma za co, nic się nie stało. Byłbym jednak wdzięczny, gdyby zechciał pan wysłuchać mojej propozycji z uwagą.
– Słucham.
Claymore założył nogę za nogę, poprawił ułożenie poły marynarki.
– Jak pan zapewne wie, panie Mrozowicz, występuję w tej chwili jak najbardziej oficjalnie, jako prezes zarządu Q amp;A; chociaż, mam nadzieję, treść naszej rozmowy pozostanie jedynie między nami dwoma. Skądinąd wiadomo mi, że raczej nie słynie pan z gadatliwości.
– Może pan być pewien mojej dyskrecji.
– Mhm, tak.
– Zgaduję, iż chodzi o jakąś usługę dla pańskiej kompanii eksploracyjnej.
– Oczywiście.
– Może zanim przejdziemy do szczegółów, omówi pan kwestię mego wynagrodzenia.
Claymore uśmiechnął się pod nosem.
– Z tego reportażu, który o panu zrobili, można było wywnioskować, iż jest pan zapalonym aż do szaleństwa hobbystą i dla powiększenia swej kolekcji, tudzież poszerzenia wiedzy, bez pytania pojedzie pan na koniec świata, jeszcze dopłacając.
– Cały materiał skręcono bez mojej zgody; został tendencyjnie dobrany i zmontowany, i opatrzony zniesławiającym komentarzem. Pozwałem już jego autorkę i wydawcę i mój adwokat jest pewien wysokiego odszkodowania.
– Co się pan dziwi, chcieli zrobić film o jakimś bogatym ekscentryku, padło na pana, reszta to detale, oni wliczają koszty takich procesów w coroczny budżet; żeby pan wiedział, jakie idiotyzmy wygadują o mnie!
– Jakie? Claymore zaśmiał się sztucznie.
– Jeszcze większe, jeszcze większe!
– Mówiliśmy o moim honorarium – przypomniał Muchobójca.
Claymore spoważniał.
– Jaka suma by pana zadowoliła?
– Żadna.
– Słucham?
– Pieniądze mnie nie interesują, panie prezesie.
– Ciekawa religia. Co w takim razie pana interesuje?
– Ach, to i owo.
– Proszę wymienić.
– Własna Brama na przykład.
Gdyby teraz pił, tym razem Claymore zakrztusiłby się z całą pewnością.
– Pan raczy żartować!
– Proszę się nie obrażać. To była tylko propozycja. Wszak jeszcze w ogóle nie wiem, ile może być warta owa usługa, którą chce pan ode mnie kupić.
– Przecież się nie obrażam. Ale pan chyba dobrze wie, że to nierealne – co, postawiłby pan sobie prywatną elektrownię atomową?
– W takim razie może jednak przejdźmy do szczegółów tyczących samej usługi.
Claymore podrapał się w gładko ogolony podbródek.
– Mówiąc krótko, chciałbym, żeby mi pan wyegzorcyzmował pewną planetę.
Muchobójca ani mrugnął.
– Rozumiem. A bardziej precyzyjnie?
– A bardziej precyzyjnie – to właściwie chodzi o księżyc.
– Rozumiem. Można wiedzieć, co panu podsunęło myśl, żeby skierować się właśnie do mnie? Ten reportaż?
– Skądże! Jaki poważny człowiek wierzy dziennikarzom?
– A zatem?
– To niby wszystko jest ścisła tajemnica i każdy strzeże swojej Bramy jak dziewictwa rodzonej córki, ale plotki rozchodzą się i tak. Tu się już wytworzyła zamknięta, hermetyczna grupa specjalistów, takich internacjonalistycznych ekspertów, których rygory konfidencji niewiele obchodzą, nie bardzo można ich zmusić do milczenia, każdy zarabia milion rocznie, gwiżdżą na wszelkie restrykcje i regulaminy, a że rynek pracy im się jeszcze nie ustabilizował, są duże przepływy, utrzymuje się wysoki współczynnik rotacji specjalistycznej kadry, bez przerwy się ze sobą mieszają; w takim środowisku plotki rozchodzą się bardzo łatwo. Popytałem tu i ówdzie, no i usłyszałem to i owo.
– Co mianowicie?
– A chociażby jak przepędził pan Słoneczne Upiory. To też było zlecenie, może nie?
– Szejk mnie poprosił.
– Ja również pana proszę.
– Pan nie jest szejkiem.
– Fakt. Pan Bóg nie pobłogosławił. Ale czy mam przez to rozumieć, że szejk Szahrad posiada wyłączność na pańskie usługi? Chyba nie od początku tak dobrze się między wami układało: trafił pan do szpitala, dwa razy pana reanimowali; widać niebezpieczne są planety szejka Szahrada.
– A na tym księżycu pana kompanii – były jakieś śmiertelne wypadki?
– Cóż… jeden czy dwa.
– Długo tam na nim siedzicie?
– Mam wrażenie, że zapuszczamy się na zbyt głębokie wody. Najpierw muszę wiedzieć, czy w ogóle jest pan zainteresowany.
– Zainteresowany jestem. Pytanie – czy pan jest dostatecznie zdesperowany?
– Zdesperowany – by uczynić co?
Muchobójca potrząsnął ponad ciemną posadzką tarasu rozluźnioną lewą dłonią i pochylił się nad stolikiem.
– Proszę słuchać uważnie, prezesie Claymore, bo wymienię ostateczną i nie podlegającą negocjacjom cenę żądanej przez pana usługi. Cena jest następująca: prawo do nie kontrolowanego, wielokrotnego użycia Bramy Q amp;A. Zgodzę się na rozsądny czas uprzedzenia. Zgodzę się na równie rozsądny pułap sumarycznej liczby godzin dostępu, na przykład na rok, albo pół roku. Ale to wszystko. Może i nie mogę mieć własnej Bramy, ale kto powiedział, że nie mogę wynajmować cudzej? Jesteście przecież kompanią komercyjną; skalkulujcie sobie zysk i stratę. Bo za energię płacić będę, rzecz jasna, ja. A zatem – czy jest to oferta nie do przyjęcia?
Claymore zapatrzył się gdzieś w morze, którego gładka powierzchnia odbijała światło Słońca z wiernością bliską zwierciadlanej. Miał trzydzieści trzy lata, od dwóch lat kierował kompanią; należał do tej generacji menedżerów, która już nie odróżnia biznesu od wojny: dwadzieścia cztery godziny na dobę, zawsze na fuli, zawsze do oporu, szybkie awanse, szybkie upadki, emerytura w wieku lat trzydziestu pięciu, fortuny zarabiane w ciągu tygodnia, arystokraci zimnego intelektu, książęta Wall Street, w ich żyłach miast krwi płyną komputerowe kody transakcji handlowych. Do czego się modlą, jeśli się modlą, na pewno nie do pieniądza, nie oni; może do samych siebie.
– Co pan rozumie przez „użycie nie kontrolowane", panie Mrozowicz?
– Tylko ja będę znał koordynaty. Claymore skinął głową.
– Tak myślałem. Czy zdaje pan sobie sprawę, że w praktyce czyniłoby to pana pierwszą osobą fizyczną zdolną wejść w posiadanie całych systemów planetarnych?
– Tak.
Claymore prychnął gniewnie, zirytowany monosylabiczną odpowiedzią Muchobójcy.
– To jest decyzja par excellence polityczna – burknął.
– Proszę ją podjąć.
Nazwa „Filantropi" wymyślona została przez redaktorów jakiegoś brukowca, lecz szybko zwyciężyła w toczącej się w massmediach wojnie memów i przyjęła się na dobre. Tak więc Filantropi. Socjologowie się cieszyli, że słowo posiada konotacje pozytywne i będzie działać jako naturalny wytłumiacz ksenofobii i strachu przed nieznanym. W rzeczy samej zadziałało aż za dobrze: po dwunastu latach od odebrania Instrukcji w skojarzeniach dziewięćdziesięciu procent respondentów jego desygnat stanowiło coś pośredniego pomiędzy Spielbergowskim E. T. a dobrotliwym, bezcielesnym bogiem – w efekcie socjologowie z kolei lekko się zaniepokoili, bo podobnie naiwne nastawienie groziło sporym szokiem w razie ewentualnego kontaktu.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «W Kraju Niewiernych»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «W Kraju Niewiernych» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «W Kraju Niewiernych» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
